Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Teraz załogi rydwanów naciskały na nich, spychając coraz dalej od gór, lecz unikając walnej bitwy. Syn Wojny nie zginął rozbity, a tylko głupcy wierzą w ucieczkę koczowników.
Emn’klewes Wergoreth stał na zewnątrz linii wozów, ustawianych właśnie w długą kolumnę, i patrzył. Pancerny Wąż podnosił się z leża jak olbrzymia, mityczna bestia, trochę poszarpana, lecz przez to bardziej wściekła i niebezpieczna. Jego obowiązki jako Boutanu właśnie się skończyły, teraz pora na Oko Węża.
Zerknął na stojącego kilka kroków dalej And’ewersa. En’leyd był przygarbiony, jakby ktoś zarzucił mu na plecy jego własne kowadło. Pięści zaciskał tak, aż wydawało się, że popęka mu skóra na kłykciach. Przyjacielu, pomyślał Emn’klewes, bo żadne słowa nie miały tu sensu, przyjacielu... Żaden z nas nie może być tarczą dla własnych dzieci od ich pierwszego do ostatniego oddechu.
Westchnął cicho i podszedł do kowala.
– Lis się uczy – mruknął. – I to szybciej, niż moglibyśmy tego sobie życzyć.
Przed nimi, na byłym przedpolu, leżał przewrócony taran. Cztery wysokie na dwadzieścia stóp belki powiązane ze sobą z jednej strony i rozstawione jak szkielet wielkiego namiotu. Oraz wiszący pod nimi poziomy drąg z łbem z brązu. Zamkowego muru nie można tym zarysować, ale tej nocy niejedna burta pękła pod ciosami takiej pięści. Na dodatek całość mogła być przenoszona przez zaledwie kilku mężczyzn, jedni niosą podstawę, a drudzy taran i w kilka chwili ustawiają je tam, gdzie chcą.
– Trzeba będzie kopać głębsze rowy. A pale wbijać na większą szerokość, żeby nie mogli do nas tak łatwo podejść. – Kowal nie odrywał wzroku od tarana. – Całość jest mało stabilna, gdyby zarzucić na szczyt linę i solidnie pociągnąć, przewróci się.
– Wiem. Też mam oczy.
– Gdyby nie zaatakowali nocą z takim impetem, nie udałoby się im, Emn.
Akurat on nie potrzebował pocieszenia.
– Nie zdobyli obozu – przypomniał łagodnie. – I nie zdobyliby go, nawet gdyby nasze rydwany nie wróciły.
– Wiem. Rogaty Gród to był jednak dobry pomysł. A co zrobisz z tym?
„To” było rodzajem długiej na trzydzieści stóp, zbitej z desek rampy zaopatrzonej z jednego końca w żelazne szpony, którą koczownicy podciągnęli w kilku miejscach do linii obrony, zarzucili na burty i dostali się po niej do środka. Wyjątkowo skuteczna metoda, tam, gdzie Se-kohlandczykom udało się podciągnąć rampę, zostawał wóz wypełniony trupami.
– Coś wymyślę. Jeż też się uczy. Już więcej nie uśpią naszej czujności.
Zamilkli na chwilę.
– Jeńcy mówią, że Amanewe Czerwony i jego Sahrendey ruszyli już na północ.
– Więc będzie miło ich spotkać. Mam nadzieję, że to my dotrzemy do nich pierwsi.
Tak. We wszystkich obozach wznoszono modły do Laal, by to właśnie ich obdarzyła tą łaską.
– Has rozmawiał z Orne. Nie wygląda na zadowolonego.
– Najwyższy czas, żeby wstał z łóżka. Jego pomocnicy nie na wiele się zdadzą, gdy pojawią się prawdziwi Źrebiarze.
Podszedł do nich goniec. Wyprężył się na meekhański sposób i nie patrząc And’ewersowi w oczy, zameldował:
– Ściana północna gotowa. Łeb też. Południowa porządkuje szyk.
– Niech się pospieszą. Obóz Aw’lerr nie będzie czekał.
– Rozkaz.
Obóz Aw’lerr miał zjechać na wyżynę zaraz po nich. Plany kolejny raz się zmieniły, musieli zrezygnować z utrzymania przyczółka pod rampą, a obozy miały przechodzić przez góry najszybciej, jak się da, i natychmiast ruszać na wschód. Po drugiej stronie skalnej ściany rosły niebotyczne stosy porzuconych rzeczy, z rodowych wozów wywalano stuletnie meble, porcelanowe zastawy sprowadzone za szczere złoto z odległych o tysiące mil królestw, żeliwne piece i ozdobne łóżka. Wszystko, co obciążało konie. Także każdy wóz, który nie był niezbędny, lądował na dnie przepaści. Pani Wiatrów i same Olekady nigdy nie zostały uczczone ofiarą z większego bogactwa. A koczownicy, jeśli to do nich uśmiechnie się Maycha, nie uszczkną z niego nic.
Tak... Plany się zmieniły. Obóz New’harr miał iść przodem i ściągnąć na siebie całą uwagę. Obóz Aw’lerr miał dołączyć do niego po dwóch dniach, lecz przez ten czas będą skazani na własne siły. Jeśli nadciągną pozostali Synowie Wojny, a same demony Mroku wiedzą, gdzie oni teraz są, będzie ciekawie.
– Coś jeszcze?
Posłaniec zmieszał się wyraźnie.
– Sar’weyro Biały pyta, co z bydłem.
Cały ranek o tym rozmawiali.
– Wybić. Ma czas do południa, potem nas dogoni.
Tak, wybić. Zdobyczne bydło obciążałoby Pancernego Węża. Dziesięć tysięcy sztuk pójdzie pod nóż, a stada padlinożerców wzniosą dziękczynne modły ku niebu. Sar’weyro Biały dowodził Falą, która miała być ariergardą karawany, i już na początek trafiło mu się paskudne zadanie.
Młody goniec wyprężył się jeszcze raz i nadal unikając wzroku kowala, potruchtał z powrotem.
Wszyscy już wiedzieli. Wieść, że En’leyd stracił najmłodszą córkę, rozniosła się po obozie, przeskakując między wozami jak pożar. Av’anaho, mowa gestów, pozwala krążyć plotkom z zastraszającą szybkością.
Tysiące Wozaków straciło tej nocy synów, ojców i braci, ale w historii małej dziewczynki, która biegając pod gradem strzał, sprowadziła posiłki w zagrożone miejsce, było coś, co z każdą chwilą obrastało legendą. Verdanno zawsze lubili takie opowieści, a anaho’la wręcz na nie czekał.
Lecz przy And’ewersie wszyscy zachowywali się z tym pełnym śmiertelnej powagi respektem, który opada człowiekowi na barki jak płaszcz przesiąknięty krwią.
Rozległ się dźwięk rogów, oznajmiający, że środek obozowiska jest gotów do drogi. Pięć tysięcy wozów, w tym tysiąc bojowych, ustawiało się w olbrzymi prostokąt długi na milę, szeroki na ćwierć. Największy Pancerny Wąż w historii świata miał lada moment wyruszyć w wędrówkę.
– Jak daleko chcesz dziś dotrzeć?
– Do Kalero.
– Dwadzieścia mil? Nie za daleko jak na pierwszy dzień? Z dzieciakami, które nigdy nie jeździły w prawdziwej karawanie?
– To ich karawana i muszą się tego nauczyć. A jutro zrobimy dwadzieścia pięć i zatrzymamy się przed Sanawami. Chcę wjechać na wzgórza o świcie, bo nie mam zamiaru przebijać się przez nie nocą z koczownikami na karku, a pojutrze rano, najpóźniej koło południa, być nad rzeką. Za Lassą będzie łatwiej.
Za Lassą. Siedemdziesiąt mil stąd. O tej porze roku pęczniała wodami z topniejących w górach śniegów i przypominała wielką, szarobrązową żmiję, pełznącą leniwie przez wyżynę. Nie było sposobu, by ją ominąć, a najbliższy bród wystarczająco szeroki, by obóz New’harr nie ugrzązł przy nim na miesiąc, znajdował się dokładnie pośrodku wzgórz Sanawami.
Wszyscy liczyli się z tym, że właśnie tam wody Lassy zmienią kolor na czerwony. Bo w ciągu dwóch dni koczownicy zdążą się już zapewne pozbierać.
– Coś jeszcze? – Kowal odwrócił się nagle i spojrzał Emn’klewesowi w oczy. – Przyszedłeś w konkretnej sprawie, czy chciałeś tylko popatrzeć na starego głupca, który nie potrafi upilnować własnej rodziny?
Ten głos. Zardzewiałe żelazo i wypalone węgle. Nic dziwnego, że wszyscy chodzili na paluszkach. Boutanu odwzajemnił spojrzenie.