Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Nie, nie waham się; ale żal mi tego biednego hrabiego, od kiedy go nie kochasz, i myślę sobie, że utrata twej miłości jest dość okrutną karą dla mężczyzny, nie trzeba mu innej.
— Kto ci powiedział, że go kochałam? — zapytała Milady.
— Mogę w każdym razie powiedzieć bez zbytniej próżności, że teraz kochasz innego — rzekł młody człowiek pieszczotliwym tonem — i powtarzam ci, że los hrabiego bardzo mnie obchodzi.
— Ciebie? — zapytała Milady.
— Tak, mnie.
— A dlaczego ciebie właśnie?
— Ponieważ ja jeden wiem...
— Co?
— Że bynajmniej nie jest, a raczej nie był tak winien wobec ciebie, jak przypuszczasz.
— Doprawdy! — rzekła Milady z niepokojem — wyjaśnij to, proszę, nie wiem, co masz na myśli.
D’Artagnan, który trzymał ją w ramionach, widział jak jej oczy rozpalają się z wolna.
— Tak, jestem uczciwym człowiekiem — powiedział d’Artagnan, zdecydowany wreszcie z tym skończyć — a odkąd mnie kochasz, odkąd jestem pewien twojej miłości, bo tak jest, prawda?
— Tak, mów dalej.
— Jestem szczęśliwy, ale ciąży mi pewne wyznanie.
— Wyznanie!
— Gdybym wątpił o twej miłości, nie uczyniłbym go, ale kochasz mnie, moja piękna kochanko? Kochasz mnie, prawda?
— Oczywiście.
— A zatem, jeśli nazbyt cię kochając zawiniłem wobec ciebie, wybaczysz mi?
— Być może!
D’Artagnan z najczulszym uśmiechem spróbował zbliżyć usta do ust Milady, ale ona odsunęła się.
— To wyznanie — powiedziała blednąc — jakież to wyznanie?
— Wyznaczyłaś spotkanie panu de Wardes we czwartek, w tym samym pokoju, prawda?
— Ja? Nie! To nieprawda — rzekła Milady głosem tak pewnym i z twarzą tak niewzruszoną, że gdyby d’Artagnan nie miał całkowitej pewności, zwątpiłby.
— Nie kłam, mój aniele — powiedział d’Artagnan z uśmiechem — to nie zda się na nic.
— Jak to? Mówże! Zabijasz mnie!
— Och, bądź spokojna, nie jesteś wobec mnie winna, przebaczyłem ci.
— Dalej, dalej!
— De Wardes nie może się niczym chełpić.
— Dlaczego? Sam mi mówiłeś, że ten pierścień...
— Ja mam ten pierścień, moja najśliczniejsza. Hrabia de Wardes z czwartku i d’Artagnan dzisiejszy to jedna i ta sama osoba.
Nieostrożny młodzieniec spodziewał się zdumienia pomieszanego z zawstydzeniem, krótkiej burzy, która rozpłynie się w łzach; ale mylił się osobliwie i nie trwał w swym błędzie długo.
Milady wstała, blada i straszna, odtrąciła d’Artagnana uderzając go mocno w pierś i wyskoczyła z łóżka.
Był już prawie dzień.
D’Artagnan starał się ją zatrzymać i chwycił za cienki indyjski muślin, w jaki była przyodziana, chcąc błagać o przebaczenie; ale ona mocnym i stanowczym ruchem spróbowała się wymknąć. Wówczas muślin się rozerwał odsłaniając ramiona i na jednym z tych białych i krągłych ramion d’Artagnan z nieopisanym zdumieniem rozpoznał kwiat lilii, to niezatarte piętno, jakie pozostawia hańbiąca ręka kata.
— Wielki Boże! — zawołał puszczając muślin.
Pozostał niemy, nieruchomy i zlodowaciały na łóżku.
Milady widząc przerażenie d’Artagnana pojęła, że jej tajemnica została odkryta. Na pewno wszystko widział; młodzieniec posiadał teraz jej sekret, sekret straszliwy, którego nikt nie znał prócz niego.
Odwróciła się; nie była to już jednak rozwścieczona kobieta, lecz ranna pantera.
— Ach, nędzniku — rzekła — zdradziłeś mnie nikczemnie, a co więcej, znasz moją tajemnicę! Umrzesz!
Pobiegła do ozdobnej szkatułki, stojącej na gotowalni, otworzyła ją drżącą ręką, wyciągnęła mały sztylet o złotej rękojeści i ostrzu cienkim a ostrym, i jednym skokiem wróciła do półnagiego d’Artagnana.
Choć nasz młodzieniec był dzielny, jak wiemy, przeraziła go ta zmieniona twarz, rozszerzone straszliwie źrenice, blade policzki i krwawe usta. Cofnął się aż do ściany jak na widok zbliżającego się węża; ręką mokrą od potu natrafił na szpadę i wyciągnął ją z pochwy.
Milady nie dbając o szpadę próbowała wejść na łóżko, żeby zadać mu cios, i nie ustawała aż do chwili, gdy poczuła ostrze na szyi.
Teraz próbowała uchwycić szpadę rękami; ale d’Artagnan wciąż nią manewrował, to przykładając klingę do jej piersi, to podsuwając pod oczy, i zsunął się z łóżka mając zamiar cofnąć się ku drzwiom prowadzącym do pokoju Ketty.
Milady rzucała się na niego ogarnięta szałem, wyjąc okropnie.
Ponieważ wszystko to stawało się podobne do pojedynku, d’Artagnan przytomniał powoli.
— Dobrze, piękna pani, dobrze — mówił — ale uspokój się, na Boga, bo nakreślę ci drugi kwiat lilii na tych ślicznych policzkach.
— Nędzniku, nędzniku! — wyła Milady.
D’Artagnan bronił się, wciąż cofając się ku drzwiom.
Oboje narobili tyle hałasu, ona przewracając meble, by się do niego dostać, on zastawiając się przed nią meblami, że Ketty otworzyła drzwi. D’Artagnan cały czas zmierzał ku tym drzwiom i był teraz od nich w odległości trzech kroków.
Jednym susem skoczył z pokoju Milady do pokoiku Ketty i szybki jak błyskawica zamknął drzwi opierając się o nie całym swym ciężarem, podczas gdy Ketty zasuwała rygle.
Milady z siłą przechodzącą siły niewieście próbowała obalić łuk przyporowy, który zatrzymywał ją w pokoju. Kiedy zaś poczuła, że to niemożliwe, podziurawiła drzwi sztyletem; w kilku miejscach sztychy jej przecięły drzewo na wylot.
Każdemu ciosowi towarzyszyły straszliwe przekleństwa.
— Szybko, szybko, Ketty — rzekł d’Artagnan półgłosem, kiedy rygle były zasunięte — muszę wyjść z pałacu. Jeżeli zostawimy jej czas, każe lokajom mnie zabić.
— Ale przecież pan nie może tak wyjść — powiedziała Ketty — pan jest nagi.
— To prawda — rzekł d’Artagnan, który dopiero teraz zauważył, w jakim jest stroju — to prawda, ubierz mnie, jak możesz, ale śpieszmy się. Zrozum, chodzi o życie!
Ketty rozumiała doskonale; w mgnieniu oka ubrała d’Artagnana w suknię w kwiaty, w szeroki czepek i płaszczyk, dała mu pantofle, w które wsunął bose stopy, potem sprowadziła go ze schodów. Był wielki czas, Milady już zadzwoniła i postawiła cały dom na nogi. Odźwierny pociągnął za sznur w tej samej chwili, kiedy na wpół naga Milady krzyczała przez okno:
— Nie otwierać nikomu!
Rozdział VIII
JAK ATOS, NIE WYCHODZĄC Z DOMU ZDOBYŁ EKWIPUNEK
Młodzieniec uciekał, podczas gdy Milady wygrażała mu bezsilnym gestem. W chwili kiedy straciła go z oczu, padła w swym pokoju zemdlona.
D’Artagnan był tak wstrząśnięty, że nie troszcząc się o to, co się stanie z Ketty, przebiegł pół Paryża i zatrzymał się dopiero przed drzwiami Atosa. Oszołomienie, strach, krzyki kilku patroli, które rzuciły się za nim w pogoń, szyderczy śmiech przechodniów, mimo wczesnej godziny śpieszących do swych spraw, popędzały go jeszcze bardziej.
Przemknął przez podwórze, wbiegł na drugie piętro i z całej mocy zastukał do drzwi.
Otworzył mu Grimaud, na wpół śpiący jeszcze. D’Artagnan wtargnął do pokoju jak huragan, omal nie depcząc nieboraka.
Choć służący Atosa zwykł był milczeć, tym razem przemówił:
— Hola, hola — zawołał — czego chcesz, dziewko? Czego ci tu trzeba, ladacznico?
D’Artagnan zdjął czepek i wysunął ręce spod płaszczyka; na widok jego wąsów i nagiej szpady biedak zrozumiał, że ma do czynienia z mężczyzną. Nie wątpił ani przez chwilę, że ma przed sobą zbója.