Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Był zbyt zamroczony, by się z nią sprzeczać, by jej dowodzić, że przywykł do chodzenia boso, wyprawiając się codziennie na zbieranie psychotropowych ziół i minerałów niezbędnych do sporządzania barwników; nawet nie pomyślał, by zapytać, kto jest poparzony.
Przejrzyste, barwne otoczki wciąż pulsowały wokół każdego obiektu, kiedy Shetri Laaks rozpoczął wędrówkę na północ, formalnie sprawując władzę nad domownikami swojej siostry, a w rzeczywistości słuchając wskazówek ruńskiej służącej, która wiodła mały orszak. To farsa, powtarzał sobie przez cały pierwszy dzień wędrówki. To jest farsa.
Dopiero pod koniec drugiego dnia zobaczył wystarczająco dużo, by uznać lakoniczne męstwo swojej starszej siostry, ponieważ dowiedział się, dlaczego kazała mu zabrać maści. Ta’ana opuściła swoje płonące domostwo w ostatniej chwili, zbierając służbę i organizując uporządkowany odwrót ze stanowczością zrodzoną z rozpaczy. Spalone zostało całe miasto — nawet dzielnice Runów, których sympatię Ta’ana zdobyła i podtrzymywała, przewidując dzień, w którym wojna i ją dopadnie. Ona i jej dzieci przeżyły tylko dlatego, że ruńska służba wywiozła ich potajemnie z płonącego domostwa Laaksów w wozie z podwójnym dnem — już dawno przygotowanym na taką noc — wyładowanym niby łupami, a w rzeczywistości prowiantem i najcenniejszymi dobrami rodzinnymi, w tym pogiętą i poczerniałą zbroją Nra’ila.
Ledwo widoczny szlak, który znała służąca, wiódł w pobliżu kilku innych dymiących miasteczek. Nie zobaczyli ani jednego żywego Jana’aty powyżej szesnastu lat; od czasu do czasu napotykali płaczące dziecko albo oszołomioną kobietę wędrującą przed siebie. Niektórych nie udawało się już uratować; tym Shetri wyprawiał szybki pogrzeb, używając węgielków z obozowego ogniska do rozpalania żałośnie nieskutecznych stosów. Inne leczył z oparzeń, podobnie jak swoją siostrę, a Ta’ana włączała je do swojego wędrownego domostwa, nie dbając o ich rodowód lub kolejność narodzin.
— Nie starczy nam żywności — mówił Shetri za każdym razem.
— Nie umrzemy z głodu — odpowiadała Ta’ana. — Są gorsze rzeczy.
Posuwali się coraz wolniej i żywności zaczynało brakować. W nocy budziły ich krzyki tych, którym przyśniły się płomienie, rano wyczerpanie brało górę nad strachem i określało tempo marszu. Piątego dnia Shetriemu rozjaśniło się w głowie na tyle, by zdał sobie sprawę, że może zarżnąć którąś z Runek. Dziewiątego dnia zostawili wóz i odtąd każdy, jednako pan i służący, niósł dziecko, prowiant lub tobołek z niezbędnymi rzeczami.
Teraz, po tylu dniach wędrówki, wciąż jeszcze daleko od bezpiecznej północy, równowaga liczbowa między Jana’atami i Runami uległa niebezpiecznemu zachwianiu. Im więcej uchodźców przyjmowała Ta’ana, tym wolniej szli i tym bliżsi byli konieczności uboju; poprzedniej nocy znowu uciekło dwóch ruńskich służących.
W ten sposób nigdy nie dojdziemy do Inbrokaru, myślał Shetri, spoglądając na skarpę, gdzie ukrywała się nowa dziewczyna. Odwrócił się do siostry z nadzieją, że jej nie zauważyła, ale Ta’ana wpatrywała się już w szczyt urwiska, odrzuciwszy woal i postawiwszy uszy.
— Zabierz ją — rozkazała.
— Zaraz zrobi się ciemno!
— Więc lepiej zrób to od razu.
— Zejdź do nas, dziewczyno! — krzyknął, odwracając się w kierunku skarpy.
Nie było odpowiedzi. Shetri zerknął na siostrę, która patrzyła na niego nieubłaganym wzrokiem.
— No dobrze już, dobrze — mruknął, strzygąc uszami na widok służącego, który podszedł, by zdjąć mu zbroję. Ta’ana zdobyła sobie posłuch; Shetri, nieprzywykły do sprawowania władzy, pozostawił to jej.
Uwolniony od ciężaru zbroi, przeszedł przez kamienne koryto potoku, ostrożnie stawiając stopy i starając się nie zwrócić na siebie uwagi pary cranilów, posapujących i popiskujących opodal na płyciznach, a potem przystanął i spojrzał w górę, tam gdzie pokazała się dziewczyna. Skarpa nie była gładką ścianą. Bloki kamienia osunęły się ku rzece, tworząc coś w rodzaju schodów; tylko na samej górze ustępowały coraz bardziej pionowemu urwisku. Westchnął i zabrał się do mozolnej wspinaczki. Dwukrotnie był już o włos od absurdalnej śmierci, więc trudno się dziwić, że z pasją przeklinał każde stworzenie żyjące na zachód i wschód od rzeki Pon i wszystkich jej dopływów, wzywając wszystkie bóstwa, by zesłały na nie zarazę, kalectwo, zniewagę, biegunkę i świerzb, kiedy w końcu stanął twarzą w twarz z czymś, co mogło być tylko opóźnionym efektem obrządków ku czci Sti.
— Tylko nie spadnij — powiedziała dziewczyna, kiedy w końcu wychylił głowę ponad krawędź szczytu, rozpaczliwie poszukując stopą oparcia, a płucami powietrza.
Przez długą chwilę wpatrywał się, oniemiały, w młodą kobietę, nie tylko nie zawoalowaną, ale całkowicie nagą. Zakłopotany nie do opisania, w końcu odwrócił od niej wzrok, a wówczas dostrzegł jakieś zupełnie fantastyczne, prawie nierealne stworzenie, pozbawione nosa i ogona, siedzące na ziemi obok niej.
— Czyjś brat jest chory — powiedziała dziewczyna. Shetri wytrzeszczył na nią oczy, tuląc uszy, i trochę poniewczasie zdał sobie sprawę, że jego stopa traci oparcie. Rozpaczliwie — i całkowicie bez godności — wymachując nią w powietrzu, odzyskał na chwilę równowagę, natrafiwszy na łodygę jakiegoś karłowatego krzaka, wyrastającego poziomo ze szczeliny w skale, i pospiesznie wciągnął się na szczyt skarpy.
— Pani — ledwo wydyszał, leżąc przed nią na brzuchu. — Twój brat? — Dziewczyna patrzyła na niego, jakby nie zrozumiała pytania. — Twój brat? — powtórzył w języku ruńskiej służby.
Uniosła podbródek.
Siedzący ze skrzyżowanymi nogami, z przeraźliwie chudymi ramionami, rozstawionymi szeroko jak przypory, jej „brat” musiał zostać obdarty żywcem ze skóry przez jakiegoś niezdarnego łowcę. Teraz jednak Shetri dostrzegł mały nos, który pokryty był cieknącymi pęcherzami, podobnie jak całe ciało tego potwora.
— Już ma dosyć — wyjąkał Shetri, podnosząc się z wysiłkiem. — Ktoś udzieli mu spokoju.
— Nie! — krzyknęła dziewczyna, kiedy Shetri stanął za biednym stworzeniem i uniósł mu podbródek, by rozerwać gardło. Shetri zamarł bez ruchu. Nie była duża, ale wyglądała na taką, która z łatwością przegryzie kark mężczyźnie, a Shetri od wielu lat nie brał udziału w żadnej bójce lub zapasach.
— Odejdź — rozkazała. — Zostaw nas!
Co się dzieje z tymi wszystkimi kobietami, zadał sobie pytanie Shetri. Przez chwilę nie poruszał się, a potem ostrożnie puścił szyję stworzenia i cofnął się.
— Pani, ktoś może pomyśleć tylko o czymś tak niewymownie stosownym jak posłuszeństwo twojej woli — powiedział, siląc się na wyszukaną uprzejmość wobec tej nagiej, małej suki — ale czymkolwiek jest to stworzenie, nie ulega wątpliwości, że zdycha. Czy chcesz pozwolić, by twój „brat” cierpiał?
Wciąż wpatrywała się w niego rozwścieczonym wzrokiem. Do Shetriego zaczęło docierać, że dziewczyna nie rozumie, co on mówi. Sięgnąwszy pamięcią do czasów, kiedy był w dziecińcu, odnalazł kilka ruńskich słów i powtórzył pytanie, najlepiej jak potrafił.
— Ktoś nie chce, by on cierpiał. Ktoś chce, by on żył — oświadczyła dziewczyna porywczym tonem, który wydał się Shetriemu zupełnie niepotrzebną groźbą.
No cóż, to twój wybór, chciał jej odpowiedzieć Shetri. Zawsze można wybrać albo jedno, albo drugie. Rozejrzał się badawczo i zauważył z pewnym zadowoleniem, że wokół wszystkiego, co niebieskie, włączając w to dziwaczne małe oczy tego „brata”, wciąż utrzymywała się słaba, pulsująca aura. Było to bardzo pocieszające, nawet jeśli miało trwać krótko. Może „brat” wcale nie jest istotą realną? Może nie jest nią również ta dziewczyna… Ale Ta’ana też ją widziała. Shetri westchnął, wyprostował się i odszedł ostrożnie zza pleców tego biednego, odartego ze skóry stworzenia. Stanął na skraju urwiska i wychylił się, by spojrzeć na siostrę.