Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 91 92 93 94 95 96 97 98 99 ... 152
Перейти на страницу:

– Myliłeś się.

– Co?

– W sprawie rydwanów. Poradzili sobie i wrócili.

Pięści zatrzeszczały.

– Ona nie jest Falą rydwanów... a ja powinienem...

– Nie! – Przerwał mu krótko, ostro, jak chyba nikt od lat nie ośmielił się przerywać And’ewersowi. – Nie zaczynaj się użalać! En’leyd nie ma prawa tego robić. Być może będziesz musiał w czasie marszu zostawić kogoś na pewną śmierć albo posłać Falę do samobójczego ataku. To twój ciężar, twoja rola. Masz mieć serce z kamienia albo zwołam Radę Obozu i odbiorę ci dowództwo. Ci, co zostali, nie mogą czepiać się twoich kół.

Kowal zrobił krok w jego stronę, pochylił się, zawisł jak waląca się góra.

– Nie prosiłem o ten zaszczyt – wycedził powoli, akcentując każde słowo.

– Wiem. Byłem wśród tych, którzy założyli ci chomąto na szyję. Ale pamiętasz, dlaczego je przyjąłeś?

Twarz And’ewersa pociemniała.

– Bo nie było nikogo innego...

– Tak. Nikogo z twoim doświadczeniem. A twoje dzieci i tak by pojechały. Nie zatrzymałbyś ich. Moje też się wyrywały do drogi, cała szóstka. Zostawiłem w Imperium osiem warsztatów rymarskich, dwanaście sklepów i kontrakt na dziesięć tysięcy orgów na dostawę siodeł do Ósmego Pułku Kawalerii. – Uśmiechnął się nagle, wbrew sobie z pewnym rozrzewnieniem. – Mógłbym zarobić te dziesięć tysięcy, ale dla kogo? Dla durnego starca siedzącego przed wozem i zapijającego się na śmierć, którego spotkałbym w lustrze za kilkanaście lat? A poza tym...

Zawahał się, przykucnął i zagłębił dłonie między korzenie traw.

– Czujesz? – Podsunął kowalowi pod nos uwalane czernią palce. – Ona woła do moich kości. Gdy tylko stanąłem po tej stronie gór... Nie wrócę do sklepów i kontraktów z armią. To moja ziemia.

– Oni – And’ewers wyprostował się powoli i skinął głową na wschód – twierdzą co innego.

– A więc chodźmy i wyprowadźmy ich z błędu.

* * *

Niewola śmierdzi.

Nie strachem, bo strach ma swoje granice i w pewnym momencie zamienia się w mroczny stupor, w którym człowiek nie odczuwa już kolejnych uderzeń i kopnięć, a na widok odsłoniętego ostrza odchyla tylko gardło, czekając na cios.

Nie śmierdzi też krwią i – co jest bardziej upokarzające niż obrzydliwe – moczem. Spędziła połowę nocy i większość poranka przerzucona jak jakiś tobół przez koński grzbiet, twarzą do dołu, z nogami majtającymi w powietrzu i łękiem siodła wbijającym się w pęcherz. I w końcu popuściła. Odrobinę, ale jednak.

I nie śmierdzi wyprawioną skórą, końskim potem ani spoconą stopą w skórzanym bucie, która od czasu do czasu boleśnie zahaczała o jej głowę.

Nie, niewola śmierdzi wilgotną wełną, brudnym gałganem oderwanym od jakiejś szmaty, której przeznaczenia lepiej nie dociekać, i owiniętym na jej twarzy tak, że prawie się udusiła. Śmierdzi zaschniętym potem i brudem tak starym, że pamięta chyba chwilę, gdy Laal Szarowłosa otworzyła pierwszym Verdanno drogę na Wyżynę Lytherańską.

Jechali na wschód. Tyle mogła ustalić po kierunku, z jakiego słońce grzało jej plecy. Przez pierwsze godziny pędzili na zmianę galopem i cwałem, z paniką wczepioną w końskie grzywy jak młody kociak w kłębek wełny. Czuła tę panikę, panikę koni, która spływała na nie z jeźdźców, i mimo że była już martwa, serce w niej śpiewało. Wrócili. Der’eko i bliźniacy wrócili razem z resztą rydwanów i starli napastników z powierzchni ziemi. Obóz New’harr okazał się zbyt potężny nawet dla dziesiątków tysięcy koczowników.

Bała się, rzecz jasna, jak każdego małego tchórza strach łapał ją za gardło i tłumił dech, ale i tak miała ochotę śmiać się na głos. Wrócili.

I nieważne, że wcześniej porywacz, wrzeszcząc coś w swoim barbarzyńskim języku, rzucił ją z wściekłością na ziemię i kopnął kilka razy, aż trafiona nerka eksplodowała ogniem. Nieważne, że związał jej brutalnie ręce na plecach, zaciskając rzemienie z siłą zdolną połamać kości, a twarz omotał brudną szmatą. Nieważne, że rzucił ją w krąg swoich towarzyszy, w koło pełne uderzeń pięści, kopnięć i ostrzy, które cięły jej ubranie i skórę. I nieważne też, że umarła jako dziecko wozów, jako Verdanno, w chwili, gdy przerzucił ją przez koński grzbiet i sam wskoczył na siodło.

Ważne, że cokolwiek koczownicy zaplanowali dla Fal, nie udało się i teraz uciekali spod Olekadów jak stado zbitych psów.

W miarę jak noc kładła się spać, ustępując miejsca dniu, jechali coraz wolniej, za to w coraz liczniejszym towarzystwie. Mogła to ocenić po łoskocie kopyt i odległych nawoływaniach, gdy poszczególne grupy jeźdźców odnajdywały się na stepie. Wkrótce z kilkudziesięciu koni zrobiło się co najmniej kilkaset, a okrzyki przycichły do groźnych pomruków. Ojciec miał rację, koczowników można pokonać i rozbić, ale jeśli nie zdziesiątkuje się ich od razu, zbiorą się znów w kupę, jak krople wody ściekające po ściankach misy. Verdanno wygrali bitwę, lecz z pewnością nie wojnę.

Porywacz nie zwracał na nią większej uwagi, zupełnie jakby była zwykłym tłumokiem wypchanym śmieciami. Od czasu do czasu, gdy już niemal zsuwała się między kopyta, łapał ją brutalnie w pasie i poprawiał. Nie jęczała ani nie szlochała, co zdawało się go lekko irytować, bo przy okazji kilka razy boleśnie ją uszczypnął, a raz szarpnął za związane na plecach ręce, jakby chciał wyłamać barki.

Poza tym całkowicie ją ignorował.

Zatrzymali się, gdy słońce minęło już zenit. Nic nie widziała, kiedy nagle wybuchł wściekły gwar i ze wszystkich stron otoczyły ją gniewne, przekrzykujące się głosy, przerywane dzikimi wrzaskami. A potem, w chwili gdy wydawało jej się, że zaraz w ruch pójdą szable i topory, rozległy się ostre gwizdy i hałas umilkł jak ucięty nożem. Ktoś wziął koczowników w karby, szybko i skutecznie.

Jeździec zeskoczył z siodła i ściągnął ją na ziemię. Zakręciło jej się w głowie i gdyby miała czym, to by zwymiotowała, ale ustała na nogach. Se-kohlanczyk złapał ją za ramię i poprowadził. Słyszała setki, nie, tysiące koni, ale głosy ludzi ograniczyły się do cichego szmeru i rzadkich krótkich komend. Ktokolwiek narzucił im swoją wolę, nie znosił sprzeciwu.

Mężczyzna zatrzymał ją nagłym szarpnięciem, posadził na ziemi i przywiązał do wbitego w ziemię kołka. Po czym znikł. Westchnęła ostrożnie, obite o siodło żebra i brzuch bolały, lecz nacisk na pęcherz odrobinę zelżał, więc istniała szansa, że się nie zsika. Z jakiegoś powodu było to w tej chwili dla niej najważniejsze. Nie zsikać się, nie upokorzyć, mogą mnie zabić, ale nie zobaczą kałuży moczu na moim ubraniu.

Gwar wokół tętnił w swoim rytmie, ktoś krzątał się za jej plecami, najpierw jedna osoba, potem kilka, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Młoty waliły, wbijając w ziemię drewniane kołki, zaszeleścił materiał, zapachniało dymem. Obóz, zrozumiała, rozbijają obóz.

Ta świadomość ścisnęła jej serce. Obóz – spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli koczownicy zakładają obóz, to znaczy, że czują się bezpiecznie, że naszym nie udało się ich rozbić...

Naszym... Nie ma już naszych. Ta myśl była jak garść zimnego błota, którą ktoś wrzucił jej za kołnierz, spływała w dół, mrożąc kolejne partie ciała. Jechała na koniu, wbrew własnej woli, ale z pewnością nie zrobiła wszystkiego, żeby tego uniknąć. Mogła walczyć i dać się zabić, a nie pozwolić, by wrzucili ją na siodło.

Der’eko też – napłynęła myśl – też jechał konno, a przecież nie został wykluczony z rodziny. Ale Pierwszy to Kanewey Fali, dowodzi pięcioma setkami rydwanów i jakikolwiek grzech by wziął na barki, zmaże go krwią wrogów. A co ona może zrobić? Wypleść więcej wiklinowych płotków?

1 ... 91 92 93 94 95 96 97 98 99 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)