Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Gdzieś z boku wybuchł zgiełk, z początku groźny, potem – co ścisnęło jej serce – coraz bardziej radosny. Okrzyki i śmiechy zbliżały się i nagle ktoś podszedł i zdarł jej szmatę z głowy. Pobrużdżona wiatrami, przecięta krzywo zszytą blizną twarz znalazła się tuż przed nią. Wąskie oczy zmrużyły się.
– No, mała sawenjo, patrz. Patrz, co zostaje z głupców, którzy myślą, że koła są lepsze od nóg i kopyt.
Key’la nie zerknęła we wskazanym kierunku, całą uwagę poświęcając mówiącej. Bo to była kobieta, obcisły skórzany strój nie zostawiał co do tego żadnych wątpliwości; stara, z siwymi kudłami zaplecionymi w kilka lichych warkoczyków. Mówiła w meekhu, języku Imperium, choć z potwornym akcentem i dziwacznie przeciągając zgłoski.
– Wiem, że mnie rozumiesz, wy wszyscy mówicie teraz po meekhańsku. Tam. – Kobieta złapała ją za ucho i szarpiąc, zmusiła do obrócenia się we wskazaną stronę. – Jeśli nie popatrzysz, wytnę ci powieki.
Nie żartowała, wąski nóż zaświecił Key’li w oczy. Ale i tak by ich nie zamknęła.
Szeroką uliczką, utworzoną między rozbitymi namiotami, jechały rydwany. A raczej to, co z nich zostało. Konie ciągnęły rozbite burty albo szły same, a złamane dyszle orały ziemię. Czasem rydwan miał tylko jedno koło, a czasem został z niego sam zakrwawiony kosz. Zwierzęta też nie wyglądały lepiej, ich pikowane pancerze jeżyły się drzewcami strzał, niektóre ledwo dreptały, znacząc ziemię krwawymi plamami. Nie trzeba było zdolności jasnowidza, by wiedzieć, że nie dożyją nocy. Duma i szczęście Verdanno konały właśnie w se-kohlandzkim obozie.
Najwięcej radości sprawiały koczownikom dwa ostatnie rydwany, na jednym – przyszpilony dzirytem do wiklinowej burty – siedział młody woźnica. Gdyby nie głowa kołysząca się z boku na bok i olbrzymia plama czerwieni na piersi, można by pomyśleć, że uciął sobie drzemkę. Drugi zaprzęg ciągnął za sobą coś, co jeszcze kilka mil wcześniej musiało być ludzkim ciałem. Rydwan rozpadł się na kawałki, lecz zaplątany w rzemienie Wozak przejechał chyba przez połowę równiny. Na oczach Key’li kilku wyrostków doskoczyło do trupa i zaczęło okładać go kijami, przy wtórze wrzasków podnieconej tłuszczy.
Tak, zrozumiała, rozglądając się po obozie, właśnie tłuszczy. W pobliżu było niewielu wojowników, otaczający zdobyczne rydwany tłum tworzyły głównie kobiety i dzieci w różnym wieku oraz grupki starców o twarzach jak garbowana, źle natłuszczona skóra. Wojownicy, w tym i jej porywacz, byli w polu, walcząc – jak widać skutecznie – z wozackimi Falami. Eso’bar miał rację, rydwany nigdy nie pokonają jazdy.
Nie oderwała wzroku od ostatniej pary koni i czegoś, co musiało być kiedyś jej rodakiem, może nawet widziała go w czasie ćwiczeń, jak szczęśliwy niczym dziecko ciska oszczep w belę słomy. Z pewnością nie tak to sobie wyobrażałeś, prawda?
Jej spojrzenie musiało przyciągnąć uwagę wyrostków okładających ciało, bo nagle jeden, po nim drugi, a po chwili reszta oderwała się od tego zajęcia i zamarła w pół ruchu, wpatrując się w nią wzrokiem młodych wilków, którym pod nos podsunięto związaną kozę. Kolumna zdobycznych rydwanów oddaliła się w głąb obozu, wywołując kolejne fale radości. Nie ma to jak dowody zwycięstwa.
Ciężki kij pofrunął w powietrzu i uderzył ją w ramię. Chłopcy zaśmiali się krótko, szczekliwie i obrzucili pytającym wzrokiem siwowłosą kobietę. Ta przez chwilę miała minę, jakby coś rozważała. Oceniła wyrostków, gromadzący się za ich plecami tłumek, wartość więźnia. Wreszcie splunęła siarczyście na ziemię i mruknęła:
– Trudno. Gdybyś była parę lat starsza, pewnie mój syn miałby pretensje, że mu łupu nie upilnowałam, ale wtedy nie przywiązałby cię w tym miejscu. Jak nie będziesz się za bardzo rzucać i piszczeć, szybko się znudzą i raz-dwa skończą. Baw się dobrze, mała sawenjo.
I znikła w namiocie.
Key’la została sama.
Chłopcy stali i patrzyli na nią, uśmiechając się szeroko. Pięciu, policzyła, a każdy na oko trzy-cztery lata starszy od niej. Za młodzi, by walczyć w siodle, ale za rok albo dwa z pewnością znajdzie się dla nich miejsce w jakimś a’keerze. Dobrze, żeby wcześniej posmakowali krwi.
Ruszyli, poszturchując się okrwawionymi kijami i dodając sobie nawzajem odwagi. Okładanie trupa wleczonego przez zaprzęg, bogowie wiedzą ile mil po stepie, a zatłuczenie żywej dziewczynki to jednak dwie różne sprawy. Pałki kołysały się jakby niepewnie, twarze wykrzywiały w zbyt sztucznych uśmiechach. Wystarczyło jednak, że spojrzała im w oczy, by zrozumieć, że nic ich nie powstrzyma. Tu chodziło właśnie o odwagę, a żaden nie miał jej wystarczająco, by zrezygnować. Nie można okazać wahania przed własnymi współplemieńcami.
Patrzyła na nich spokojnie, zdumiona własną obojętnością. Stara kobieta miała rację, jak szybko się znudzą, użyją noży, które mieli przy pasach, i będzie po wszystkim. Siedziała na ziemi, rzemień, którym ją przywiązano do kołka, miał najwyżej stopę luzu, za mało, by się poderwać czy unikać ciosów. Przesunęła się tylko nieco, żeby kołek nie wbił się jej w kręgosłup, głupia ostrożność, ale cóż, jak się jest małym tchórzem, to boi się nawet odrobiny bólu. Przynajmniej nogi miała wolne. W sumie, dlaczego nie? Jak się ma gromadę starszych braci, to dziewczyna uczy się kilku sztuczek. A rozzłoszczeni... Podobno ostrze wnikające w serce jest jak lodowy pocałunek przynoszący ukojenie. Zacisnęła zęby.
Najmłodszy z nich wysunął się przed resztę, uśmiechając się szeroko. Tak. To zazwyczaj są najmłodsi, ci, którzy muszą się wykazać. Skoczył nagle do przodu z dzikim okrzykiem, próbując kopnąć ją w pierś. Przewróciła się na plecy, podciągając kolana pod brodę, a chłopak wylądował nad nią niemal okrakiem. Przez czas, w jaki spadająca kropla pokonuje w locie swoją długość, widziała w jego oczach przerażanie. Wiedział, co będzie.
Kopnęła obiema nogami w górę z taką siłą, że aż stopy poderwały mu się z ziemi. Trafiła idealnie, tam, gdzie żaden chłopak nigdy nie chciałby zostać trafiony, a efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Napastnik kwiknął, obrócił się w powietrzu i gruchnął na ziemię już zwinięty w kłębek, wydając z siebie coś pomiędzy skomleniem a zdławionym szlochem.
Usiadła z powrotem i w tej samej chwili spadły na nią ciosy. Pozostała czwórka nie bawiła się w popisowe kopnięcia i wyskoki. Po prostu otoczyli ją ze wszystkich stron i zaczęli okładać pałkami. Łup, łup, łup, łup... Dostała w ramię, w łopatkę, w bark, w udo i w drugie udo, a każdy z ciosów był jak kopnięcie konia. Uderzenie i rozchodząca się fala bólu, która zawsze, nie wiedzieć czemu, wędrowała w kierunku żołądka. Przewróciła się na bok, podkuliła nogi, szarpnęła rzemień w daremnej próbie osłonięcia głowy. Nie zakrzyczy.
Tylko że oni – nie wiedzieć czy nauczeni krwawym doświadczeniem, czy przypadkowo – nie bili po głowie. Za to po chwili opanowali gniew i uderzali powoli, z namysłem, bardzo precyzyjnie, a każdemu razowi towarzyszyły pochwalne okrzyki gapiów. Łup – ramię, łup – goleń, łup – łokieć... Fale gorąca pulsowały po każdym trafieniu, nagle któryś z ciosów trafił w nerkę, a wtedy wyrwały się na zewnątrz krótkim, strasznym krzykiem, którego nie była w stanie kontrolować. Jakby to nie ona krzyknęła. I zaraz zadławiła się kwaśną flegmą, bo żołądek szarpnął się ostrym skurczem i zwymiotowała.
Jak przez grubą warstwę wełny usłyszała okrzyki i śmiechy, ktoś nadepnął jej na głowę i wepchnął w to, co przed chwilą wyrzuciła z siebie. Śmiech.
Po chwili chłopak zdjął nogę i postawił przed jej twarzą. Wciąż się śmiejąc, usiłował zgarnąć piętą wymiociny i wepchnąć jej w usta. Skórzany mokasyn, przykrótkie spodnie, goła łydka.