Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Ty! - Schielke podniósł rękę.
-Uspokój się. Nic twojej wybrance nie zarzucam. Co złego to tylko ty.
-Nie brać się za łby, koguty - syknął Holmes. Zastanowił się przez chwilę, a potem podjął wątek. - Nie mam na myśli niczego, co wiązałoby się z jakąś konkretną zemstą. Po prostu pokażmy im, że jesteśmy lepsi.
-Niby jak?
-Najpierw oddzielmy prawdziwych członków grupy od ludzi, których przyjęli do komisji tylko po to, żeby ukryć prawdziwe zamiary.
-Chryste, przecież ci prawdziwi pozmieniali nazwiska. Jak ich rozpoznasz?
-Chcę ich zgrupować w jednym miejscu.
-Boże - Watson zerknął na Schielkego. - Rozumiesz coś z tego?
-Chyba tak. On chce im zrobić „akcję panika”. Ale prawdziwą, nie taką jak przy okazji wizyty „Neumanna” czy „Nowaka” .
-Chcesz sprawdzić, czy są tchórzem podszyci? - Watson przeniósł wzrok na Holmesa. - Chcesz ich skupić w jednym miejscu? I żeby sami to zrobili?
-Właśnie. Niech zobaczą, co to znaczy naprawdę „akcja panika”.
-Milicja Obywatelska! Otwierać! - W głosie człowieka z tetetką w ręku słychać było wyraźnie wschodni akcent. Istotnie Semen Kiejstutowicz Smirnoff urodził się gdzieś daleko na wschodzie, choć nikt nie wiedział dokładnie gdzie. Nie znano jego prawdziwego nazwiska, bo to przyjęte - Smirnoff - wzięło się po prostu stąd, że nigdy nie pił byle czego. Sięgając w przeszłość, do wojny z dwudziestego roku, przeżył już okupację polską, radziecką, znowu polską, potem znowu radziecką, niemiecką i jeszcze raz radziecką. Najwyraźniej nauczyło go to sztuki przetrwania w każdych warunkach oraz wyrobiło spryt. Był szabrownikiem, który wraz z innymi przyjechał do Wrocławia „w interesach”. Szybko jednak przekonał się o drzemiącym tu potencjale. Wstąpił więc do milicji. Był dobrym oficerem, ponieważ znał wszystkie szabrownicze sztuczki, co dawało mu najwyższą wykrywalność na komendzie. A swoje prywatne sprawy załatwiał już bez obawy, pod płaszczykiem legalnej władzy. Był bardzo bogaty. Stał się człowiekiem, który z lubością łączył miłość do pieniędzy z miłością do wykonywanej pracy. Idealny człowiek na właściwym stanowisku. Istny postrach dla szabrowniczej konkurencji. A Wrocław dawał mu jedno i drugie.
-No, otwierać chamy! - Kopnął w drzwi hali remontowej na Polach Marsowych. - Władza ludowa w gości przyszła!
Coś zaszurało w środku. Po chwili wielkie wrota zaczęły sunąć na szynie, ukazując wnętrze warsztatów. Kilkanaście osób skupionych nad stołami patrzyło na nich w zdumieniu. Milicjanci z pepeszami wtargnęli do środka. Smirnoff wszedł ostatni.
-Ty kto? - Dźgnął palcem w pierś starszego, siwego człowieka, który im otworzył.
-Ależ proszę pana, ja...
-Ty chcesz mi wcisnąć, że nazywasz się „proszę pana”?
-To znaczy... Jerzy Kozłowski, jestem profesorem, delegatem rządu do spraw...
-Do spraw - przerwał mu Smirnoff. - Rozumiem.
Profesor zaczął wymieniać nazwy komisji i instytucji, których legitymacje i pełnomocnictwa posiadał. W końcu zadyszał się i stanowczo oświadczył:
-Jesteśmy tu legalnie!
-Legalnie - powtórzył jak echo Smirnoff, chowając tetetkę do kabury. - Legalnie - powiedział raz jeszcze i ruszył w głąb pomieszczenia. Zbyt dobrze znał łudzi. Dzieciństwo na Wschodzie, a szczególnie krótki epizod w łagrze, kiedy raz powinęła mu się noga, nauczyło Semena poznawać ich od podszewki, od pierwszego spojrzenia. To nie Roentgen wymyślił promienie X. Smirnoff miał je w oczach od urodzenia. Podszedł właśnie do kosza na śmieci, podniósł go i spod podartych papierów wyciągnął butelkę bimbru. Zębami wyciągnął korek, wypluł go na dłoń i pociągnął mały łyk.
-To też jest legalne, panie profesorze?
-A... Ale to nie moje!
-No tak. - Smirnoff rozszerzył oczy w udawanym zdziwieniu. - Więc może moje? Co? Moje?
-Proszę pana, ja mam dokument z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego!
-Oj. To zaraz zadzwonię do obywatela ministra i mu powiem, że tu wszystko w porządku. Co?
-To może ja zadzwonię? - zdenerwował się Kozłowski.
-Dobrze - zgodził się Smirnoff z uśmiechem. - Ale potem odda mi pan słuchawkę.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Profesor z mieszaniną strachu i zdziwienia, a Smirnoff z bezczelną radością. Niespodziewanie znowu dźgnął tamtego palcem.
-Kasę pokaż.
-Nie jesteśmy na „ty”. Bruderszaftu z panem nie piłem.
Smirnoff wyciągnął w jego stronę butelkę bimbru.
-Jest okazja. Wypijmy.
Któryś z milicjantów parsknął śmiechem. Członkowie komisji zajmującej się odzyskiwaniem dzieł sztuki stali w milczeniu. Ich twarze na pewno nie były radosne.
-No dobrze, nie chcesz to nie. No więc panie, jak mu tam, teraz pan skoczysz po kasę, ale migiem.
-Co? Ja... - Profesora zatkało. - Jaką kasę?
-Nie jąkaj się pan, tylko skacz na jednej nodze. Przecież musicie mieć kasę, księgę przychodów i rozchodów, instytucja w końcu jest państwowa. Dotacje rządowe, wypłaty dla pracowników. Za coś na pewno żarcie kupujecie.
Profesor o zmęczonej twarzy przyniósł metalową kasetę i dokumenty.
-Wie pan, mieliśmy właśnie wypłaty dla ludzi...
-Dzisiaj? Toż niedziela jest. W niedzielę pan wypłacałeś?
-Nie, nie... ale...
Smirnoff wziął od niego księgę rozliczeniową. Żadnych szkół rachmistrzowskich co prawda nigdy nie kończył, ale na dodawaniu, odejmowaniu, mnożeniu i dzieleniu pieniędzy znal się lepiej niż niejeden matematyk z uniwersyteckim dyplomem. Wystarczyło mu jedno długie spojrzenie.
-Z tego wynika, że w kasie powinno być dwa tysiące czterysta złotych. - Sięgnął do wnętrza metalowej kasety, wyciągnął plik banknotów i przeliczył jedną ręką, co zrobiło wrażenie na wszystkich wokół. - A jest trzy tysiące pięćset dwadzieścia. Jak to pan wytłumaczysz?
-Ale... - Profesor rzucał spojrzeniami na boki. - Ale jak jest więcej, niż powinno, to chyba dobrze. Prawda?
-Oj, człowieku. - Smirnoff szczerze westchnął, widząc naiwność rozmówcy. - Posłuchaj mnie uważnie. Jakby w kasie było mniej, niż powinno, to sprawa prosta. Znaczy złodziej jesteś. A to mała sprawa, że kilka stów podpierdoliłeś. Ale jak w kasie jest więcej, to dopiero afera. To znaczy, że ty tu większe przekręty robisz, cholero jedna. I do tiurmy z tobą! I przesłuchać, co z ciebie za oszust! A resztę typów do obozu, Gross Rosen jeszcze czynne, nowych gości przyjmują. Zobaczycie, jak wam się tam z Niemcami pomieszka.
Profesor wyjął z kieszeni chusteczkę i otarł czoło.
-Ale to jakaś drobna pomyłka. Ja zwrócę z własnej kieszeni...
-Co chcesz zwracać, jeśli jest za dużo? Wziąć do kieszeni powinieneś.
-Ale to naprawdę nie nasza wina. My tu odzyskujemy zagrabione przez Niemców skarby, dobra kultury. Ja mam papiery potwierdzające, że...
-Odzyskujecie? - przerwał mu Smirnoff, spacerując po zagraconym pomieszczeniu. Podszedł do wielkiego, rzeźbionego zegara. Nie miał oczywiście żadnego cynku, ale po prostu wiedział, gdzie chowają swój prywatny utarg amatorzy bez doświadczenia. Zza cyferblatu wyjął małe zawiniątko i rzucił na stół, rozsypując złote monety. - Amerykańskie dolary Niemcy zrabowali? Niech mi pan przypomni, kiedy była okupacja Waszyngtonu?
-To nie moje. - Profesor powiódł nieprzytomnym wzrokiem po współpracownikach. - Daję słowo honoru, że to nie moje.
-Wierzę - zgodził się skwapliwie Smirnoff. - Ty tu większe przekręty robisz.
-Nie, to pomyłka. A z tą kasą to naprawdę niedopatrzenie. Wypłaty dzisiaj były i ktoś coś pokręcił...