Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Puśćcie go — powiedział niski, donośny głos. -1 zdejmijcie opaskę.
Trzymające mnie ręce opadają. Stoję nieruchomo. Zręczne palce dotykają tyłu głowy, opaska jest skomplikowana, z jakimiś paskami i zapięciami. Po co tyle zachodu, skoro wystarczyłby ciemny worek? Zresztą nie nadszedł jeszcze czas pytań.
Ale oto opaska została zdjęta. Ostrożnie otwieram oczy. Półmrok. Przestronne pomieszczenie, które nie wygląda na salę. Hangar? Kopuła? I nagle wiem. Już to widziałem! Już tu byłem!
Nie wiem dlaczego, ale się wzdrygnąłem.
Dopiero potem zacząłem przyglądać się tym, którzy stali przede mną.
Właściwie jeden siedział, a dwaj stali. Po prostu mieli głowy na jednym poziomie.
Ten siedzący był ogromnym facetem z wygoloną głową i byczymi ramionami. Dwaj osobnicy stojący za jego plecami ze stannerami w dłoniach mieli na twarzach biomaski — tak samo jak ci, co złapali chłopaków i mnie. Ale to raczej nie ci sami — mają inne sylwetki. I nie czuło się w nich tej pewności, lecz tylko lęk. Boją się mnie? Ciekawe…
— Witam pana, Popów! — zagrzmiał siedzący. — Gratuluję uwolnienia!
— Dziękuję — prychnąłem. — Gdzie są drzwi?
— Daleko stąd. Sam pan ich nie znajdzie. Krzesło dla gościa!
Natychmiast z tyłu pod kolanami trąciło mnie coś miękkiego. Usiadłem i niemal wywaliłem się na plecy. Odwykłem od tych odmóżdżonych krzeseł-ameb. Teraz mój rozmówca wisiał nade mną jak skała.
— Rozumiem, że ma pan mnóstwo pytań — stwierdził człowiek-skała. — Podobnie jak ja mam mnóstwo odpowiedzi. Ale najpierw ja zadam pytanie: Czy pan wie, kim pan jest?
Po chwili odpowiedziałem:
— Czy wiem? Nie wiem. Raczej domyślam się.
— Proszę zdradzić swoje domysły.
— Z przyjemnością. Zaraz potem, gdy dowiem się, kim jesteście i o co w ogóle chodzi?
— Mądrze. Jesteśmy organizacją podziemną. Jedną z niewielu istniejących i pewnie ostatnią działającą. Nie mamy nazwy. Nie mamy list. Mamy tylko zasady i cel. Jestem zastępcą przewodniczącego organizacji. Proszę mówić do mnie Merlin. Jestem androidem.
— Bardzo mi miło — powiedziałem.
— W skład organizacji wchodzą również ludzie — ciągnął Merlin. — Szefem organizacji jest człowiek. Walczymy również o równouprawnienie. Zresztą jeśli uda się nam osiągnąć główny cel, to różnica między ludźmi i androidami po prostu zniknie… Wie pan, co to jest D-kontrola?
— Kiedyś byłem cybertechnikiem. — Skinąłem głową.
— Więc rozumie pan, że jedyna realna różnica między człowiekiem i androidem to wyposażenie androidów w D-odpowiedzi?
— A my mamy D-odpowiedź?
— Nie. Pan przecież nie jest stworzony przez ludzi.
— Stworzony, sądzi pan?
— Stworzony, zmodyfikowany… Na przykład skąd się bierze ten nieludzki spokój, Popów?
— Z Boecjusza.
— Ta sugestia zasługuje na rozważenie. Ale tylko pan zna Boecjusza. Tymczasem wszyscy uwolnieni przez nas mają żelazne nerwy. Ani jeden normalny człowiek nie wytrzyma tortury ciemności i niepewności. Wszyscy jesteście zahartowanymi żołnierzykami.
Przypomniałem sobie Wadima, ale nie zamierzałem tego korygować.
— Tak więc jest zupełnie jasne, że zostaliście stworzeni i zgrupowani w jednym miejscu w bardzo konkretnym celu. Musimy tylko wyjaśnić, jaki to cel.
— I?
— Myślę, że się nam udało. Tak samo, jak określić, kto to zrobił.
— Podzieli się pan tą wiedzą?
— Oczywiście. Trochę później. Chcę, żeby pan sam do tego doszedł. To pewniejsze, nieprawdaż?
— Mnie jest wszystko jedno. Wiem, że w taki sposób można człowiekowi wcisnąć wszystko, po prostu dobierając fakty. Wtedy nawet nie trzeba ich przekręcać.
— Lecz mimo to… chcę być nieco bardziej przekonujący.
— Może chce pan siebie przekonać?
Rozległ się dziwny dźwięk. Jeden ze stojących za plecami Merłina przykrył usta dłonią. Wyglądało na to, że powiedziałem coś śmiesznego. Merlin nie odwrócił się.
— Pamięta pan dekadę od dwa tysiące trzydziestego do dwa tysiące czterdziestego?
— Tylko z książek.
— Oczywiście. Zauważył pan jakieś anomalie?
— Oczywiście. I to jakie.
Anomalie były. Na początku dekady: płonące po całym świecie małe wojny, zarzewia wielkiej wojny (czy jak określił Stworzenicki — „światowego pożaru torfowego”), zniszczenia, głód, miliony uciekinierów; na końcu: spokój, dobrobyt, wszechobecna miłość i wzajemne ustępowanie („Ależ nie, pan pierwszy!”). Bez żadnych widocznych przyczyn. Samo z siebie. Na skinienie. Czarodziejski deszcz. I najśmieszniejsze, że wszyscy odebrali to jako rzecz normalną i zrozumiałą. Opamiętaliśmy się. Pojęliśmy, zrozumieliśmy… Wpadły mi w ręce tylko dwie prace, w których nieśmiało, jakby to było coś nieprzyzwoitego, zadawano pytanie: A właściwie dlaczego? Ale autorzy natychmiast cofali się, przypominali, że istnieje coś takiego jak „ludzki zdrowy rozsądek”, „instynkt zachowania rozumu” i coś jeszcze. Poza tym nie było w literaturze pięknej żadnych utworów dotyczących ostatnich wojen. Zapomniano o nich błyskawicznie i całkowicie, tylko liczne żołnierskie pomniki stały nad podtopionymi okopami jak oznaki przyznania się do grzechu niepamięci. Straszna przeszłość była zapominana jak zły sen. Dzieci lat pięćdziesiątych już nie mogły sobie wyobrazić innego życia jak to nie ustające święto, które urządzili im dorośli. W ich wyobraźni wojna z Hitlerem skończyła się pewnie tuż przed Kotłem Eufratu, wielkim transsaharyjskim marszem Schwarzenberga czy bitwą o Dardanele…
— Podejrzewam, że pan już wie, co się wtedy stało — wolno powiedział Merlin.
— Brakuje mi danych — odparłem.
— Ach tak… No, tego należało oczekiwać. Ale czy wszechwiedza oduczyła pana dochodzenia do samodzielnych wniosków?
— Nauczyła mnie ostrożności w stosunku do podobnych wniosków. Domyślam się, co pan ma na myśli. Ale dwie pierwsze prace Bleszkowicza pojawiły się dopiero w pięćdziesiątym piątym.
— Rozumiem. Nie może się pan wyrwać ze sfery wyobrażeń, do których pan przywykł. Bleszkowicz nie ma tu nic do rzeczy. Pozwolono mu tylko ogłosić to, co i tak wyłaziło spod koca.
— Tak — powiedziałem.
— Orbitalne hipnopromienniki stworzono w trzydziestym drugim, a uruchomiono w trzydziestym trzecim. Nie przypomina pan sobie niczego charakterystycznego?
— Choroba Arnolda?
— Dokładnie! Chorobliwa apatia, apatia dolorosa epidemica. Pierwsze militarne zastosowanie hipnopromienników. W następnym roku odbyło się tajne spotkanie wszystkich pracujących nad tym rodzajem broni stron, swego rodzaju podziemna konferencja pokojowa, na której postanowiono zaprogramować wszelkie urządzenia w określony sposób.
— Tak zaczęła się nowa era… — Nie udała mi się pytająca intonacja. Merlin miał rację. W mojej biednej głowie odbywała się weryfikacja jego informacji i okazywało się, że wszystko pasuje.
— Tak zaczęła się nowa era — zgodził się. — Grupa spiskowców utworzyła jakby wszechświatowy rząd. Potem starała się pozostawać w cieniu…
— „Mahatmowie Zachodu”, o których wspominał Schwab, to oni?
— Nie wiem, o czym pan mówi. Kto to jest Schwab?
— Gunter Schwab, wiedeński ekspozycjonista. Najważniejsza praca: Z połowy drogi do raju. Umarł w pięćdziesiątym dziewiątym. Całkowity rozpad świadomości.
— Przy okazji: jaka była dynamika zachorowań psychicznych w dwudziestym pierwszym wieku?