Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Rozłożyli obóz wokół wejścia do jaskini. Ludzie i zwierzęta ugasili pragnienie, żołnierze solidarnie zrobili zrzutkę dla obu koni. Kilka funtów pokruszonych sucharów to najlepszy posiłek, jaki jadły przez ostatnie dni.
Oficer podszedł do dziewczyn z dziwnym błyskiem w oczach.
– Bergh jest rozczarowany. Gotów był się założyć, że to jego psy znajdą dla nas wodę.
Kailean westchnęła dramatycznie.
– Ale nie zrobi niczego głupiego? Nie ma sensu podcinać sobie żył z powodu takiego drobnego niepowodzenia.
Porucznik spojrzał pytająco na Daghenę.
– Wozackie poczucie humoru. Zawsze tak reaguje, gdy jest szczęśliwa. Konie jeszcze nam potowarzyszą.
– Jakiś czas. A ona – wskazał na Laiwę – coś mówiła?
– Nie, milczy. Zaraz spróbujemy dać jej pić. Wiecie już, że ta jaskinia została zrobiona przez ludzi?
– Wiemy – potwierdził. – Dno za równe, ściana, po której spływa woda, gładziutka, w głębi coś, co wygląda jak zawalony tunel.
– Spróbujecie go odblokować?
– Nie. Może zawał ma kilka stóp, a może kilka mil. Nie zostanę tu na miesiąc, żeby się o tym przekonać. Musimy iść dalej.
– To znaczy gdzie? Prosto, aż zatoczymy krąg i znajdziemy własne ślady? Albo zgubimy drogę i nie znajdując innego źródła, umrzemy z pragnienia?
Kenneth obdarzył Kailean spokojnym spojrzeniem.
– To są wzgórza, a nie równina. Utrzymujemy kierunek, obserwując kształty i położenie szczytów. Liczymy je, zapisujemy, notujemy ilość żlebów, wąwozów, grani. Robimy mapę. Nie idziemy w koło i zawsze będziemy mogli tu wrócić. A jak robicie to na Stepach?
– Patrzymy na słońce, gwiazdy i skąd nadlatują strzały.
– Też dobry sposób. Dajcie jej pić, zanim padnie.
Kailean napełniła po brzegi kubek i przyłożyła go do warg szlachcianki. Ta odsunęła gwałtownie głowę, gapiąc się w naczynie. Po czym wyciągnęła palec, zamoczyła w wodzie i patrzyła, jak krople powoli skapują do środka.
– Gdy jest pełny, kropla spada, inna wypływa... nie wierzyłyśmy w to... to jakaś przenośnia... mówiła... Potem stałam pod niebem jak oczy i wiedziałam... ktoś odszedł, bo my weszliśmy... musi być równowaga... tylko ci, którzy nie mają duszy w ciele, mogą bez przeszkód przejść obie granice...
– Ona...
– Cicho – Daghena przerwała porucznikowi gniewnym syknięciem i pochyliła się ku hrabiance. – Ilu was przeszło? Ilu na tę stronę?
– Dwustu siedemnastu. Z mego Domu wszyscy, którzy uwierzyli. Czy dobrze zrobiliśmy, matko? – Laiwa, uwięziona we wspomnieniach, nie odrywała wzroku od palca zawieszonego nad kubkiem. – To była jedyna szansa, powiedziała Sainha, guon-we zatrząsł się i pękł, teraz albo nigdy... Rozrzuciło nas, ale sądziliśmy, że tak będzie lepiej. Zgodziłam się, by moi wezure’h żyli jak prawdziwi ludzie... wolni... mogli wybierać... mieć dzieci... a przecież wysłałaś za nami pościg... czy nasz grzech był tak wielki? Powinnam go zabić, gdy odchodziłam, małego kanaloo... znał mój... nasz zapach... znał ślady naszego se’guon... tropił jednego po drugim... coraz bliżej... Za późno go zabiłam.
Plemienna czarownica odezwała się ochrypłym szeptem.
– Z ciałem, prawda? Przechodziliście z ciałami. Dusza za duszę. Młodzi i zdrowi, więc młodzi i zdrowi odchodzili. Dlaczego?
Nieobecny uśmiech wykrzywił usta Laiwy.
– Marzenie, matko. Mieliśmy marzenie... Myślałaś, że wszyscy zapomnieli? O niebie jak jasne oczy, o prawie do własnego ciała, spojrzeniu, które nie grzęźnie we mgle.
– Matka cię kocha.
Szlachcianka wzdrygnęła się.
– Wiem... dlatego kazałaś zabić Moahi, bo brakowało mu pół cala na ścianie piękna... Kazałaś przebić srebrną szpilą brzuch Laery, bo nasienie posiał w nim ktoś spoza Domu. Chciałaś, żebym spółkowała z Derenem, chciałaś, żeby Sainha przeszła do Domu Traw... chciałaś, żeby mój kanaloo nauczył się zabijać, zanim skończy cztery lata. Pamiętasz?
Przez cały czas, gdy mówiła, jej wzrok nie odrywał się od palca i zawieszonej na nim kropli wody. Daghena nie przerywała maskarady.
– To wszystko z miłości.
– Miłości... wierzyłam w twoją miłość... Ocalone Dzieci powinny być ci zawsze wdzięczne za tę miłość, prawda? Ale nie wiesz, że my też mamy marzenia... własne legendy... szeptane nocą pod przykryciem... Nawet jeśli karzesz tych, których przyłapiesz na ich opowiadaniu... I wiesz co... one okazały się prawdą... to miejsce istnieje, żyłam w nim... patrzyłam na tych ludzi... śmiałam się i płakałam z nimi... bój się ich... bój się ludzi, którzy widzą...
– Strach nie ma znaczenia, córko. Liczy się prawda. Co zrobiłaś ze swoim bratem?
– Zabiłam. Gdy był blisko, zwabiłam go na wieżę i wbiłam nóż w plecy. Ale wcześniej... ci strażnicy... Sainha mówiła, że nie było wyboru. Oni nie zeszliby z góry, a kanaloo musiał zginąć, to było jedyne miejsce, gdzie mogłam go spotkać bez świadków. Ależ się ucieszył. Widziałam to w jego oczach... lecz musiał umrzeć. Przecież prowadził ewelunrech i weh’zaav naszym śladem. Od jednego wezure’h do następnego, coraz bliżej. Powinnam uciekać, ale sądziłam, że w zamku będziemy bezpieczne. Że mury i zbrojni nas obronią. Dlatego Sainha... ja... my... ona była taka młoda... ale nie miałyśmy czasu... i myślę teraz, matko, że w ogóle się od ciebie nie różnię. Porucznik otworzył usta, jakby chciał o coś zapytać.
– Naprawdę, córko? – Daghena gestem nakazała mu ciszę. – A co ja bym, według ciebie, zrobiła?
– Nie... nie wiem... ja, my... czar był gotowy... od wielu miesięcy, a gdy ona przyjechała... nowi ludzie w zamku, nowe twarze... zaburzenie... pomyślałam... hrabia będzie lepiej strzegł przyszłej synowej niż zwykłej służącej. Zamieniłam się z nią... wystarczyło podmienić twarze we wspomnieniach... przykro mi... Ty byś się nie zawahała, matko.
– Za długo siedziałaś w jednym miejscu.
– Przeszło pięć lat... to długo? Niektórzy z nas założyli rodziny i dochowali się dzieci. A ty... dobry czas wybrałaś na polowanie... zima... Zanim wieści się rozniosły, połowa już nie żyła. Ale gdybym wiedziała, że poślesz weh’zaav... uciekłabym.
Zacięła się.
– Ja... przepraszam... czy... czy mi wybaczysz... ja znów będę dobrą córką... obiecuję... wybaczysz mi... proszę... wybaczysz...? Proszę... Ja...
Kropla oderwała się od palca i spadła do kubka.
Laiwa westchnęła, ukryła twarz w dłoniach i zapłakała. Daghena wstała i ruchem głowy kazała im odejść na bok.
Stanęli w pełnym napięcia trójkącie. Porucznik mierzył je takim wzrokiem, jakby był przekonany, że ukrywają przed nim wielkie sekrety, z kluczem do opuszczenia tej krainy na czele. Ale milczał.
Kailean też milczała, bo Daghena miała taką minę, jakby właśnie zawzięcie biła się z myślami. Gapiła się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt na ziemi i przygryzała wargi.
– Jest taka magia... – zaczęła wreszcie z wahaniem. – Takie czary, babka niewiele o nich wie, słyszała od swojej babki, która słyszała od swojej, i tak dalej... znacie ten łańcuch. Gdy naczynie jest pełne, to jeśli wpadnie do niego jedna kropla, inna musi wypłynąć. U nas w plemieniu mówiło się bukłak i wino albo kubek i krew. Nikt nie wie, skąd się właściwie wzięło to powiedzonko, sądzimy, że odnosi się do pewnej równowagi i do tego, że nadmiar jest szkodliwy. W każdym razie w czarach chodzi o to, że jeśli w jednym miejscu pojawia się jakieś ciało, to inne musi je opuścić, zamieniają się miejscami... jak wiesz kto, Kailean.