Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
2
Stas
Na początku było słowo.
— …już po ich wojnie domowej, kiedy Murzyni dostali wszelkie prawa i takie tam; emancypacja, słyszał pan? Więc wtedy Murzyni zaczęli zajmować się handelkiem. Z powodu nędzy musieli otwierać swoje stragany w ciemnych spichlerzach i piwnicach. Olej do lamp był wtedy drogi, więc Murzyni bardzo oszczędzali na oświetleniu. A sklep to po angielsku również shop, więc najpierw się mówiło: „Ciemno jak u Murzyna w szopie”, a forma wybrana przez pana, to są nic innego jak…
— Jest.
— Co „jest”?
— Nie „są”, lecz „jest”. „Są” to liczba mnoga.
— Myli się pan, kolego! „Są” to krótka forma od „sądzono”, co z kolei oznacza…
— Cicho. Chyba się ocknął.
— A pan widzi w ciemnościach?
— Nie, po prostu dobrze słyszę. Hej, nowy! Ocknął się pan?
— Jeszcze nie wiem — powiedziałem. — Nie mam z czym porównać.
— Nasz człowiek — powiedział ktoś.
— I muszę zauważyć — podniosłem się — że w Ameryce za czasów wojny domowej do taniego oświetlenia stosowano nie olej, lecz naftę.
— Nafta to właśnie jest nazwa bawełnianego oleju do lamp.
— Cicho! — sapnął ktoś na granicy zdenerwowania. — Nowy! Ktoś ty?
— Stas Popów…
— Stas! Niemożliwe!
— Niemniej jednak to fakt. A ty kim jesteś?
— Nie poznajesz?
— Na razie nie. Powiedz coś spokojnie.
— Do diabła ze spokojem! Jestem Espada!
— Kostia… — Na chwilę straciłem głos. — Więc ty żyjesz… — Ostrożnie — syknął ktoś, a potem zwyczajnie zostałem stłamszony. Kostia miał fantastycznie długie ręce i był przy tym silny.
Kiedy w sześćdziesiątym siódmym zaczęło się to świństwo na stacji Arka, Espada był jednym z pierwszych zaginionych — jeszcze zanim pojawiły się upiory i odmieńce. Tak więc nawet nie wiedział, co przeżyliśmy my, pozostali, i czym się to wszystko skończyło.
Zresztą mówiąc: „skończyło się”, pewnie się mylę.
Była ich tu piątka: Espada, który zaginął niemal jednocześnie ze mną; Wadim Dubrowin, jeden z odkrywców Sauły — właśnie on bawił towarzystwo tłumaczeniami zwrotów; Wolfgang Svensson, zero-stroiciel, Patrick Dempsey — pilot, i Eryk Kołotilinski, progresor, specjalista od Gigandy. Wszyscy zostali porwani z miejsc odosobnienia przez nie znanych ludzi; wszyscy, jak i ja, zaginęli niegdyś w głębinach kosmosu, a potem nieznanym sposobem ukazywali się na Pandorze, nieopodal uzdrowiska Diuna, nadzy, z początku niemal pozbawieni pamięci… Patrick posiadał zdolności podobne do moich: w jego obecności w metalowych przewodnikach gwałtownie zmieniała się rezystancja; od samopoczucia Patricka zależało w jaką stronę. Inni niczego specjalnie dziwnego w sobie nie zauważali prócz tego, rzecz jasna, że nie przepuszczały ich — nas — membrany drzwi, traktując jak pandoriańską faunę. Cóż z tego, że wszelakie badania kodu genetycznego — mojego przynajmniej — dawały identyczną odpowiedź: człowiek. Membrany miały w nosie wyniki badań…
Ja i Espada zaginęliśmy z orbitalnej stacji Arka. Espada po prostu z zamkniętej sekcji, ja — po tym, jak zgasły gwiazdy i stację zaczęło skręcać i łamać. Patrick, pilotując transportowego widmo-dromadera, wyszedł z kolejnego skoku w jakimś dziwnym miejscu: w środku gigantycznej kamiennej pieczary, we wnętrzu pustej asteroidy. Wprowadził kurs powrotny, ale zaczęło się coś dziwnego i Patrick znalazł się na Pandorze. Wolfgang był jednym z tych, którzy wiosną sześćdziesiątego ósmego zaginęli w zero-kabinie. Wystąpiła taka dziwna seria, przyczyny nie zostały wyjaśnione, ale wydarzenia jakoś same z siebie się skończyły. Wolfgang właśnie w ramach obowiązków służbowych badał te przypadki. Wadim jak przez mgłę pamiętał, że leciał dokądś gliderem, a potem nagle znalazł się w diunach, i można by w tym widzieć pospolitą awarię z uderzeniem głową o twardy przedmiot, tyle że leciał nad Marsem, a ocknął się na Pandorze. Najdziwniej zaginął Eryk. Pracował w nootycznym trenażerze, właśnie leciał w nim program przeżycia w dżungli i przez długi czas Eryk był pewien, że taki dziwny program mu wstawili…
Jeśli spróbować podsumować, a tym chłopcy zajmowali się długo i zaciekle, jeszcze zanim ja się pojawiłem (Eryk i Wolfgang siedzieli tu już ze trzy tygodnie, jeśli wierzyć zegarom wewnętrznym), to wychodziła prosta rzecz: ktoś zbierał w jednym miejscu tych, kogo progresorzy (a propos, dlaczego właśnie oni?) starannie trzymali od siebie z daleka, nie pozwalając im nawet domyślać się, że istnieją inne podobne osobniki. Ciekawe, jak wielu nas jest i czy wszyscy są na Pandorze? Kiedy zaczęły się cuda na Arce, znajdowało się tam jedenaście osób…
Ala
Bez wyraźnej przyczyny czuła się dziwnie źle. Jakby zwiększyła się grawitacja. Łydki stały się ciężkie, podeszwy przyklejały się do miękkiej tekstury podłogi. Z jednej strony miała ochotę na wannę, z drugiej ten pomysł wywoływał niezrozumiałe obrzydzenie. Daleką analogią było wspomnienie ciąży, chociaż formalnie odczucia były inne.
Przepędziła dziewczynki i nadal leżała. Najpierw po prostu tak sobie, potem umieściła na suficie display mnemoniatora. Dostroiła się i zaczęła odtwarzać wszystko, co pamiętała.
Oto podbiegają wszyscy trzej. Stas i Toni-Miron. Stas patrzy na glidera, a Toni-Miron jednym okiem w roztargnieniu zerka na glidera, drugim — czujnym — na Stasa. I nie jest to późniejsze nawarstwienie wrażeń, nie, to zostało odnotowane, a potem zapomniane.
Hrabia Monte Christo.
Zero-łączności tu nie ma.
Przepraszam, ja na chwilę…
I sny. O, tak! Jakie sny, ile snów! Byłam tam, widziałam tam… Nie pamiętam.
Mnemo nie pomaga. Jakbym właziła na lodowy pagórek… I znowu w dół. Stop. Zaczepiłam się. Żeby tylko nie zjechać…
Sen-matrioszka. Ja we śnie nie jestem sobą. Ta, która jest we śnie, widzi sen. Ja też go widzę, rzecz jasna, ale jakby z boku i płytko, jakbym patrzyła jednym okiem.
Bieg po szarym błocie, z którego sterczą gołe patyki — pojedynczo i pęczkami. Szybki bieg, bezgłośny, równy. Nie wiadomo dlaczego nie patrzę przed siebie, lecz trochę w prawo.
Szara ściana — metalowa? Obok kamienny głaz. Zanurzam w głazie rękę, coś wyjmuję…
Potem lecę! W polu widzenia z prawej strony moje kolano, błyszczące, ciemne. Jakby spuchnięte.
Pode mną całkowite piekło: rumowisko skalne, przepaście bez dna. I oto nurkuję do jednej…
Ciemno. Ciemno. Ciemno. Ciepła, słodka, nie wiadomo dlaczego odrzucająca mnie wcześniej ciemność. Radość powrotu i uraza: dlaczego mnie wyrzucono, za co? Jak szczeniaka na mróz.
Zniecierpliwienie. Zaraz coś się stanie, coś nieznośnie przyjemnego. Ciemność idzie na spotkanie, obejmuje. Ciemność może być czuła.
Oto zaraz… zaraz… Oczekiwanie, zniecierpliwienie. Och!
Wybuch — ból — oślepienie — wibracja na krzyż — jakby piły tarczowe wolno wcinały się w czaszkę. Krzyczę…
Odskakuję po raz milionowy. Udaje mi się, ponieważ wiem, czego oczekiwać. Przywykłem. Potem odwracam się…
Za mną idzie kobieta w lekkim podróżnym stroju. Biały kostium, czarne włosy, oczy uważne i lekko zmrużone. Duże wyraziste usta. Wysoka, ładnie się porusza — pewnie, energicznie, płynnie.
Nigdy wcześniej jej nie widziałem.