Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Perrin kiwnął głową a Gaul naciągnął zasłonę na twarz. Pod purpurowym niebem kopuły ruszyli naprzód, w stronę wznoszącej się w jej centrum budowli. Kopuła zajmowała spory obszar, ale Perrin nie chciał ryzykować przemieszczania się na ślepo i ewentualnych przykrych niespodzianek, więc wędrowali pieszo po płaskiej łące porośniętej z rzadka kępami drzew.
Po jakiejś godzinie dostrzegli przed sobą mury Czarnej Wieży. Wysokie, wręcz monumentalne, godne sporego miasta. Podeszli pod same podstawy – Gaul czujnie niczym zwiadowca, w każdej chwili oczekujący wykrycia i ataku. Rzecz jasna, w wilczym śnie na murach nie mogło być żadnych wartowników. Natomiast gdyby Zabójca gdzieś tu był, zapewne czaiłby się pod centrum kopuły i zastawiłby na nich pułapkę.
Perrin położył dłoń na ramieniu Gaula i w mgnieniu oka przeniósł ich obu na szczyt murów. Gaul natychmiast skoczył w bok, przykucnął, a potem zajrzał do wnętrza zadaszonej wartowni.
Perrin przeszedł na wewnętrzną stronę muru, objął wzrokiem rozpościerającą się przed nim przestrzeń. Widok Czarnej Wieży rozczarowywał po tym, co zdawały się sugerować jej mury – odległa wioska szałasów i chatynek, za nią konstrukcja w budowie.
– Cóż za arogancja, zgodzisz się? – dobiegł go znienacka kobiecy głos.
Perrin aż podskoczył, zaraz odwrócił się, a równocześnie w jego dłoni zmaterializował się młot, a wokół niego gruby ceglany mur. Przed sobą zobaczył niską młodą kobietę o srebrnych włosach – stała wyprostowana, jakby w ten sposób chciała się wydawać wyższa niż w rzeczywistości. Odziana była w białą suknię, przepasaną w talii srebrnym paskiem. Twarz była obca, ale od razu rozpoznał woń.
– Łowczyni Księżyca – powiedział, a słowa omalże nie rozpłynęły się w warczeniu rodzącym w gardle. – Lanfear.
– Nie mam już prawa posługiwać się tym imieniem – rzekła, pukając palcem w mur wokół Perrina. – On przykłada wielką wagę do imion.
Perrin szarpnął się do tyłu, rozglądając na boki. Może współdziałała z Zabójcą? Tymczasem zza ściany wartowni wychynął Gaul i zamarł na widok kobiety. Na wszelki wypadek jednak Perrin powstrzymał go gestem dłoni. Czy da radę dotrzeć do Gaula, a potem ulotnić się razem z nim, zanim Lanfear zaatakuje?
– Łowczyni Księżyca? – zdziwiła się Lanfear. – Tak mówią o mnie wilki? Mylą się. Całkowicie. Nie poluję na księżyc. Księżyc już jest mój. – Oparła się przedramionami na oddzielającej ją od Perrina, sięgającej do piersi ceglanej barykadzie i pochyliła głowę.
– Czego chcesz? – zapytał Perrin.
– Zemsty – szepnęła i spojrzała mu prosto w oczy. – Tego samego, co ty, Perrin.
– Mam uwierzyć, że tobie też zależy na śmierci Zabójcy?
– Zabójcy? Tej nieszczęsnej sieroty, która jest na posyłki u Moridina? On mnie nie obchodzi. Na kim innym chcę się zemścić.
– Na kim?
– Na tym, który jest odpowiedzialny za moje uwięzienie – odparła cicho, ale w jej głosie zabrzmiała prawdziwa pasja. Nagle uniosła wzrok ku niebu. Jej oczy rozszerzyły się w przestrachu i w jednej chwili zniknęła.
Perrin przełożył młot z jednej ręki do drugiej, a Gaul ostrożnie podkradł się w jego stronę, rozglądając się na boki.
– Kto to był? – szepnął. – Aes Sedai?
– Gorzej – odparł Perrin, krzywiąc się. – Aielowie mają jakieś szczególne imię dla Lanfear?
Gaulowi wyraźnie zaparło dech w piersiach.
– Nie mam pojęcia, o co jej może chodzić – ciągnął dalej Perrin. – Nigdy ni w ząb jej nie rozumiałem. Przy odrobinie szczęścia może się okazać, że nasze ścieżki skrzyżowały się zupełnym przypadkiem i ona teraz pójdzie w swoją stronę.
Nie wierzył we własne słowa, pamiętając o tym, co mu wcześniej powiedziały wilki. Łowczyni Księżyca polowała na niego. „Światłości, jakbym nie miał już dość kłopotów…”
Przeniósł ich do miejsca u podstaw wewnętrznej strony murów i ruszyli dalej.
Toveine klęczała obok Logaina. Androl musiał patrzeć, jak pieszczotliwie gładzi go po brodzie – umęczone oczy Logaina były otwarte, przyglądał się jej ze zgrozą.
– Wszystko będzie dobrze – sączyła mu słodkie słówka. – Tylko przestań się opierać. Rozluźnij się. Poddaj się.
Jej Konwersja przebiegła gładko. Najwyraźniej mężczyznom władającym Jedyną Mocą znacznie łatwiej było w kręgu z trzynastoma Półludźmi Konwertować kobiety – i na odwrót. Właśnie dlatego mieli dotąd tyle kłopotów z Logainem.
– Weźcie się za niego – rzekła na koniec, wskazując tamtym Logaina. – Niech to się dokona raz na zawsze. Zasługuje na ukojenie, które spłynie nań wraz z łaską Wielkiego Władcy.
Pachołkowie Taima powlekli Logaina ze sobą. Androl przyglądał się temu z sercem przepełnionym rozpaczą. Jasne było, że dla Taima Konwersja Logaina była sprawą kluczową – kiedy on ulegnie, reszta czarnej Wieży nie sprawi większych kłopotów. Wielu chłopaków z ochotą pójdzie na zatracenie, jeżeli Logain im tak rozkaże.
„Jakim cudem on się wciąż opiera?” – zastanawiał się Androl. Niewiele było trzeba, żeby stateczny Emarin zmienił się w jęczący strzęp człowieka, choć, trzeba mu oddać, jeszcze opierał się samej Konwersji. Logain miał za sobą co najmniej kilkanaście okrutnych sesji, a wciąż się trzymał.
Sytuacja zmieniła się teraz, gdy Taim miał do pomocy kobietę. Niedługo po Konwersji Toveine pojawiły się pozostałe – siostry z Czarnych Ajah pod wodzą odrażającej kobiety przemawiającej władczym głosem. Do nich dołączyła reszta Czerwonych, które do Czarnej Wieży przybyły z Pevarą.
Przez więź zobowiązań łączącą go z nią napływały strzępy otumanionych myśli. Była przytomna, ale pełna po dziurki w nosie tego dekoktu, który uniemożliwiał jej przenoszenie. Natomiast myśli Androla płynęły stosunkowo jasno. Ile czasu minęło od chwili, gdy wlali mu do gardła resztki naparu, którym wcześniej napoili Emarina?
„Logain… już długo nie wytrzyma”. Docierając od Pevary, przesłanie skąpane było w cieniach zmęczenia i czarnej rezygnacji. „Co my…” – Wątek jej myśli urwał się, rozsypał. – „Żebym sczezła! Co robimy?”
W pomieszczeniu rozległ się pełen najczystszej udręki krzyk Logaina. Po raz pierwszy tamtym udało się zmusić go do takiej reakcji. Przy drzwiach stał Evin i przyglądał się operacji. Znienacka obejrzał się przez ramię i zadrżał.
„Światłości” – pomyślał Androl. – „Czy to możliwe… że to odzywa się jego szaleństwo wywołane skazą? Czyżbyśmy nadal się go nie pozbyli?”
Wtedy zorientował się, że jest oddzielony tarczą od Źródła, co było traktowaniem, jakiego zaznawali jeńcy, gdy dawka widłokorzenia przestawała działać, i gdy gotowano ich do Konwersji.
Poczuł wzbierającą w głębi duszy panikę. Czyż miał być następny?
„Androl?” – usłyszał w więzi myśli Pevary. – „Mam pomysł”.
„Jaki?”
Rozkaszlał się przez knebel. Evin znowu drgnął, następnie podszedł do niego, wyciągnął manierkę i polał materię wodą. Za jego plecami Androl zobaczył tego, który trzymał tarczę: Abors, jeden ze sługusów Taima stał oparty o ścianę. Przelotnie zerknął na Androla, jednak jego uwagę odciągało coś, co działo się w drugim końcu pomieszczenia.
Androl rozkaszlał się jeszcze gwałtowniej. Evin nie miał innego wyjścia, jak zdjąć mu knebel, przewrócić na bok i pozwolić mu wypluć wodę.
– Uspokój się – powiedział cicho, zerkając przez ramię w kierunku Aborsa, który był za daleko, żeby cokolwiek słyszeć. – Nie drażnij ich, Androl.
Konwersja człowieka na Cień nie była procedurą doskonałą. Choć zmieniała zasadniczy przedmiot wiary, resztę osobowości pozostawiała z grubsza nietkniętą. Ta istota, która mieszkała w głowie Evina, dysponowała jego wspomnieniami, jego charakterem, a więc może i – spraw Światłości! – jego słabościami.