Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Tak, można się nasłuchać, stojąc pod drzwiami. Można się zastanawiać.
Skończyłem sprzątanie i poszedłem się kąpać. Uruchomiłem mozaikowy prysznic i długo wierciłem się w jego strumieniach, zmywając pot i napięcie. Potem puściłem po prostu ciepłą wodę z lekką jonizacją. Przeszedłem do suszarki i tam kołysząc się w hamaku w miękkim strumieniu powietrza, poczułem w końcu, że się rozluźniłem.
Od ich odlotu minęła godzina. Może już wylądowały. Na wszelki wypadek jeszcze pół godziny zupełnego spokoju.
Nie ubierając się, wróciłem do pokoju, znalazłem się obok półki z książkami, odruchowo sięgnąłem i wziąłem jakąś książkę — Boecjusz. No i wspaniale, pomyślałem, waląc się w fotel. Książka otworzyła się sama na pierwszym rozdziale „O pociechach filozofii”.
Jak miłe są papierowe książki! Nie narzucając się, proponują swoje ulubione stronice, zachowują charaktery i zapachy swoich właścicieli, są przytulne. Książki mają w sobie coś ze starych i mądrych kotów.
„Tymczasem, póki w milczeniu rozważałem sam ze sobą i zapisywałem rylcem na tabliczce gorzkie żale, wydało mi się, że nad moją głową pojawiła się kobieta z obliczem przepełnionym godnością i płonącymi oczami, których dalekowzroczność przekraczała ludzką, oczami zadziwiającymi swoim żywym blaskiem i niewyczerpaną czarującą siłą; mimo że była w rozkwicie wieku, nie można było uwierzyć, że należy do naszego pokolenia…”
Czarujące, pomyślałem. I jak wszystko się ułożyło: i nad głową, i w rozkwicie wieku, i niewyczerpany czar znakomicie odnotowany. Wytrwały mędrzec ogrzał mnie i rozczulił swoją nieumyślną celnością. Czytałem dalej i dalej, jakbym szedł po znanej ścieżce do domu, a czas również kroczył, i oto wiersz dziewiąty: „Tutaj, wszyscy skazani, przybądźcie w pętach różowych, tych, co namiętności na was kłamliwe nałożyli. Namiętność mieszka w waszych duszach, ludzie. Tutaj też czeka was spokój po trudach wielkich. Tutaj strzeże ciszy schronienie dla biednych i krzywdzonych… Ślepi nie przejrzą, nigdy nie unikną nieszczęsnych błądzeń. Ziemia pogrzebie wszystko w swoich pieczarach. Wielkość, co niebiosom przystała, i duszę tylko ten zachowa, kto może ujrzeć ów świat, który jest jaśniejszy od Fobosa i kto może zaćmić jego lśnienie”.
Gdzieś wewnątrz brzęknął bezgłośny dzwoneczek, wstałem, odłożyłem książkę i poszedłem się ubrać. Włożyłem szorty i wciągałem właśnie koszulkę, gdy zastukano do drzwi i głos Toniego zawołał: „Stas!”
— Idę — powiedziałem.
Toni był rozdrażniony i niezadowolony, chociaż starał się tego nie okazywać; mimika była bezbłędna: dobroduszny półuśmiech. Jednakże ostatnio zacząłem z odległości dwóch, trzech metrów wyczuwać emocje i ogólne zamiary człowieka. Nie wiadomo dlaczego wyczuwałem to prawym policzkiem i przypominało to węch. Jasne, że nie spieszno mi było dzielić się wiadomością o swojej nowej zdolności. Tak więc Toni był niezadowolony, chociaż dobrze ukrywał swoje uczucia. Nietrudno było się domyślić przyczyn niezadowolenia.
— Zmieniamy mieszkanie, Stas.
— Z powodu insite’u?
— Miron ci powiedział? Tak, sam rozumiesz… Tak wyszło…
Nagle poczułem, że jest mu wstyd. Jest mu wstyd przede mną. Tego już za wiele, dlatego uśmiechnąłem się i wzruszyłem ramionami:
— Tak, rozumiem. Tak wyszło. Dobra, wiesz, że spakuję się migiem.
— Tak, Stas. Pakuj się bez pośpiechu. Nikt nas nie pogania.
Jednak to Pandora, nie Ziemia; jednorazówek tu nie ma, trzeba mieć zapas ubrania i innych rzeczy, w sumie uzbierało się na dwie ciężki walizki: jedna z ubraniami i aparaturą kontrolną i druga z biblioteczką. Moi współtowarzysze także byli obwieszeni torbami i futerałami. Toni zaktywizował cyber-kompleks, wszystko zostanie tu wyczyszczone do zera, a Miron wyjął z obejmy ximex i pokazał mi. Ximex zapakowano w mikrokapsułki. Mlecznobiały — to znaczy że zagwarantuje mi co najmniej sześć godzin komy. Czy nirwany? W sumie — zapomnienia. Niezbędny zabieg, dlatego że na pewno będziemy przelatywać nad terenami zamieszkanymi, a nikomu nie są potrzebne stada wyposażonych w bloki dominatory, wariujących komputerów i cyberów. Sześć godzin — daleko lecimy. Według warunków umowy nie powinienem znać współrzędnych miejsca. Nie wiem dlaczego. Przecież i tak po dwóch, trzech dniach mogę je podać z dokładnością do kątowych sekundy.
Krótko mówiąc, kiedy wrzuciłem walizy do bagażnika glidera, odwróciłem się do Mirona i podniosłem rękaw. Ale Miron patrzył ponad moją głową. Także się odwróciłem: gwałtownie opadał na nas Gryf.
— Nieszczęścia chodzą parami — mruknął Miron. — Przecież się rozwali! — krzyknął Toni i zaczął machać rękami, jakby mogło to gryfowi pomóc.
Chociaż może i pomogło. Śmigłowiec, pomalowany dziwacznie na jadowicie zielony kolor z brązowymi plamami i czarnymi zygzakami, zawisł trzy metry nad lądowiskiem. Potężny podmuch omal nas nie wywrócił. Glider w każdym razie okręcił się i odjechał niemal na brzeg lądowiska. Potem gryf grzmotnął o nawierzchnię. Drzwi nie miał. Z wnętrza, nie czekając na przepisowe zatrzymanie wirnika, natychmiast wyskoczyła trójka mężczyzn w myśliwskich strojach i — co najdziwniejsze — z karabinami.
— Chłopcy, zwariowaliście? — Toni ruszył w ich stronę, ale jeden z nowo przybyłych niedbale odsunął go na bok lufą. Coś było w tej trójce niezwykłego, tak niezwykłego, że trudno było od razu to wychwycić. Zatrzymali się dwa kroki przede mną i ten stojący pośrodku zapytał, nie rozwierając warg:
— Popów to pan?
Przez moją biedną głowę przelatywały chaotyczne myśli. Można było powiedzieć, że nie mogłem o niczym pomyśleć. Dlatego po prostu skinąłem głową i potwierdziłem:
— Tak, to ja.
— Poleci pan z nami — oświadczył tamten.
Teraz zrozumiałem, na czym polega ich niezwykłość. Mieli te same twarze, lecz różne sylwetki: ten, który rozmawiał ze mną, był niższy ode mnie o pół głowy i pulchny, a dwaj pozostali wyżsi i szersi w barach; jeden muskularny, mocny i ciężki, a drugi kościsty i żylasty, ale zapewne też bardzo silny. To nie były trojaczki. Po prostu mieli takie same twarze.
Kątem oka zobaczyłem, że Miron wolno zdejmuje z ramienia torbę, a Toni cofa się, i w tej samej chwili ręka konusa wystrzeliła w kierunku mojej twarzy — zobaczyłem czarną błyszczącą źrenicę ogłuszającego stinnera. Stosuje się go do unieruchamiania dużych zwierząt. Nie byłem dużym zwierzęciem, dlatego konus nie walnął we mnie z całej mocy — zdążyłem jeszcze zauważyć, jak Miron skoczył na muskularnego i jak Toni zatańczył rozpędzony… Ale wszystko zakołysało się do przodu i do tyłu, i znowu Miron skoczył, i znowu, i ponownie, już bez odstępów, wszystko się zlało, a potem czarne kleksy strzałów zaczęły pojawiać się to tu, to tam, wolno okręcając się i zanikając, i zostało tylko drżenie — a potem pustka błękitna jak niebo nad Himalajami…