Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Zniknęła.
Perrin westchnął, schował szpilę snów i przeniósł się na dach, z którego zaczął swoją podróż. Na jego widok Gaul odwrócił się gwałtownie, naciągając cięciwę łuku.
– To ty, Perrinie Aybara?
– To ja.
– Chyba powinienem poprosić cię, abyś tego dowiódł – powiedział Aiel, nie zwalniając cięciwy. – Tak sobie myślę, że w tym miejscu zewnętrzny wygląd może mylić.
Perrin uśmiechnął się.
– Wygląd to nie wszystko. Wiem, że masz dwie gai’shain, jedną chcesz mieć, drugiej nie. Żadna z nich nie wydaje się zadowolona z roli, w której się znalazła. Jeżeli uda nam się wyjść cało z tego wszystkiego, jedna z nich zapewne cię poślubi.
– Jedna z nich, zapewne – zgodził się Gaul, opuszczając łuk. – Jednak wszystko wskazuje, że albo wezmę obie, albo nie dostanę żadnej. Taka pewnie moja kara za to, że przeze mnie odłożyły włócznie, choć przecież same tego chciały, nie zmuszałem ich. – Pokręcił głową. – Kopuła zniknęła.
Perrin uniósł do góry szpilę snów.
– To jest to.
– Co teraz?
– Teraz czekamy – wyjaśnił Perrin, moszcząc się na dachu – czy jej dezaktywacja przyciągnie uwagę Zabójcy.
– A jeśli nie?
– Wtedy sami go poszukamy – odparł Perrin, drapiąc się po brodzie. – Przebywa zapewne tam, gdzie żyją wilki, na które może polować.
– Usłyszeliśmy cię! – zawołał Canler do Androla wśród krzyżujących się ognistych ciosów Jedynej Mocy. – Żebym sczezł, jeśli zmyślam! Byliśmy w moim składzie na górze i usłyszeliśmy, jak mówisz, jak prosisz! Postanowiliśmy, że trzeba ruszać z odsieczą. Teraz albo nigdy.
Sploty zatańczyły we wnętrzu pomieszczenia. Od strony zgromadzonych przy podwyższeniu ludzi Taima w kierunku chłopaków z Dwu Rzek eksplodowała Ziemia, trysnął Ogień. Pomory ruszyły się z miejsc, dobywając mieczy – fałdy ich czarnych płaszczy nawet przy tym nie drgnęły.
Pochylony Androl odwrócił się i ruszył ku krańcowi pomieszczenia, gdzie spodziewał się znaleźć Pevarę, Jonnetha i Emarina. Jakim sposobem Canler mógł go usłyszeć? Pewnie przez tę bramę, którą udało mu się otworzyć, nim Taim cisnął nim o ścianę. Musiało mu się udać, choć pewnie była tak mała, że nawet jej nie dostrzegł.
A więc był już w stanie skutecznie tkać sploty Podróżowania. Jednak niewielkie, mikroskopijne. Po co one komu? „Wystarczyło, żeby uniknąć płomienia stosu Taima” – pomyślał i tym momencie znalazł się obok Pevary i tamtych. Od razu widać było, że żadne nie jest w stanie walczyć.
Androl więc spróbował spleść bramę, znowu uderzył w niewidzialną ścianę, wytężył się jak poprzednio…
Poczuł, że coś się zmieniło.
Niewidzialna ściana zniknęła.
Oszołomiony, aż usiadł. W uszach huczały mu odgłosy wybuchów i ognistej palby. Canler z pozostałymi walczył dzielnie, ale chłopcy z Dwu Rzek mieli przeciwko sobie w pełni wyszkolone Aes Sedai i najpewniej jedną z Przeklętych. Padali jeden po drugim.
Ale niewidzialna ściana zniknęła.
Androl podniósł się powoli, a następnie przeszedł na środek pomieszczenia. Taim i jego Asha’mani walczyli na podwyższeniu. Sploty Canlera i jego przyjaciół z każdą chwilą słabły.
Androl spojrzał na Taima i poczuł, jak wypełnia go potężna, niepowstrzymana fala gniewu. Czarna Wieża należała do Asha’manów, nie do tego łotra!
Nadszedł czas, aby Asha’mani odzyskali ją dla siebie.
Usłyszał, jak z jego gardła dobywa się ryk. Wzniósł po bokach ręce i splótł bramę. Jedyna Moc wypełniła go. I jak zawsze brama pojawiła się szybciej, niż to miało miejsce, gdy inni tkali sploty Podróżowania, i była większa, niż można było oczekiwać po człowieku o jego skromnych możliwościach.
Ta miała rozmiary sporego wozu oglądanego z boku. Otworzyła się dokładnie naprzeciw Asha’manów Taima, w momencie gdy uwolnili nawałę śmiercionośnych splotów.
Brama nie sięgała daleko, w istocie tylko na kilka kroków – otwarła się tuż za plecami tamtych.
Sploty utkane przez mężczyzn i kobiety Taima wpadły w przestrzeń otwartej bramy wiszącej przed Androlem niczym chmura delikatnej mgiełki. A potem eksplodowały…
Twórcy splotów padli pod ciosami własnego dzieła: Aes Sedai płonęły żywym ogniem, Asha’mani padali, nie ocalały też niedobitki Myrddraali. Drżąc z wysiłku, Androl zakrzyknął jeszcze głośniej, po czym otworzył niewielkie bramy wokół Logaina, uwalniając go z krępujących więzów. Kolejne jego dzieło pojawiło się na podłodze, tuż pod krzesłem tamtego – wylot bramy umieścił Androl gdzieś z dala od Czarnej Wieży, w miejscu, Światłości spraw, całkowicie bezpiecznym.
Kobieta o imieniu Hessalam uciekła. Kiedy znikała w otwartej przez siebie bramie, Taim z garstką swoich ludzi skoczył jej śladem. Pozostałym ewidentnie nie starczyło przytomności umysłu – chwilę później Androl otworzył horyzontalną bramę na całej szerokości pomieszczenia, ciskając resztę kobiet i Asha’manów na setki stóp w dół.
15
Pętla na twej szyi.
Pałac Tarasin w Ebou Dar znacząco różnił się od miejsc, do których wcześniej włamywał się Mat. Powtarzał to sobie w kółko, zwisając z balkonu, trzy piętra nad ogrodami.
Chwyciwszy się marmurowego parapetu jedną ręką, drugą przytrzymywał kapelusz na głowie. Do pleców przymocował ashandarei. Wcześniej ukrył swój tobołek w ogrodach. Choć nocne powietrze było chłodne, po twarzy Matta spływał pot.
Powyżej słychać było szczęk zbroi dwóch ludzi ze Straży Skazańców, którzy przechadzali się po balkonie. Krew i krwawe popioły. Czy ci ludzie nigdy nie ściągali swego uzbrojenia? Wyglądali niczym żuki. Mat ledwie mógł ich rozpoznać. Balkon miał zamontowaną wykonaną przez kowala osłonę, która chroniła mieszkańców przed spojrzeniami ludzi z zewnątrz, ale Mat znajdował się wystarczająco blisko, by dostrzec strażników.
Światłości, jakże długo krążyli po balkonie! Mat zaczął odczuwać ból w ramieniu. Strażnicy mamrotali coś jeden do drugiego. Prawdopodobnie mieli zamiar przysiąść i napić się herbaty. Wyciągnąć książkę i zacząć czytać. Tuon powinna doprawdy zdymisjonować tych dwóch tutaj. Dlaczego prowadzili nieśpieszną konwersację na balkonie? Przecież w pobliżu mogli znajdować się skrytobójcy!
Niechaj będą dzięki Światłości, strażnicy wreszcie się ruszyli. Mat chciał policzyć do dziesięciu, przed podciągnięciem się w górę, ale zdołał tylko do siedmiu,. Pchnął jedną z niezamkniętych osłon i pokonał balustradę.
Odetchnął lekko, czując ból w ramionach. Ten pałac – pomimo dwóch strażników – nie był tak niedostępny jak Kamień Łzy, a przecież i tam udało się Matowi dostać. Poza tym sprawę ułatwiał fakt, że Mat mieszkał w tym pałacu i miał doń wolny wstęp. Przynajmniej przez większość czasu. Podrapał się po szyi, na której miał zawiązaną chustkę. Przez chwilę poczuł się tak, jakby na szyi miał nie skrawek materiału, a łańcuch.
Ojciec Mata miał takie powiedzenie: „Zawsze bądź świadom, jaką drogą będziesz podążał na grzbiecie konia”. Nie istniał człowiek uczciwszy od Abella Cauthona i wszyscy o tym wiedzieli, lecz istnieli ludzie – jak ci z Taren Ferry – którym nie wolno było ufać dalej niż na odległość ich splunięcia. W handlu końmi, jak mawiał Abell, musisz być gotów do jazdy konnej i zawsze wiedzieć, jaką drogą chcesz podążać.
Podczas dwóch miesięcy życia w pałacu Mat poznał każdy sposób wydostania się z niego – każdą szparę, przejście i niedomykające się okno. Wiedział, które balkonowe osłony łatwo jest otworzyć, a które domykano szczególnie starannie. A jeśli mogłeś się wymknąć, to mogłeś także się wemknąć. Odpoczął chwilę na balkonie, ale nie wchodził do pokoju, do którego balkon prowadził. Mat był na trzecim piętrze, na którym znajdowały się pokoje gościnne. Mógł starać się zakraść tą drogą, ale wnętrze pałacu było pilnowane znacznie bardziej niż jego zewnętrzne części. Lepiej będzie wspinać się, nie wchodząc do środka budowli.