Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Mam! – Daghena uśmiechnęła się szeroko. – Wiem, czemu mieszały w głowie hrabiemu tak, że nie wiedział o morderstwach w górach. Ha! Najprostsze rzeczy najtrudniej zauważyć.
Kailean i porucznik spojrzeli na nią jednocześnie.
– Magia – rzuciła, jakby to wszystko wyjaśniało. – No co tak patrzycie? Co robi przestraszony, ale dość bogaty człowiek, gdy wokół zaczyna dochodzić do dziwnych zabójstw związanych z Mocą? Wzywa kogoś, kto się na tym zna, wysyła posłańców do najbliższej gildii albo ściąga pomoc ze świątyni. Pewnie się baty, że gdyby w zamku pojawił się ktoś z tytułem mistrza magii – lub jakiś wysokiej rangi kapłan – to ta ich maskarada od razu by się wydała. Nawet gdyby nadal ukrywały się jako służące. Więc podszyły się pod hrabiankę, żeby lepiej o nie dbano, bo w razie ataku hrabia wszystkimi siłami broniłby przecież swojej przyszłej synowej, a nie jakichś służek, i jednocześnie musiały mu zamieszać w pamięci, by nie ściągnął do zamku czarownika albo kapłana.
– A wszyscy w okolicy zapewne podziwiali spokój i opanowanie Cywrasa-der-Malega, który ani słowem się nie zająknął o zabójstwach, za to spokojnie objeżdżał swoje posiadłości i jakby nigdy nic, szykował je na początek wiosny. Prawdziwy meekhański arystokrata o charakterze wykutym ze stali. – Kailean pokiwała głową.
– A prawdziwa hrabianka?
– Cóż, ona wspomniała coś, że jest jej przykro, poruczniku. Więc prawdziwa Laiwa-son-Baren zapewne nie żyje.
Zapadła cisza. Oficer spojrzał na ich jeńca beznamiętnie i z zaskakującym spokojem. Kailean czasem widywała takie spojrzenie u Laskolnyka, a ludzie, na których tak patrzył, nie mieli łatwego życia.
– Ci, którzy ją ścigali, zadali sobie sporo trudu, prawda?
– Tak.
– I zapewne nadal będą chcieli ją schwytać, nie sądzicie?
Kailean wymieniła spojrzenie z Dagheną. O tym nie pomyślały. Nikt nie powiedział, że ci zabójcy, którzy zginęli, gdy ich tu wciągnięto, byli jedynymi w górach.
– Możliwe. – Dag zgodziła się ostrożnie.
– To dobrze.
Zaskoczył obie, salutując im krótko.
– Ktokolwiek was uczył, powinien być dumny. Gdyby Szczury miały więcej takich kobiet, Imperium byłoby bezpieczne. Cholera. – Uśmiechnął się nagle z zakłopotaniem. – Jak to zabrzmiało?
– Okropnie – wyszczerzyła się Daghena.
– Paskudnie – zgodziła się z nią Kailean. – Ale możemy to dostać na piśmie? Dla jednej takiej służącej, która może to przeczyta, zanim każe obedrzeć nas ze skóry.
Rozdział 5
– Przeżyje?
– Już pytałeś. Nie wiem. Ma połamane żebra, rozbitą głowę, może wstrząs mózgu. Uszkodzone nerki. Nogi wyglądają, jakby przegalopował po nich tabun koni. Nie odzyskała przytomności od wczoraj. Pół dnia, cała noc... Czasem to dobrze, czasem źle.
– Wyleczysz ją?
– Nie wiem. Jest silna, ale... Może Jastrząb by dał radę.
Parsknięcie.
– Idziemy do bitwy, kobieto, a ja mam prosić szamana, by trwonił siły na wozackie szczenię? Będzie miał dość zajęć.
Cisza.
– Więc jej los...
– Jej los jest w ręku Pani Stepów. Niepotrzebnie ją stamtąd zabrałem.
– Naprawdę? Wkrótce ta ziemia spłynie taką ilością krwi, że ptaki pomyślą, iż ktoś rozwinął sto tysięcy bel szkarłatnego jedwabiu.
– Ptaki nie myślą, maneya.
– Podobnie jak ludzie idący się mordować. Okazałeś litość temu dziecku...
Parsknięcie.
– Litość? Naprawdę sądzisz, że okazałem jej litość? Nie wiedziałem nawet, kogo wrzucam na koński grzbiet. Zabrałbym ją, nawet gdyby była bitym psem, byleby podrażnić tych amneyho.
– Naprawdę?
Cisza.
– Zajmij się nią.
Szelest odsuwanej zasłony. Błysk światła pod przymkniętymi powiekami.
Coś chłodnego dotknęło jej głowy, przesunęło się po twarzy.
– Ocknęłaś się już, prawda? Mam nadzieję, że mnie rozumiesz. Na razie się przygotuj i nie krzycz.
Przygotuj się? Na c-cooo...!
Ciało wróciło. Nadal było workiem pełnym potrzaskanych kości i potłuczonego mięsa, ale nagle znalazło się tuż obok. Czuła je, każde stłuczenie, każdą ranę. Nogi pulsowały tępym bólem, ręce też, brzuch i plecy stały się jednym wielkim ogniskiem cierpienia, miała wrażenie, że ktoś pod skórą umieścił jej rozpalone do białości kamienie. Głowa tętniła, a w rytm tego tętnienia pod powiekami zapalały się i gasły małe słońca.
Przez kilka chwil nie mogła złapać tchu, a jej umysł rozpaczliwie szukał miejsca, które by nie bolało. Próbowała nabrać powietrza i poczuła, że ktoś wbija jej noże między żebra.
– Nie krzycz. Masz połamane żebra i krzyk nie pomoże. Tu. – Wilgotny chłód dotknął jej twarzy. – Skup się na tym. Tylko na tym.
Okład. Szmatka moczona w zimnej wodzie. Skupiła na tym dotknięciu całą swoją uwagę.
– Dobrze. A teraz licz bicie serca. Czujesz je?
Czy czuje? Każde uderzenie odbijało się w niej falą cierpienia.
– Nie, nie myśl o bólu, tylko licz. I skup się na sercu, zmuś je, żeby zwolniło. I licz. Do ilu potrafisz.
Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...
– Dobrze. Teraz dam ci coś do picia. Będzie bardzo gorzkie i wstrętne, ale nie wolno ci wypluć. Otwórz usta.
Rozchyliła wargi.
... dziesięć, jedenaście, dwanaście...
– Więc jednak mnie rozumiesz. Powiedzieli, że pewnie znasz meekh i jak widzę, mieli rację. Dobrze, teraz uważaj, po kropelce.
Miała rację. To była najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek próbowała. Oleiste krople smakowały zgnilizną, stepowym pyłem i zestarzałym końskim potem. Oraz goryczą, która wykrzywia usta i porywa żołądek do szalonego tańca.
– Nie. Musisz to wytrzymać. Jeśli zwymiotujesz, nie będzie więcej leków. Dziesięć kropel i zaraz dam ci popić.
Po ostatniej kropli kobieta przyłożyła Key’li do ust kubek z mlekiem.
– Sprawi, że lek się szybciej wchłonie, ale nie możesz zwymiotować. Licz. Jeszcze raz, najdalej jak potrafisz.
Zaczęło jej się kręcić w głowie, a liczby nie chciały przyjść. Żołądek walczył z miksturą, całość dwa razy podeszła jej do gardła, lecz gdy w końcu doliczyła do pięćdziesięciu i wzięła kilka głębszych oddechów, mdłości jakby zelżały. Dopiero po chwili zrozumiała. Odetchnęła jeszcze raz, ostrożnie, lecz sztylety nie wbiły się między żebra. Ból pozostał, oczywiście, tępy i zadomowiony, lecz już dawał się wytrzymać. Na próbę poruszyła nogą, kończyna była ciężka, jakby miała ją owiniętą wieloma warstwami świeżo zdartej skóry. I bolała, oczywiście, że bolała, ale mogła ten ból znieść.
Otworzyła oczy. To znaczy jedno, bo drugie nie bardzo chciało się rozchylić. Znajdowała się w namiocie, innym niż ten, przed którym przywiązał ją koczownik. Tamten miał okrągłą podstawę, ten to konstrukcja zbudowana na bazie kwadratu, z wysokimi ścianami i ciężkim, rzeźbionym słupem pośrodku. Dostrzegła mnóstwo pakunków, worków, wiklinowych koszy i stert futer.
– Dopiero się rozbijamy. – Klęcząca obok kobieta zdawała się czytać jej w myślach. – Mamy za sobą długą drogę, prawie sześćset mil, więc trochę czasu upłynie, nim rozbijemy porządny obóz i rozłożymy wszystkie rzeczy.
Spojrzała na mówiącą i zdziwiła się, widząc jasne włosy, usianą piegami twarz i niebieskie oczy.
– Tak, jestem Meekhanką. Czystej krwi. Zdziwiona? Pierwsza reakcja na lek jest niezła. Za chwilę sprawdzę drugą, dobrze?