Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Wypłaty? Dzisiaj? W niedzielę? - powtórzył Smirnoff. - Nieudacznie kłamiesz.
-Pomyliłem się. Nie w niedzielę, wczoraj... Wczoraj były.
-Wiesz co? Nie rób ze mnie wariata. Ty tu nadzianych Niemców ukrywasz, prawda?
-Nie! Nie, słowo honoru, że nie!
-Nie ukrywasz Niemców?
-Nie.
Smirnoff stanął w rozkroku pod ścianą. Rozkazał swoim milicjantom rozstawić się tak, żeby mogli słyszeć z bliska każdego z członków komisji. Potem oparł ręce na biodrach.
-Wszyscy powtarzać za mną głośno: „Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego, Pana naszego, który począł się z Ducha Świętego...” Dalej mówcie sami!
-Ten nawet nie powtarzał! - Jeden z milicjantów wskazał wysokiego blondyna pod oknem. - Nic nie mówił, tylko usta otwierał!
-A ten bełkocze! - Kolejna ręka wyciągnęła się w kierunku gościa w roboczym drelichu.
-Dość! - Smirnoff zrobił kilka kroków w kierunku struchlałych ludzi. Popatrzył przenikliwie. Położył dłoń na ramieniu niskiego człowieka z niewielką blizną na twarzy. - Ty mówiłeś głośno, wyraźnie, z dobrym akcentem. - Przyciągnął go bliżej, prawie przytulił się do niego. - No to powtórz następny wierszyk: Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie...
-O mein Gott! - wyrwało się mężczyźnie.
Smirnoff uśmiechnął się kpiąco.
-Hm? Tego już nie zdołałeś wykuć na blachę, co?
Podszedł znów do trzęsącego się profesora. Chwycił go za potylicę i pociągnął za głowę tak, że dotknęli się czołami.
-Słuchaj franco, ty wariata ze mnie robisz? Patrzysz w te moje biedne, głębokie i ufne oczka i łżesz?
Cóż, Smirnoff może miał i głębokie oczka, ale z całą pewnością nie można było ich nazwać ufnymi. Profesorowi jednak wystarczyło. Głośno przełknął ślinę.
-A jakbym kazał im się rozebrać i podnieść ręce, to ile tatuaży SS zobaczę, co? Co?!
Profesor nie śmiał odetchnąć. Robił się za to coraz bardziej czerwony. Smirnoff odepchnął go, aż tamten zatoczył się pod ścianę.
-Masz jednak szczęście, że gówno mnie obchodzi, ile od nich bierzesz za przechowanie pod państwowym płaszczykiem.
Kozłowskiemu wydawało się, że może odetchnąć z ulgą, ale było to błędne przeczucie.
-Dostałem wiadomość, że ukrywa się tu groźny gestapowiec Krupmann.
-Na pewno go tutaj nie ma.
-A skąd wiesz? Ci twoi Niemcy podali prawdziwe nazwiska? W ogóle podali jakieś?
-Ależ to są legalni współpracownicy. Niemieccy antyfaszyści. Specjaliści od dziel sztuki. W dodatku miejscowi, znający teren.
-Wierzę - natychmiast zgodzi! się Smirnoff. - I nie interesują mnie tatuaże SS. Interesuje mnie gestapowiec Krupmann.
-On z całą pewnością nie żyje! - wypalił profesor.
-No, no. - Uśmiech na twarzy milicjanta był szczery i radosny. - A skąd wiesz, że nie żyje?
Zapadła cisza. Kozłowski zrozumiał, że sam się wkopał.
-Zadałem ci pytanie. Skąd wiesz, że nie żyje? Znałeś go? Jakim cudem?
Cisza.
-Byłeś świadkiem jego śmierci?
-Byłem robotnikiem przymusowym w Breslau. Inni więźniowie mówili...
-Nie brnij - uciszył go Smirnoff. - To niemożliwe, żeby mówili.
Znowu męcząca cisza.
-No? Usłyszę coś nareszcie?
Ponieważ niczego nie usłyszał, postanowił strzelić z grubej rury.
-Skoro tu atmosfera nie sprzyja rozmowie, to może przeniesiemy się na komendę? I tam spytam, gdzie jest Rita Menzel? Też nie żyje, co?
Profesor spocił się tak, że ciemne plamy były widoczne nawet przez grubą marynarkę. Drżącą ręką wskazywał kierunek.
-Panie oficerze, ja wszystko wyjaśnię. Wszystko powiem, proszę tutaj za mną.
Bezczelnie prowadził go do zasłoniętej kanciapy majstra w drugim pomieszczeniu. Smirnoff chętnie z nim poszedł. Z Dłużewskim znali się jeszcze z sowieckiego łagru, tam nabrali do siebie zaufania, widząc wzajemną zaradność w skrajnie niekorzystnych warunkach. W pewnym sensie zaprzyjaźnili się nawet. A teraz obywatel major Dłużewski wydał mu prostą instrukcję, jaką mógł wydać tylko komuś, kogo darzył specjalnym zaufaniem: „Jeśli będą ci dawać łapówkę, to weź i nie rozliczaj w raporcie. Postrasz na odchodnym”. Smirnoff uznał taki układ za korzystny, zresztą już w gułagu nauczył się słuchać Holmesa, bo to zawsze wychodziło mu na dobre. A w straszeniu był dobry, o czym świadczył chwiejny chód Kozłowskiego. Na zapleczu bez słowa przyjął naprawdę grubą kopertę i bezczelnie przeliczył funty szterlingi. O Boże, to był dobry dzień!
-Wie pan - zwrócił się do profesora, chowając kopertę do kieszeni. - Jak dla mnie to wystarczająca kwota. Ale ci ludzie, którzy coś do was mają, nie zrezygnują. Dla następnego oficera, który was odwiedzi, ta forsa będzie o wiele za mała. Zaledwie napiwek.
-Do... do... domyślam się. - Profesor ze strachu ledwie mógł mówić.
-No. Nie powiem „do miłego”, bo chyba źle by zabrzmiało.
Smirnoff odwrócił się na pięcie, potem skinął na swoich milicjantów. Wychodząc, poklepał się po kieszeni. Zdecydowanie dobry dzień! Tfu! Skarcił się w myślach. Przecież dziś niedziela, a on, antychryst, pracuje w dzień święty. O Boże, ale grzech! Po chwili namysłu postanowił pogodzić sumienie z rzeczywistością. Pójdzie na mszę, na sumę i się wyspowiada. Tak, wyspowiada się. Nie ze wszystkiego, ma się rozumieć, ale z pracy w niedzielę na pewno. Grzechu nie będzie.
Wrocław był miastem, w którym, jeśli dysponowało się twardą gotówką, można było dostać wszystko. Angielskie battledressy, amerykańską amunicję do automatu Thompsona kalibru 0,45 cala, niemiecki aparat Leica z teleobiektywem i chemikaliami do wywoływania zdjęć, a nawet francuski, elegancki samochód citroen Traction Avant w kolorze czarnym. Schielke zastanawiał się czasem, co zrobiliby szabrownicy, gdyby zażądać od nich sterowca Graf Zeppelin pomalowanego w zielone i czerwone pasy z orkiestrą symfoniczną na pokładzie. Źle postawione pytanie, zganił się w myślach. Należało raczej zapytać, ile czasu zajęłoby im skombinowanie podniebnego statku.
Siedzieli właśnie w eleganckim citroenie zaparkowanym w mroku pod rozłożystymi drzewami. Holmes wszystko robił z klasą, a druga w nocy nie była porą, kiedy ludzie interesowali się w tej okolicy czymkolwiek. Ludzi właściwie nie było, przynajmniej na zewnątrz. Ci zamknięci na cztery spusty w okolicznych willach nie wystawiali nosa za drzwi po zachodzie słońca. Wokół strzelano dość często i to z broni różnego kalibru, kiedy szabrownicy walczyli o łupy z dezerterami różnych armii, partyzantami różnych organizacji politycznych, szaleńcami, u których wojna i brak silnej władzy nasiliły objawy choroby, oraz zwykłymi bandziorami. Dlatego też nikt nie zwrócił uwagi na dziwne stroje ludzi zebranych wokół samochodu.
-Dobra. - mruknął szef Akademickiej Straży Nocnej ubrany - tak jak jego ludzie - w angielski battledress. Byli przyzwyczajeni do tych mundurów, wszyscy wywodzili się z angielskich jednostek komandosów. Watson przez swojego ziomka z cichociemnych załatwił najlepszych ludzi. - Jesteśmy gotowi do wejścia.
-Jak wchodzicie? - spytał Holmes.
-Klasycznie, materiał wybuchowy na drzwi i szturmowcy do środka z hałasem. Trzyosobowy counterattack do pierwszego pomieszczenia czeka na ewentualną reakcję.
-Wystarczy?
-A co? Tacy dobrzy obrońcy?
-Cholera ich wie. Zbieranina z jednostek polskich i niemieckich. Trochę cywilów.
-Myślisz o minach? - Dowódca przygryzł wargi. - Dobra. To najpierw zwiad saperski, a drzwi wewnątrz rozwalamy kafarami.
-Myślę, że tak byłoby bezpieczniej.