Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Gdybym wyciągnął rękę do pocałowania, to moją dłoń całowałby na pewno biskup. Albo i wyżej. Dali mi gwarancje, sami wymyślili, jak to przewieźć do Włoch i zapewnili, że nie będą ciekawi, co ja tam jeszcze wiozę ze sobą w dalszą podróż. Droga do bezpieczeństwa i bogactwa stała więc przede mną otworem. Pozostał jeden problem.
-Jak złamać system - domyślił się Holmes.
-Oczywiście. Ale tę kwestię rozwiązałem od razu.
-Jak to wymyśliłeś? - zainteresował się Schielke.
-Tak jak ty, kolego z Abwehry. Pomyślałem sobie, co ja tam będę głowę łamał, za głupi jestem. Od rozwiązywania nierozwiązywalnych problemów są na tym świecie Polacy. A przykład najlepszy to rozkodowanie systemu, jakim była Enigma.
Zaczęli się śmiać.
-Jakiś dziwny naród od dziecka żyjący w przekonaniu, że jeśli ktoś mówi „NIE”, to jego świętym obowiązkiem jest natychmiast znaleźć milion sposobów, żeby „NIE” od razu brzmiało jak „TAK”. Od Kopernika, poprzez wóz Drzymały, po Enigmę. Można sobie ustanawiać setki zakazów i przepisów, a oni i tak mają je w dupie.
-Coś o tym wiem - Schielke zerknął na Holmesa.
-Zacząłem wyciągać z obozów koncentracyjnych najświetniejsze umysły. Kogo potrzebowałem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Lwowskiego, Wileńskiego. W trzy sekundy powiedzieli mi, że jeśli system jest nie do złamania, to nie ma sensu tracić sil na jego rozszyfrowywanie. Umieśćmy pluskwy w każdym z transportów, niech Niemcy sami je starannie ukryją razem z kosztownościami, a potem niech skarby same zgłoszą się do nas drogą radiową. Niemców, którzy mogliby je namierzyć, już po wojnie nie będzie, a Rosjanie nie mają goniometrii.
-Genialne.
-Też bym to tak określił. Nasi profesorowie wymyślili, że na każdej większej górze mamy odbiornik obsługiwany przez idiotów z Werewolfu, którym się wydaje, że ratują Trzecią Rzeszę. Jak któryś z naszych nadajników się odezwie, wzywają nas, a wozy pelengacyjne robią resztę. Wszystkiego nie ma czasu odkryć, ale wiele odzyskanych dóbr przekazaliśmy już Muzeum Narodowemu. Działamy przecież oficjalnie jako państwowa komisja. My bierzemy dla siebie tylko małe, cenne rzeczy, łatwe w transporcie.
-I masz relikwie dla Watykanu?
Zukerman skinął głową.
-Tak.
Holmes w podziwie pokręcił głową.
-A ta dziwna akcja AK na autostradzie?
-Wiesz, w pewnej chwili odniosłem wrażenie, że ktoś jeszcze ma plany związane z ukrytymi skarbami. I że po wojnie możemy mieć niepożądane towarzystwo.
-Sądziłeś, że ten ktoś będzie miał dostęp do planów?
-Tak. No i najprostszym wyjściem było mu te plany zniszczyć.
-Właśnie... tobie papiery nie były potrzebne.
-Ano. Chyba że na rozpałkę w kominku.
Zaczęli się śmiać.
-A jak doszedłeś do tego, że właśnie wtedy będą przewozić właśnie te plany? Przecież nie byłeś wszechmocny i wszechwiedzący.
Oficer AK rozlewający właśnie wódkę, mrugnął porozumiewawczo.
-W Armii Krajowej było dużo pracowników przedwojennego Wydziału II Sztabu Generalnego. Mieliśmy dostęp do części przedwojennej siatki polskich szpiegów.
Holmes przymknął oczy i oparł głowę na skórzanej poduszce fotela. Zukerman podniósł swój kieliszek.
-Mam pewną propozycję, skoro nie zamierzacie już do nas strzelać ani obrabować nas ze zgromadzonych dóbr doczesnych.
-Tak?
-Jedźcie z nami. Mamy paszporty dyplomatyczne Watykanu. Wieziemy ekshumowane ciała pomordowanych księży, które mają być pochowane we Włoszech. Co trumny zawierają naprawdę, nikt nie śmie sprawdzać.
-Bo?
-Mamy też list żelazny papieża. Każdy biskup, prałat, każdy ksiądz, pleban czy wikary, każda parafia, ba, każdy katolik ma nam udzielić takiej pomocy, jakiej zażądamy. A dobrze wiesz, że te nitki obejmują cały świat. Jesteśmy nietykalni!
-O Boże...
-Tak. Tak, to właściwe słowo.
Schielke wymienił się spojrzeniami z Holmesem.
-A co nam dadzą Włochy?
-Stamtąd jedziemy z trumnami mnichów dalej, albowiem świątobliwi mężowie chcieli być pochowani w Jerozolimie. Tam bagaże przepakowujemy z trumien do plecaków i jedziemy jako misjonarze do Konga. A tam już nikt o nic nie będzie pytał. Każdy dalej może ruszać, gdzie chce.
Holmes podniósł głowę i zerknął na Schielkego. Ten zapytał tylko:
-A gdzie jest Rita?
-Na punkcie przeładunkowym w Kairze. Razem z kilkoma innymi spalonymi tu ludźmi, którzy nie powinni się pokazywać nawet w sutannach, bo ktoś ich szuka.
-Kto?
-Chryste, mieliśmy już najazd milicji! Grunt nam się pali pod nogami! I wiemy od nich, że szuka nas ktoś większy. Przerywamy dalsze wydobycie skarbów i uciekamy. Uciekamy! Rozumiesz?
-Starczy wam to, co wydobyliście do tej pory?
-Nam starczy naszego i wam waszego. Wszyscy jesteśmy krezusami, ale pozostawanie tutaj to wyrok śmierci.
-Fakt. Nadmierna chciwość gubi.
-Otóż to. Więc proponujemy wam układ. Wy nas nie wydacie, a my oferujemy bezpieczną podróż do Afryki.
Holmes potarł brodę w zamyśleniu. Potem odwrócił głowę.
-Co o tym myślisz, Dieter?
Schielke odstawił pełny kieliszek. Nie chciał się upić.
-Nigdy jeszcze nie byłem nietykalny - zamyślił się przez chwilę. - A pan co na to, panie majorze?
Holmes wzruszył ramionami.
-Do mnie się nie mówi od dzisiaj „panie majorze”, tylko „proszę księdza”.
Heini stał na niskim, porośniętym krzakami pagórku. Pierwsze tego roku płatki śniegu topiły się na jego twarzy i osiadały na włosach. Nie dbał o to. Śnieg zaczynał powoli pokrywać też dachy radzieckich koszar. Żołnierze, jeszcze w letnich mundurach, rozpakowywali właśnie ogromne ciężarówki, które przywiozły im zaopatrzenie.
Schielke położył chłopcu rękę na ramieniu.
-Chodź - powiedział cicho. - Nieboszczycy w trumnach zaczynają się już niecierpliwić. Musimy jechać.
-Żegnam się z miastem - odparł chłopak.
-Jakim? Niemieckim, polskim czy rosyjskim?
Heini uśmiechnął się lekko.
-Trochę już poznałem Polaków.
-W jakim sensie?
Chłopak wzruszył ramionami.
-Poradzili sobie z nami, to i z nimi sobie poradzą - wskazał na radzieckie koszary.
-Żeby to osiągnąć, musieliby zdemontować Związek Radziecki.
Ruszyli w stronę czekającego transportu. Kierowcy rozgrzewali silniki ciężarówek. Jak zwykle przed daleką drogą kilka osób kręciło się wokół bez celu. Większość paliła papierosy.
-Dajmy im trochę czasu - powiedział ni stąd, ni zowąd Heini.
HMS Coral Stallion czekał na redzie portu w Hajfie. Nieliczni podróżni wylegiwali się na leżakach, korzystając z ostatnich promieni słońca. Było jeszcze dużo czasu na pakowanie i przygotowania do zejścia na ląd.
-Proszę księdza, proszę księdza! - Ktoś energicznie pukał do drzwi kajuty.
-To ty, Heini? - Holmes dopinał ostatnie guziki sutanny.
-Tak. Ksiądz Zukerman organizuje jakąś uroczystość na pokładzie.
-Chryste, chyba nie śpiewanie psalmów. Mam nadzieję, że ten esesman do reszty nie zwariował.
-Ja tam nie znam żadnego psalmu - mruknął Schielke, gramoląc się z koi. Był wściekły, że z powodu osobliwego kamuflażu jako ksiądz nie może nawet po obiedzie przy ludziach zapalić papierosa.
Na pokładzie zgromadzili się ludzie w sutannach. Na szczęście nie budzili już takiego zainteresowania jak na początku morskiej podróży. Zukerman znalazł zresztą ustronne miejsce między szalupami i na poręcznym stoliku otwierał sporą walizkę.
-To prezent od znajomego kardynała. Ekstra bonus za relikwie - wyjaśnił, wyjmując najpierw komplet kryształowych kieliszków. Potem z ceremonialnym szacunkiem wyjął omszałą butelkę. - Spójrzcie państwo na datę. Spójrzcie na datę - powtórzył chełpliwie.