Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Sprawdzimy. Amet-chan jest stary, ale jary.
Skończyła się dżungla, zaczęło się przedgórze, szmaragdowe wzgórza, rozfalowane niczym morza łąki i po dziesięciu minutach na dole, na brzegu rzeki Acheront, pokazała się ukośna grecka litera psi — lądowisko uzdrowiska Oz-na-Pando-rze. Ala poprosiła o zezwolenie na lądowanie i zamówiła ekspresowy seans zero-łączności z Ziemią — podała z pamięci numer Amet-chana. Nikt nie przeszkadzał jej w lądowaniu, wpakowała śmigłowiec do wyznaczonego sektora, pośpiesznie wy. skoczyła i pomogła wyjść dziewczynkom. Podłoże wydało się zadziwiająco mocne i pewne — dopiero teraz Ala zrozumiała, że w czasie lotu bała się… Czego? Nie wiadomo. Chyba nie chciała się przyznać przed sobą, czego właściwie się bała. Aż nogi się trzęsą…
Amet-chan pił kawę. Według tego nie dało się określić pory dnia: Amet-chan ciągle pił kawę. Nie wiadomo było również, czy ucieszyła go wizyta Ali, czy nie: oblicze Amet-chana było zawsze nieprzeniknione jak oblicze indiańskiego wodza. Uważnie wysłuchał Ali i odpowiedział: Tak, w sześćdziesiątym pierwszym roku pojawił się taki nadzwyczaj aktywny abonent z pełnym dostępem do KOMKON-u. Gorbowski osobiście pilnował, żeby był obsługiwany z maksymalną efektywnością. Jak zrozumiał Amet-chan, Popów był kontakterem — chociaż nie wiadomo z kim wchodził w kontakt. Ta epopeja trwała sześć lat z wciąż rosnącą krzywą wymiany informacji, a potem niespodziewanie się urwała. Amet-chan coś tam słyszał o jakiejś dziwnej katastrofie, w której Popów ni to zginął, ni to zaginął bez śladu. Jak Ali wiadomo, kodeks informistów zabrania interesowania się osobami i losami abonentów. Dlatego najlepiej zwrócić się do BPI. Do widzenia, Aleksandro.
Do widzenia.
Do BPI… Popowów są miliony. Nie zna formalnych danych. Chociaż… przecież był abonentem z pełnym dostępem! A takich jest niewielu.
Miała szczęście — w punkcie abonenckim dyżurowała Diana. Bez zbędnego gadania wywołała archiwum sześćdziesiątego pierwszego roku. Popowów było dużo, ale ani jednego z dostępem do KOMKON-u; Stanisław Igorewicz, ale ma dziewięćdziesiąt osiem lat… To samo w archiwach sześćdziesiątego drugiego, sześćdziesiątego trzeciego… „Pamiętam, był taki!” — powiedziała zadziwiona Diana. „Przecież oraliśmy na niego jak ryjówki”. „Dziękuję, Diano, już wszystko rozumiem” — rzekła Ala i rozłączyła się.
Na kolejne wywołanie długo nikt nie odpowiadał, choć ekran rozjarzył się; potem pojawiła się niezadowolona, nie wiadomo czyja gęba. W tle majaczyły jakieś błyski w przecięciu półprzezroczystych linii i coś dużego, bezkształtnego, omdlewająco wolno obracało się, zapadając w siebie.
— Dzień dobry — powiedziała gęba. — Do mnie?
— Dzień dobry — odezwała się Ala. — Nie, wolę Walkensteina.
— Czy to pilne? — Tak.
— Jedną chwileczkę. Ale uprzedzam: będzie wściekły. Mark Naumowicz!
Rzeczywiście, pojawił się wściekły Mark. Siwe kędziory okiełznał półkask, na czoło ukosem opadały dziwnego kształtu fasetowe okulary. Ale zobaczywszy Alę, Mark w mgnieniu oka poweselał:
— Och, Alka! Co za spotkanie? Gdzie jesteś?
— Na Pandorze. Uzdrowisko Oz.
— Dziewczynki są z tobą? — Jasne.
— A daleko?
Ala obejrzała się. Dziewczynki uczepiły się baru w sąsiedniej sali.
— Daleko. Mark, mam poważną sprawę. Właściwie dziwną. Nic nie mogę rozgryźć, a boję się. Krótko mówiąc, możesz połączyć mnie z Gorbowskim?
Mark przejechał dłonią po czole. Półkask z okularami został w jego ręce. Kędziory wyprostowały się, brwi zjechały odrobinę niżej, oczy zwęziły się. To był niemal dawny Mark, którego tak kochała. Silny i niezaprzeczalnie trwały jak opoka. Jeszcze nie rozwałkowany przez żadne życiowe problemy.
— Opowiadaj — zażądał i Ala posłusznie zaczęła opowiadać.
Stas
Odleciały, a ja zostałem.
Pozostał nieprzyjemny osad w duszy — albo w tym miejscu, gdzie ludzie zazwyczaj mają duszę. Miałem ochotę na wino albo bijatykę, albo rozwalenie czegoś. Ale na nic z tych rzeczy nie wolno było sobie pozwolić i nawet nie wolno było o tym myśleć.
— Dobra — powiedziałem do Mirona. — Wy idźcie, gdzie chcecie, a ja wezmę prysznic.
Toni już szedł na dół z meldunkiem.
— Moim zdaniem nieźle wyszło — ciągnąłem cały w głębi ducha rozdygotany. — Chyba się udało, co? Jak ci się wydaje?
Miron nie odezwał się, ominąłem go i skierowałem się do pochylni. Z Mironem trudno się rozmawia. Przynajmniej mi.
— Miała insite — powiedział. Jakby strzelił mi między łopatki.
— Kiedy? — Obejrzałem się; nie: odwróciłem całym ciałem.
— Podczas tej durnej kolacji. Kiedy wyszedłeś.
— Kiedy wyszedłem… Głęboki?
— Widocznie tak. W nocy sprawdziłem ją mediatronem. Same czerwone pola.
— To jeszcze o niczym nie świadczy. Po tym wstrząsie… — Wiedziałem, że gadam głupoty.
— To był insite. Możesz mi wierzyć. Możemy tylko mieć nadzieję, że się nie rozwinie.
Marna to była nadzieja i dobrze o tym wiedzieliśmy.
— Insite to insite — powiedziałem. — Nie ubędzie mi.
Starałem się, żeby mój głos brzmiał spokojnie. Insite połączony z tym, co ona — mądra kobieta — zobaczyła i usłyszała tutaj, to to samo, co opowiedzenie wszystkiego wprost. Chociaż… co z tego? Nie ma innej możliwości, chyba że ołowiana plomba.
— Ależ jestem zmęczony — odezwał się nagle Miron. Nigdy nie słyszałem od niego takich słów. Gdybyż wiedział, jaki ja jestem zmęczony.
— Przepraszam — powiedziałem. — Staraj się nie stać obok.
— To nie od tego. — Pokręcił głową. — Chociaż może i od tego również.
— Będę u siebie — oznajmiłem. Nie odpowiedział.
W mieszkaniu wypędziłem cybera i sam posprzątałem. Przedtem włączyłem odtwarzanie nocnych zapisów. Długo ukrywano to przede mną i zdążyłem sobie nawyobrażać Bóg wie co. Potem zjawił się Salazar i pozwolił mi je przeglądać. Jako pierwszemu. I nawet kasować to, co chcę. Ani razu nie skorzystałem z prawa cenzury ani razu. Miałem i mam na ten temat swoje zdanie. Poza tym, w porównaniu z tym, co spodziewałem się zobaczyć, moje rzeczywiste działania nie były niczym specjalnym. Zachowywałem się dziwnie, zgoda. Ale nie ohydnie. Nie tak, jak oczekiwałem, sugerując się szczątkami snów i zachowaniem tych przedsalazarowskich psychologów.
Podarte prześcieradła i wybebeszoną poduszkę wcisnąłem do utylizatora. W ślad za nimi poleciały rozsypane puchowe kulki. Ustawiłem na miejscu kuszetkę i fotele. Ułożyłem książki na półce. Dziwne: nigdy nie darłem książek. A może i nie dziwne… Podczas sprzątania zerkałem kątem oka na ekran, także na monitor mediatronu. Wszystko szło zwyczajnie i no-ogramy świeciły w pełnym zakresie, ale najbardziej w barwach skrajnych — czerwonej i niebieskiej. Wcześniej też tak bywało i nigdy nie zapamiętywałem tych snów, tylko te, które znajdowały się w paśmie żółtozielonym. Ja sam na ekranie też byłem zwyczajny: gibbon gibboniasty. Krótko mówiąc, noc jak noc, tylko jedno odstępstwo: około północy ktoś podszedł do drzwi i próbował je otworzyć od zewnątrz. Program strażniczy odnotował to i zadał, rzecz jasna, odwieczne pytanie: Co robić? Ale odpowiedzi oczywiście nie otrzymał. Cofnąłem do tego miejsca i przejrzałem wszystko dokładnie. Godzina zero minut piętnaście. Krótkie stuknięcie do drzwi, ktoś porusza klamką. A ja w tym czasie siedzę na stole w jakiejś najdzikszej z możliwych pozycji i prowadzę rozmowę sam ze sobą, ale różnymi głosami: męskim, zdenerwowanym zadaję krótkie pytania i odpowiadam kobiecym, zdyszanym jak po długim biegu, pięknym, głębokim; za sam głos można się zakochać w takiej kobiecie po uszy i na zawsze — i to wszystko w języku, którego nie znam i nigdy nie znałem. Na mediatronie żółte światło z pomarańczowymi obłoczkami. Niczego nie pamiętam… Za drzwiami ktoś jeszcze raz próbuje otworzyć zamek i odchodzi.