Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
W końcu, czując, że kręcę się w kółko, odnotowałem w pamięci wyniki rozmyślań, wstałem i ruszyłem na poszukiwanie towarzystwa. Nie po to, żeby podzielić się szczęśliwie nabytymi wątpliwościami. Po prostu tak sobie.
Sześć lat kontaktów z Małym nauczyło mnie nieprzywiązywania specjalnej wagi do wiedzy napływającej z jakichś nieznanych głębin umysłu. Mały był przywiązany (niby dlaczego był”? Jest przywiązany) niewidzialną pępowiną do swoich stwórców, a ja do swoich. Jak do niego przychodziły odpowiedzi na pytania, których nie był w stanie zadać, tak oto przyszła i do mnie.
Jak dręczył go ból z powodu tych niewyobrażalnych odpowiedzi, tak dręczył teraz i mnie.
Ala
Chyba nawet wczepiła się w niego rękami. Albo bardzo chciała się wczepić. Później zobaczyła, że ma kilka połamanych paznokci i kostki palców potłuczone do krwi. Chwytała za rękaw? Może.
…dziewczynki wyrzucili ze śmigłowca za skórę jak kocięta, a potem Gorbowski z jakiegoś powodu postanowił, że ona też nie powinna tam lecieć. Nie miał racji. Poprzez różową mgłę widziała, że odbywa się coś nie do końca zrozumiałego. Wreszcie okazało się, że leci z nim, choć na miejscu pasażera. Z tyłu siedzieli trzej młodzi piloci, którzy przylecieli tu polować w wolne dni. Gorbowski zmobilizował ich razem z karabinami. W powietrzu powolnego starcha wyprzedziły trzy glidery. Ale gdy dolecieli do polany, okazało się, że nikt jeszcze nie wylądował, glidery zataczały koła, obserwowały; w eterze odbywała się wściekła awantura. Gorbowski poprosił wszystkich o ciszę, wywołał przedstawiciela progresorów — potrzebowali jeszcze pięciu minut. Polecił lądować w ślad za nim i poprowadził śmigłowiec na dół. Ala miała wrażenie, że rozbije pojazd, tak błyskawicznie ziemia pomknęła na spotkanie, ale udało się i maszyna wylądowała pewnie, nawet bez zwalniania.
— Klasa — powiedział ktoś z tyłu.
Wirniki jeszcze mełły powietrze, kiedy cała piątka wyskoczyła na lekko sprężynującą wykładzinę lądowiska. Było gorąco i panowała złowieszcza cisza. Kiedy wirniki przestały młócić powietrze, nadleciał zapach.
— Walery — powiedział Gorbowski do jednego z pilotów proszę pilnować nieba, dobrze? Bo jeszcze jak my się tu będziemy krzątać…
Pilot skinął głową. Z karabinem na piersi przypominał teraz wojownika ze starych obrazów.
Zacisnąwszy zęby, Ala skierowała się do ciał. Gorbowski wyprzedził ją o pół kroku i nawet lekko odepchnął. Piloci trzymali się z tyłu.
— Pewnie wysiadła membrana — powiedział jeden z nich. — Ludzie mówią, że czasem tak bywa. I gusmok zapikował…
Gusmokami nazywano potocznie smoki Gusmana, stwory z pyskiem krokodyla i sześciometrowymi skrzydłami.
Gorbowski pochylił się nad jednym z ciał, potem nad drugim. Wyprostował się.
— Obawiam się, że gusmoki nie mają tu nic do rzeczy. Myślę, że do tych chłopaków strzelano. Z karabinów, z bliska. Widziałem to raz…
— Leonidzie Andriejewiczu — wykrztusiła Ala. — Chodźmy. Przecież ich tu było troje.
— Tak, Saszeńko. Chodźmy, rzeczywiście.
Kończyli obchód pustych i sterylnie czystych pomieszczeń — cybery popracowały na medal — kiedy rozległo się brzęczenie pod łopatami i nad kołem lądowiska zawisł ogromny dwu-wirnikowy gryf.
— Nie ma go nigdzie — powiedziała Ala, nie wiadomo do Gorbowskiego, czy do siebie.
— Tak — odparł Gorbowski, patrząc na lądujący śmigłowiec. — Pani glidera też nie ma, Saszeńko?
Ala rozejrzała się w panice. Dopiero teraz zaczęła rozumieć.
— Nie, Leonidzie Andriejewiczu! To niemożliwe! To zupełnie nie tak, jak pan myśli!
— Ja jeszcze nic takiego nie myślę.
Gryf nie zdążył dotknąć podłoża, a już z niego wyskoczył gruby i bardzo energiczny mężczyzna w błękitnym półkombinezonie i jaskrawej koszuli w kratę. Za nim wysypała się jak groszek ze strąka dziesiątka opalonych i bardzo różnych młodych ludzi, którzy w mgnieniu oka rozbiegli się po terenie.
— Walter, nie zadeptuj śladów! Miszka, wracaj! Wracaj, zarazo! Wszyscy! I nie podchodźcie na razie! Siergiej, Akira, Zenon! Na dół, wszystko obejrzeć, zameldować! Hamlet, zdjęcia!
Duży i gruby rzucił się do brzegu lądowiska, do ciał i do Gorbowskiego.
— Witaj, Leonidzie! Co za koszmar! Tu, na Pandorze! Nie było czegoś takiego od stu lat…
— Witaj, Efraim. — Gorbowski potrząsnął jego ręką, potem łagodnieją wyszarpnął i pomasował przegub. — Saszeńko, pani pozwoli: Efraim Katzelenbogen, dyrektor Centrum Reedukacji Progresorów. Żeby nie zmuszać ludzi do łamania języka, przybrał pseudonim roboczy. Figuruje pod nim nawet w dokumentach. Proszę więc nazywać go po prostu Słoń.
— Bardzo mi miło. — Słoń się ukłonił. — Aleksandra?
— Postyszewa. Po prostu Ala.
— Znamy się z Tęczy, Słoniu — powiedział Gorbowski. — Uważaj to za rekomendację.
— To poważne. — Słoń skinął głową.
— A najważniejsze — ciągnął Gorbowski — że Aleksandra była tu wczoraj i wiele widziała.
— O! — zachwycił się Słoń. — Jak tu pani trafiła? Przymusowe lądowanie?
— Skąd pan wie?
— Aha, mam rację. No więc znowu się zaczęło…
— Co się zaczęło?
— Aktywizacja… Walter, chodź no tu, synu. Siadaj do radia i szybciutko wywołaj inne „Wiatry”. Zapytaj, czy u nich wszystko w porządku. Szczególnie u tych chronionych. Leć.
— Efraimie — powiedział Gorbowski — mam prawo wiedzieć…
— Ty tak. Ale nasza miła dama…
— Ja i tak już wszystko wiem — palnęła Ala. Zaniepokojony Słoń popatrzył na nią. Przeniósł spojrzenie na Gorbowskiego. Gorbowski skinął głową:
— Ona rzeczywiście wie więcej ode mnie. Tak więc możesz mówić. Na moją odpowiedzialność. „Wiatry” to miejsca, w których trzymacie „dzieci diun”?
— To lekkomyślne, Leonidzie. Dobra. Chodźmy pod dach.
— Ile ich jest obecnie? — zapytał Gorbowski, oglądając się w biegu.
— Czterdzieścioro dwoje. -1 wszystkie idą?
— Idą. — Słoń westchnął spazmatycznie, niemal zaszlochał. — Wszystkie, masz pojęcie, idą…
Stas
Dobre sobie. Ten malutki staruszek to szef podziemia? Obok masywnego Merlina wyglądał po prostu niepoważnie, jakoś błazeńsko niepoważnie. Ale takie sprawiał wrażenie tylko przez pierwsze trzy minuty. Potem różnica w gabarytach przestała być ważna.
Z jakiegoś powodu przypomniałem sobie, że wszyscy wielcy terroryści i rewolucjoniści byli mali i sprytni. Tacy ludzie są rewelacyjnie wytrzymali i w równej mierze wytrwali, obie te cechy wyrabiają w sobie, tłumiąc kompleksy.
Aleksander Wasiljewicz — tak się przedstawił — był z gatunku tych sprytnych i wytrzymałych. Potrafił jednocześnie chodzić, przestawiać meble, pić z wysokiej szklanki coś mleczno-białego (może nawet mleko, diabli wiedzą?) i rozmawiać jakby z każdym oddzielnie, a przy tym jednocześnie ze wszystkimi. Nie wiadomo dlaczego tylko czterech z nas: ja, Espada, Wadim i Patrick, zostało zaproszonych na spotkanie. Może Eryka i Wolfganga mieli zaprosić oddzielnie, może nie spodobali się gospodarzom…
Aleksander Wasiljewicz był jednym z pierwszych progresorów — z czasów, kiedy dopiero wykluwała się strategia i taktyka współpracy z pozostałymi (według naszego rozumienia) humanoidalnymi cywilizacjami. Nazywano ich oczywiście inaczej: obserwatorami, i w ogóle nie mieli oni prawa do interwencji. Uważano wtedy, że wszystko należy zostawić naturalnemu biegowi rzeczy. Ale praktycznie każdy z uczestników tych starych projektów prędzej czy później zaczynał się kruszyć psychicznie, a to prowadziło albo do całkowitej profesjonalnej nieprzydatności, albo do olbrzymiej katastrofy, często bardzo krwawej. I chociaż sam Aleksander Wasiljewicz nie mówił nic o własnych przeżyciach i przygodach, pogrzebałem w pamięci i znalazłem kilka epizodów, które mogły być związane właśnie z tym człowiekiem.