Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— To nie ma nic do rzeczy — powiedział Aramis rumieniąc się — zapewnił mnie, powiadam, że dostał rozkaz od swego pana, by przyprowadzić tego konia do mej stajni, nie mówiąc, od kogo pochodzi.
— Tylko poetom zdarzają się takie rzeczy — rzekł z powagą Atos.
— W takim razie zróbmy co innego — powiedział d’Artagnan. — Czy z tych dwóch koni wybierasz tego, którego kupiłeś sam, czy tego, którego ci darowano?
— Oczywiście, że tego, którego mi darowano. Rozumiesz, d’Artagnanie, że nie mogę obrazić...
— Nieznanego ofiarodawcy — podjął d’Artagnan.
— Lub tajemniczej ofiarodawczyni — rzekł Atos.
— Więc ten, którego kupiłeś, jest ci już teraz niepotrzebny?
— Chyba tak.
— Sam go wybrałeś?
— Z największą uwagą: wiesz przecież, że bezpieczeństwo jeźdźca zależy niemal zawsze od jego konia!
— Odstąp mi go więc za cenę, którą zapłaciłeś.
— Właśnie chciałem ci zaproponować tego konia, drogi d’Artagnanie, pozostawiając ci tyle czasu, ile zechcesz, na zwrócenie mi tej bagatelki.
— A ile kosztuje cię koń?
— Osiemset liwrów.
— Oto czterdzieści podwójnych pistoli, mój drogi przyjacielu — rzekł d’Artagnan wyjmując złoto z kieszeni — wiem, że w tej monecie płacą ci za poematy.
— Jesteś więc bogaty? — rzekł Aramis.
— I to jak jeszcze, mój drogi!
I d’Artagnan zadzwonił resztką pistoli w kieszeni.
— Poślij swe siodło do Pałacu Muszkieterów, przyprowadzą ci twego konia wraz z naszymi.
— Doskonale; ale wkrótce piąta, śpieszmy się.
W kwadrans później Portos zjawił się u wylotu ulicy Férou na pięknym dzianecie; za nim jechał Mousqueton na koniu owerniackim, małym, ale bardzo urodziwym. Portos promieniał radością i dumą.
W tej samej chwili na drugim końcu ulicy pojawił się Aramis na wspaniałym rumaku angielskim; Bazin jechał za nim na dereszu trzymając na wodzy dziarskiego meklemburczyka. Był to koń d’Artagnana.
Dwaj muszkieterowie spotkali się przy bramie. Atos i d’Artagnan patrzyli na nich przez okno.
— Do licha — rzekł Aramis — masz wspaniałego konia, mój drogi Portosie.
— Tak — odparł Portos — to ten, którego mi miano przysłać od razu; na skutek złośliwego żartu męża dostałem innego, ale mąż został ukarany, a ja otrzymałem pełną satysfakcję.
Planchet i Grimaud zjawili się trzymając konie swych panów; d’Artagnan i Atos zeszli, wskoczyli na siodło i wszyscy czterej ruszyli: Atos na koniu, którego zawdzięczał swej żonie, Aramis na koniu, którego zawdzięczał swej kochance, Portos na koniu, którego zawdzięczał swej prokuratorowej, a d’Artagnan na koniu, którego zawdzięczał swej szczęśliwej gwieździe, najlepszej z kochanek.
Służący jechali za nimi.
Jak przypuszczał Portos, kawalkada wywarła odpowiednie wrażenie i gdyby pani Coquenard znalazła się na drodze Portosa i mogła widzieć, jak wspaniałą miał minę na pięknym dzianecie hiszpańskim, nie żałowałaby spustoszeń poczynionych w mężowskiej szkatule.
Niedaleko od Luwru czterej przyjaciele spotkali pana de Tréville, który wracał z Saint-Germain. Zatrzymał ich, by pochwalić za ekwipunek; w jednej chwili zgromadziło się dokoła kilkuset gapiów.
D’Artagnan skorzystał z okazji, by powiedzieć panu de Tréville o liście opatrzonym wielką czerwoną pieczęcią i herbem książęcym; rzecz oczywista, że o drugim nie pisnął słowa.
Pan de Tréville poparł jego decyzję i zapewnił, że jeśli nie zjawi się nazajutrz, potrafi go znaleźć choćby pod ziemią.
W tej chwili zegar na Samaritaine wybił szóstą. Czterej przyjaciele, tłumacząc się spotkaniem, przeprosili pana de Tréville i pożegnali go.
Puścili się galopem na drogę Chaillot; ściemniało się, mijały ich wciąż pojazdy. D’Artagnan z odległości kilku kroków, strzeżony przez przyjaciół, zatapiał spojrzenie we wnętrzach karoc, ale w żadnej z nich nie dostrzegł znajomej twarzy.
Wreszcie, po kwadransie oczekiwania, kiedy zmierzch całkiem już zapadł, od strony Sèvres[*] ukazała się kolaska pędząca galopem. Przeczucie powiedziało d’Artagnanowi, że w tej kolasce znajduje się osoba, która mu wyznaczyła spotkanie; młodzieniec sam się zdumiał, że serce bije mu tak gwałtownie. Niemal natychmiast głowa kobieca wychyliła się przez okno, dama trzymała dwa palce przy ustach, jakby zalecając milczenie lub posyłając pocałunek. D’Artagnan krzyknął lekko z radości: ta kobieta lub raczej ta zjawa (kolaska przemknęła bowiem jak widmo) była panią Bonacieux.
Bezwiednym ruchem i mimo zaleceń d’Artagnan puścił konia galopem i w kilku susach był przy kolasce, ale okno było zamknięte: zjawa znikła.
D’Artagnan przypomniał sobie wówczas słowa: “Jeśli zależy Ci na własnym życiu i życiu tych, co Cię kochają, nie czyń najmniejszego gestu, jak gdybyś nic nie widział”.
Stanął więc drżąc nie z lęku o siebie, ale o tę biedną kobietę, która na pewno wystawiała się na wielkie niebezpieczeństwo wyznaczając mu spotkanie.
Kolaska co koń wyskoczy pomknęła swoją drogą, wjechała w ulice Paryża i znikła.
D’Artagnan osłupiały pozostał nieruchomo na miejscu, nie wiedząc, co myśleć. Jeśli była to pani Bonacieux i jeśli wracała do Paryża, czemu ta przelotna schadzka, czemu to spojrzenie, czemu ten daleki pocałunek? A jeśli to nie ona, co też było możliwe, mógł się bowiem omylić w zmroku, czy nie był to początek intrygi wszczętej przeciwko niemu, pani Bonacieux zaś użyto jako przynęty, wiedziano bowiem, że ją kocha?
Trzej towarzysze podjechali do niego. Wszyscy trzej widzieli głowę kobiecą w oknie, ale żaden z nich prócz Atosa nie znał pani Bonacieux. Atos myślał zresztą, że to była ona, ale mniej niż d’Artagnan zajęty tą ładną twarzyczką ujrzał drugą głowę, głowę mężczyzny w głębi kolaski.
— Jeśli to ona, przewożą ją na pewno z jednego więzienia do drugiego. Ale co chcą uczynić z tą biedną istotą, jak mam jej szukać?
— Przyjacielu — rzekł poważnie Atos — zapamiętaj, że tylko umarłych nie możemy spotkać na ziemi. Wiesz coś o tym, tak samo jak ja, prawda? A zatem, jeśli twoja kochanka żyje, jeśli ją widzieliśmy przed chwilą, znajdziesz ją prędzej czy później. I mój Boże — dodał z właściwą sobie mizantropią — może wcześniej nawet, niżbyś tego pragnął.
Wybiło wpół do ósmej, kolaska spóźniła się na umówione spotkanie o dwadzieścia minut. Przyjaciele przypomnieli d’Artagnanowi, że czeka go wizyta, dając mu jednocześnie do zrozumienia, że czas się jeszcze cofnąć.
Ale d’Artagnan był uparty i ciekawy. Wbił sobie do głowy, że pójdzie do Pałacu Kardynalskiego i dowie się, co chce mu powiedzieć Jego Eminencja. Nic nie mogło zmienić jego postawienia.
Przybyli na ulicę Saint-Honoré i na placu przed pałacem znaleźli dwunastu wezwanych muszkieterów, którzy przechadzali się oczekując towarzyszy. Tu dopiero wyjaśniono im, o co chodzi.
D’Artagnan był dobrze znany wśród godnych muszkieterów królewskich i wiedziano, że pewnego dnia znajdzie się w ich szeregach, zawczasu więc uważano go za towarzysza. Toteż każdy z ochotą zgodził się wykonać zadanie, do którego go wezwano; wedle wszelkiego prawdopodobieństwa szło zresztą o spłatanie figla panu kardynałowi i jego ludziom, a do tego owi zacni wojacy zawsze byli gotowi.
Atos podzielił ich na trzy oddziałki, objął komendę nad jednym z nich, drugi powierzył Aramisowi, trzeci Portosowi, po czym każdy oddziałek stanął na czatach przy jednej z trzech bram pałacu.
D’Artagnan wszedł dzielnie bramą główną.
Chociaż wiedział, że nie jest osamotniony, niepokój nie opuszczał go, gdy wchodził po paradnych schodach. W jego postępowaniu wobec Milady można by dopatrzyć się nieuczciwości, a nie wątpił, że między tą kobietą a kardynałem istniały związki natury politycznej. Co więcej, de Wardes, z którym obszedł się tak bezlitośnie, należał do zaufanych Jego Eminencji, d’Artagnan zaś wiedział, że jeśli Jego Eminencja był straszny dla wrogów, to wiele miał serca dla przyjaciół.