Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Jeśli powiem, że żałuję, iż cię stamtąd zabrałem, to uznasz mnie za potwora?
Pisnęła i rzuciła się na legowisko, podciągając grubo tkany pled po samą szyję. Zakręciło jej się w głowie, a ból w piersi prawie odebrał oddech.
– Nie myślałem wtedy o niczym szczególnym. To były trudne negocjacje, nie... nie negoqacje, tak naprawdę przyjechaliśmy po rozkazy, po rozkazy od parszywego wypierdka, syna złodzieja kóz, który go z jedną z nich spłodził. Ale musimy go słuchać, bo zgodnie z przymierzem sprzed lat Syn Wojny wywodzący się z prawdziwych Se-kohlandczyków może rozkazywać Synowi Wojny, który pochodzi z innego plemienia. I jego wojownikom. W ten sposób nasze plemiona straciły wszystkich młodych w bitwie o Meekhan, posłano ich do pierwszego ataku, między wzgórza i sady. Ta garstka, która wróciła, opowiadała o pancernych szeregach ciężkiej piechoty stojących na szczytach wzgórz, które w żaden sposób nie dały się wciągnąć w pułapkę. I o tym, że przez pierwszy dzień bitwy a’keery Se-kohlandczyków nie ruszyły się z miejsca. Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Nadal mówią przysięga albo krew. Wybierajcie.
Dopiero teraz odnalazła go wzrokiem. Siedział między dwoma stertami tobołów, sam podobny do niezgrabnej, byle jak rzuconej kupy niepotrzebnych rzeczy. Wyglądał tak samo jak ten, którego dojrzała, gdy wisiała w siodle. Krótko ścięte włosy, czarna broda, ciemna cera, dzikie oczy. Mówił w meekhu, języku, którym posługiwała się od zawsze, choć miał dziwaczny, ale jakoś znajomy akcent.
I był potężny. Gdy wstał, zdawał się sięgać głową pod sam płócienny sufit. Chyba nawet wyższy od jej ojca, choć tak samo szeroki w barach.
– Zabrałem cię – stanął przy rzeźbionym słupie, a twarz wykrzywił mu dziwny grymas – bo kazali nam przyjechać do ich obozu bez broni i odebrać rozkazy, jakbyśmy byli bandą niewolników. A rozkazy wydawał kozi bękart, który ledwo zeszłej nocy dostał lanie od bandy sawenji i musiał uciekać przed nimi ponad sześćdziesiąt mil na wschód. Skrzywił się.
– Teraz twierdzi, że zrobił to specjalnie, że taki miał plan, a jego ucieczka to zaplanowana pułapka. Ciekawy manewr, po którym zostawia się połowę obozu i stad w ręku wroga... Nic nie powiesz? Tsaeran twierdzi, że mówisz płynnie jej językiem. Byłaś tam... Ale nie sądzę, żebyś znała się na strategii, hę? Danu Kredo próbował zagarnąć jak najwięcej dla siebie, jak ten przygłupi kundel, co uczepił się nogi wołu i myśli, że zwierz jest jego. A teraz wół się ruszył i idzie na nas.
Posłał jej uśmiech, od którego poczuła skurcz żołądka. I nie chodziło o ból obitych trzewi.
– Tak, ruszyli już, cały obóz, pięć tysięcy wozów, ze trzy tysiące rydwanów. Przepuścimy wasz obóz przez wzgórza, a potem poczekamy, aż zbliżycie się do rzeki. Bo między rzeką a wzgórzami rydwany i wozy będą uwięzione. Wiesz, dlaczego to zrobimy? Bo choć łatwo dałoby się was zatrzymać u podnóża Olekadów, to przecież nie odmawia się gościom przynoszącym bogate dary. Wasze wozy, konie, złoto i srebro będą nasze. A potem zajmiemy się następną bandą, która zjedzie z gór, i następną, i następną. – Pochylił się nagle do przodu i wydyszał – całe życie czekałem, żeby stanąć pośrodku waszego obozu i powiedzieć, jak nazwała mnie matka...
Wyciągnął skądś małą skrzynkę i zwalił się na nią, aż zatrzeszczała.
– Zabrałem cię – kontynuował – bo mogłem wyładować swój gniew, splunąć im do miski, podrażnić. Bo dobrze widzieć na ich twarzach szacunek.
– To nie był szacunek – wymruczała w pled.
– Co powiedziałaś?
– To nie był szacunek – powiedziała głośniej – tylko strach. Bawi cię strach kobiet i dzieci?
Nie wiedziała, dlaczego w ogóle z nim rozmawia.
– Te dzieci ćwiczą celność strzał na starych niewolnikach przywiązanych do słupów, a kobiety szyją z łuków i ciskają oszczepy lepiej niż niejeden mężczyzna. I byli tam też inni, starzy wojownicy, nawet kilku w pełni sił, wiesz o tym. Jak sądzisz, dlaczego pozwolili wyrwać sobie zakrwawioną zdobycz spomiędzy zębów? – Uśmiechnął się bez śladu radości w oczach. – Tak, chodzi o strach. Nauczyliśmy ich go, i nauczyliśmy też, że sami go nie znamy. Ciesz się z tego strachu, bo dzięki niemu jeszcze żyjesz.
Nie umknęło jej to „jeszcze”. Nie pozwolił jej na odpowiedź.
– My też znamy taką zabawę, wiesz? – kontynuował. – Gdy trafia się wyjątkowo krnąbrny niewolnik albo jeniec, z którym będą same problemy...
– Mordujecie go.
– Dajemy mu szansę. I nie przerywaj mi więcej.
– Bo co – nie wytrzymała – zwiążesz mnie i pobijesz?
– To byłby zbędny trud. – Uśmiechnął się znów lodowato. – Po prostu zakażę Tsaeran przychodzić do ciebie i podawać jakiekolwiek leki. Życie na Stepach to nie zabawa za murem z wozów, pod opieką imperialnych armii. Taki niewolnik, któremu dajemy szansę, może wybierać. Zabijemy go albo sprzedamy innemu plemieniu, lub też przywiążemy za kostkę do wbitego w ziemię kołka i każemy się zmierzyć z trzema młodymi wojownikami. Każdy, on też, ma pałkę lub długi kij. Jeśli więzień wygra, dostaje konia, nóż i zapas żywności na dziesięć dni. Jeśli przegra, też jest wolny.
Przechylił głowę, mierząc ją wzrokiem.
– Gdyby dali ci kij i pozwolili walczyć, nie wtrąciłbym się. Ale teraz żałuję, że to zrobiłem.
Nie znalazła żadnej błyskotliwej odpowiedzi, zresztą, on najwyraźniej jej nie oczekiwał.
– Nasza Pani z pewnością znajdzie sposób, by zajrzeć w głąb twojego serca, amenray. I pozna twoje motywy.
Z tymi słowami jej opiekunka odsunęła zasłonę i wkroczyła do namiotu. Mężczyzna i kobieta wymienili spojrzenia i Key’la musiała przyznać, że nie było to spojrzenie pana na sługę. Szczerze mówiąc, to on wyglądał na zmieszanego.
– Lepiej żeby twoja bogini się nie wtrącała.
– Ona rzadko się wtrąca. Jak inaczej moglibyśmy zachować wolność wyboru? Mówiłeś, że ona cię nie obchodzi.
To drugie „ona” odnosiło się do Key’li.
– Bo nie obchodzi. Chciałem tylko sprawdzić, czy nadal umiesz leczyć. Będziemy tego wkrótce potrzebować.
– I to bardziej niż myślisz, jeśli opowieści ludzi Kyh Danu Kreda są prawdziwe. Opowiadają, że jej rodacy bili się jak stado demonów.
– Plotki już się rozeszły?
– Wraz z płaczem świeżych wdów. Mówią o trzech tysiącach zabitych zeszłej nocy. Ale to się może zmienić, bo jeszcze nie wszyscy zebrali się w kupę. Przyszedłeś tu dręczyć to dziecko?
– Przyszedłem zobaczyć, co wyciągnąłem spod kopyt mojego konia.
– I żałujesz?
– Tak. Ten, który ją porwał, to Henwe Ger Lowesa. Dowódca a’keeru spokrewniony z samym Danu Kredem. Już zdążył mu się poskarżyć. – Wstał gwałtownie, wyrastając na swoje siedem stóp. – Jak dowiedzą się, gdzie jest, będę musiał mu ją oddać. Więc jak widzisz, mój żal ma podstawy. Zawsze żałuję zbędnego wysiłku.
– Więc ją wydaj. – Znachorka stanęła w lekkim rozkroku, choć żeby spojrzeć mu w twarz, musiała zadrzeć głowę.
– Prędzej konie zaczną latać, niż z własnej woli oddam coś tym śmierdzącym synom sparszywiałych owiec. Ale na wszelki wypadek nie marnuj już na nią więcej leków. Szkoda ich.
Wyszedł z namiotu, zginając się niemal wpół. Zostały same.
– Nie przejmuj się tym, co mówił. Ma lepsze serce, niż to się wydaje, choć nosi w nim jakąś bliznę, której nie potrafię zaleczyć. Zresztą jak oni wszyscy. No już, wstawaj. I nie rumień się, jak myślisz, kto cię rozebrał? Powoli – podała jej rękę – powoli, dobrze. Co my tu mamy po tych kilku godzinach?