Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Błąd.
Wystrzeliła głową do przodu i zacisnęła zęby na śniadej skórze. Z całej siły, jakby była wygłodzoną kuną dopadającą kury. Poczuła opór i nagle usta wypełniło jej słone ciepło.
Młody koczownik zawył, walnął ją na oślep kijem, ale tylko szarpnęła się mocniej i głębiej wbiła zęby. Śmiech ucichł i przez chwilę wyglądało na to, że nikt nie wie, co zrobić. A potem poczuła uderzenie w głowę i świat eksplodował wszystkimi gwiazdami. I kolejne, w potylicę, po którym bezwiednie otworzyła usta, a ugryziony chłopak odkuśtykał poza zasięg jej zębów, pojękując przy każdym kroku. Wtedy ciosy zaczęły spadać jak grad, jakby znalazła się w kręgu nie trzech, lecz trzydziestu prześladowców, którzy na dodatek mieli po kilka kończyn. Nogi, ręce, brzuch, pierś. Tym razem byle jak, byle szybciej i mocniej. I głowa. I jeszcze raz głowa.
Po kolejnym uderzeniu ogarnęło ją dziwaczne uczucie, jakby leciała w powietrzu, rzucona ręką olbrzyma.
Tak, pomyślała wraz z uciekającą świadomością. To teraz.
I nagle ziemia zadrżała, a otaczający ją tłum zakrzyczał dziko, ale już nie triumfalnie. Coś ogromnego wpadło na chłopców, którzy rozpierzchli się jak stado kuropatw, bat rozwinął się i trzasnął, raz, drugi, trzeci, a każdemu trzaśnięciu towarzyszył okrzyk bólu.
A potem świsnęła stal i nie była już przywiązana do wbitego w ziemię kołka, co nie miało znaczenia, bo i tak nie czuła własnego ciała. A raczej czuła, ale tak, jakby ktoś urwał jej głowę i przyszył do worka wypełnionego kawałkami mięsa i kości.
Podniesiono ją za ramię i znów znalazła się na końskim grzbiecie. Z tej pozycji trudno coś zauważyć, zwłaszcza kiedy wzrok ucieka i wszystko rozmywa się w szare plamy, lecz gdy go skupiała, widziała wyraźnie gniew, wrogość i pogardę na twarzach otaczających ją ludzi. Nikt jednak nie patrzył na nią, celem tych spojrzeń był jeździec, który ją uwolnił.
W niektórych dłoniach pojawiła się broń, oszczepy, noże, toporki. Nieartykułowane okrzyki zamieniły się w wyraźne groźby, nie rozumiała języka, ale słowa dały się rozróżnić. Jeździec parsknął coś, odwarknął i zakręcił koniem, trzaskając batem w powietrzu. Jego koń... Pani Stepów, dopiero teraz zauważyła, jaki był wielki, w porównaniu z nim poprzedni wydawał się mułem, a jego właściciel – rozmazany wzrok zaczepił o stopę w zdobionym srebrem strzemieniu – był równie ogromny. To stąd ten strach, zrozumiała.
Bo choć na twarzach tłuszczy była nienawiść i pogarda, to w oczach większości czaił się lęk. Tuż obok niej ktoś zakrzyczał z bólu. Przekręciła głowę, wierzchowiec, czarny jak najciemniejsza noc, ucapił zębami za ramię jednego z jej prześladowców i wyglądało to tak, jakby wilczyca trzymała w pysku młode. Jedno zaciśnięcie szczęk, a chłopak zostanie kaleką do końca życia. Jeździec zaśmiał się i rzucił kilka słów, a koń potrząsnął łbem i puścił swoją ofiarę. Nie widziała, dokąd chłopak uciekł.
I znów zaczęli się kręcić w kółko, znów było trzaskanie z bata i pogardliwe warknięcia. Prowokował ich, zrozumiała, sam w tłumie, tylko z batem w ręce, prowokował ich do ataku, a oni nie mieli odwagi...
Zza najbliższego namiotu wyjechało kolejne zwierzę. Siwek, równie ogromny co ten kary. Gdyby miała porównywać, powiedziałaby, że był o piędź wyższy w kłębie od koni, które Verdanno zaprzęgali do rydwanów. A jego jeździec... Gdyby zsiadł, przenosiłby wszystkich koczowników o głowę. Nawet na tym koniu wyglądał jak dorosły dosiadający kuca. Miał ciemną cerę, skośne oczy i twarz przeciętą kilkoma białymi smugami. Włosy strzygł krótko, a czarna broda i wąsy nadawały jego obliczu dziki wygląd. Spod skórzanego pancerza wystawała pikowana przeszywanica, nie miał hełmu ani żadnej broni. Tyle zdążyła zauważyć, ogarnięta dziwną jasnością umysłu. Jej ciało znajdowało się gdzieś daleko, pulsujący tępym bólem tobół połamanych kości, za to myśli galopowały dziko przed siebie.
Białe smugi na twarzy... Wróg, przy którym Se-kohlandczycy są niemal dobrymi sąsiadami. Podsłuchane nocne rozmowy, gniew ojca, ból w głosie mamy... Opowieści, którymi straszyli ją bliźniacy, zanim ojciec nie dowiedział się o tym i nie sprał ich. Amanewe Czerwony... jego rzeźnicy ozdabiają twarze w ten sposób...
Puść mnie! Puść mnie! Puuuuść!!!
Gdyby jej ciało nie było tak rozpaczliwie, boleśnie odległe, mogłaby szarpnąć się i spaść z konia.
Potem pojawiło się jeszcze trzech konnych, wszyscy wielcy i umalowani jak do bitwy. Wymienili kilka zdań, jej jeździec jakby się tłumaczył, wreszcie ten na siwym ogierze machnął ręką i nagle rozwinęły się jeszcze cztery baty. Nawet nie musieli nimi trzaskać, a tłum umilkł i wycofał się między namioty.
Pięciu konnych sformowało luźny klin i wywiozło ją z obozu.
* * *
Wodę wyczuły konie. Nie psy, lecz konie właśnie, i to w chwili, gdy zapadła już decyzja, że na najbliższym postoju pod nóż pójdzie pociągowy. Zwierzę męczyło się strasznie, być może miało to związek z tym, że wokół panował wciąż ten sam upał, a ono miało zimową okrywę. Pół dnia wcześniej, albo coś koło tego, zdjęty z niego siodło i przesadziły hrabiankę na kuca, ale niewiele to pomogło. Koń szedł resztką sił.
Grunt ciągle był taki sam, czarna skała pokryta – jeśli ktoś się dobrze przyjrzał – warstewką pyłu. Nawet pochodzący z gór strażnicy nie potrafili powiedzieć, jaki to kamień, ale tak naprawdę nie miało to znaczenia. Wzgórza, przez które wędrowali, zmieniły się, nabrały charakteru, skacząc w niebo coraz bardziej stromymi ścianami, odgradzając się od sąsiadów coraz głębszymi żlebami i wąwozami, co zmuszało ich do wybierania drogi dostępnej dla koni. Ze spojrzeń, jakimi żołnierze obrzucali zwierzęta, widać było, że uważają je raczej za przeszkodę niż pomoc w szybkiej wędrówce.
Wędrówce – dokąd? To było pytanie, którego nikt nie zadawał. Rudy porucznik od czasu do czasu zwoływał swoich podoficerów, naradzał się krótko i wskazywał kierunek. I tyle. Kailean obawiała się, że jak to czasem zdarzało się ludziom wędrującym po Stepach, mogą zacząć krążyć w kółko. Tu nie było żadnych znaków orientacyjnych, słońca, gwiazd, widniejących na horyzoncie innych szczytów, nic. Szli i szukali śladów zaginionych żołnierzy lub innych ludzi, którzy mogli tędy kiedyś wędrować. Od jakiegoś czasu kompania posuwała się coraz szerszym frontem, czujki po bokach oddaliły się już na dobre dwieście jardów, strażnicy czesali okolicę w nadziei znalezienia czegokolwiek, co powie im, gdzie są.
Oraz wody, oczywiście.
I właśnie wtedy, gdy Kenneth dał rozkaz do zatrzymania się na kolejny odpoczynek, szerokogrzbiety koń pociągowy parsknął, zarżał krótko i wyrwał do przodu. Dwóch żołnierzy próbowało zagrodzić mu drogę, roztrącił ich masywną piersią i pobiegł ciężkim kłusem, kierując się w głąb szczeliny w skale, która ciemniała kilkadziesiąt jardów przed nimi. Najpewniej przegapiliby ją, gdyby nie reakcja zwierzęcia. Kuc, z którego właśnie ściągnęły szlachciankę, wciągnął głośno powietrze i ruszył za towarzyszem. A Kailean już wiedziała, co znaczy ta nagła energia.
– Zostawcie je! – wrzasnęła, biegnąc za koniem. – Pewnie znalazły wodę.
Znalazły. Sto kroków w głębi szczeliny, w ciemnościach tak absolutnych, że człowiek nie widział nawet własnego palca przytkniętego do nosa, szemrał strumień. W świetle pochodni skalna ściana płakała wilgocią. Woda spływała gdzieś z góry, sączyła się po kamieniu i zalewała dno jaskini kilkucalową warstewką. Oba konie stały w niej i piły długimi tykami.
Kailean podeszła do sadzawki, zanurzyła dłoń i uniosła mały łyk do ust. Opowieść porucznika nabierała cech prawdopodobieństwa, woda miała lekki posmak siarki i była obrzydliwie ciepła. Ale nadawała się do picia.