Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 94 95 96 97 98 99 100 101 102 ... 104
Перейти на страницу:

Od czego wszystko to się zaczęło? Od zamordowania rzekomego proroka, a dalsze wydarzenia tak czy inaczej wiązały się ze słynnym Manujłą. Jaki to człowiek, nie miałam pewności, widziałam jednak, iż jedni chcą go zabić, drudzy ochronić, przy czym ci pierwsi byli mocniejsi i wszystko . wskazywało na to, że prędzej czy później swój cel osiągną. Co do mnie, to wpadłam w to całkowicie przypadkowo i jakoś im przeszkodziłam. Toteż postanowili mnie usunąć, jak usuwa się kamień z drogi, żeby więcej się już o niego nie potykać. Dla wrogów Manujły nie mogłam stanowić żadnego innego zagrożenia.

Jak wiecie, wiele razy miałam okazję rozwiązywać kryminalne zagadki, ale czy najważniejsze nie jest to, aby do zabójstwa nie dopuścić? Nawet jeśli sądzisz, że przekracza to twoje siły, to czyż grzech zaniechania nie jest grzechem śmiertelnym? Jeśli zwiodłam Was przemilczeniem, to tylko z obawy, że w innym wypadku nigdy byście mnie nie wypuścili.

Był jeszcze jeden powód, oprócz chęci uratowania Emmanuela (tak chcę go teraz nazywać). Wiąże mnie z nim znane Wam zdumiewające zdarzenie w jaskini. Zdarzenie, dla którego nie mogłam znaleźć wyjaśnienia i które wciąż nie dawało mi spokoju. Emmanuel był w tej jaskini, a wedle świadectwa wioskowych stamtąd się wziął. To może wyjaśni mi tę tajemnicę?

Dwie rzeczy były pewne.

Po pierwsze, że szukać tego proroka albo niby-proroka (nie mnie to rozstrzygać) należy w Ziemi Świętej. Albo już tam jest, albo za chwilę tam przybędzie – mówiły o tym «znajdy», a Szełuchin, pseudo-Emmanuel, też kierował się do Palestyny nie bez powodu.

Po drugie zaś, że Emmanuelowych wrogów odnaleźć można wśród tych, którzy płynęli z nami «Jesiotrem». (Od razu powiem, że to ustalenie nie okazało się ścisłe, ale doszłam do tego dopiero w trakcie podróży po Judei, Samarii, Galilei i Idumei).

Sporządziłam sobie listę podejrzanych.

Czyje zlecenie mógł wypełniać były żandarm Racewicz? – pomyślałam.

«Warszawscy bandyci», o których mówił Matwiej Bencjonowicz, nie wchodzą w rachubę. Rabusie, nawet najbardziej zuchwali, nie mieliby powodu tak uporczywie mnie nękać. A to, że aż tak miałby przeszkadzać im jakiś kaznodzieja, jest tym bardziej niewiarygodne.

Ale szalonym nienawistnikom, którzy nazywają siebie «Chrystusowymi oprycznikami», nauczyciel wiary, odwodzący Rosjan od prawosławia do «żydowania», może wydawać się straszliwym i niebezpiecznym wrogiem.

To samo dotyczy przeciwnego obozu–fanatycznych stronników ortodoksyjnego judaizmu, którzy patrzą na Emmanuela jak na złośliwego błazna, natrząsającego się z ich wiary.

Na parowcu była też grupa syjonistów, nader zdecydowanych młodych ludzi, którzy podejrzewali Emmanuela o związki z Ochraną. Wiadomo dobrze, iż wśród zwolenników idei żydowskiego państwa zdarzają się ludzie opętani, którzy gotowi są na wszelkie skrajności, byle jak najszybciej osiągnąć swój cel.

Później, kiedy byłam już tutaj, w Palestynie, pojawiła się jeszcze jedna wersja, ale nie będę Was w nią wtajemniczała, żeby nie powodować zamętu, tym bardziej że jak poprzednie okazała się wątpliwa.

Kierując się wykazem podejrzanych, sporządziłam plan działań i natychmiast po zejściu ze statku zaczęłam go realizować. Popędzał mnie strach, że potężni wrogowie Emmanuela odszukają go wcześniej i że nie zdążę.

Po pierwsze, skierowałam się do Jerozolimy..."

Władyka czytał, jak Pelagia sprawdzała jedną po drugiej swoje wersje i odrzucała je, skracając jednocześnie dystans czasowy, jaki dzielił ją od niepohamowanego proroka, który żadną miarą nie mógł usiedzieć w miejscu.

Z Mitrofaniuszem działo się coś dziwnego. Od początku był bardzo mocno wzburzony, a stan ten pogłębiał się z każdą przeczytaną stronicą. Ręce drżały mu coraz silniej, tak że w końcu trzeba było położyć kartki na stole i przycisnąć je futerałem na okulary. Po twarzy przewielebnego ściekał pot, ale on tego nie dostrzegał. Z roztargnieniem zdjął jedynie kapelusz i położył go obok. Potem strącił go niechcący łokciem na podłogę i też tego nie zauważył.

W końcu nerwowe pobudzenie osiągnęło punkt krytyczny i zamieniło się w swoje przeciwieństwo. Władyce zakręciło się w głowie, ogarnęła go niepowstrzymana senność.

Pewnego razu, wiele lat temu, przyszły biskup, wówczas dowódca szwadronu, widział, jak w czasie bitwy pod Bałakławą generał, który dowodził wojskami, zasnął na punkcie obserwacyjnym. Siedział przy składanym stoliku skoncentrowany i napięty, patrzył przez lunetę, wydawał rozkazy, gdy nagle, w rozstrzygającym momencie boju, osłabł – opuścił głowę na skrzyżowane ramiona i zasnął. Rzucili się do niego wystraszeni adiutanci, ale szef sztabu, stary i doświadczony wojak, powiedział: „Nie ruszajcie. To zaraz minie". I rzeczywiście; pięć minut później zbudził się rześki i zupełnie, jakby nic się nie wydarzyło, dowodził dalej.

To samo przytrafiło się teraz Mitrofaniuszowi. Linijki rozpełzły się w długą węźlastą nić, a nić owa pociągnęła archijereja w ciemność. Chwilę przedtem jeszcze czytał, a tu nagle opadła mu głowa, przyłożył prawy policzek do leżącego na stole łokcia i zapadł w głęboki sen.

Przewielebnemu jeden po drugim przyśniły się dwa sny.

Pierwszy był błogi. Mitrofaniusz ujrzał przed sobą Pana Boga w postaci jakiegoś jaśniejącego obłoku, obłok zaś zwrócił się do niego dźwięcznym głosem: „Po co mi, archijereju, twoje świętoszkowate modlitwy? Po co mi zakony i zakonnicy? Głupstwo i przykrość, nic więcej. Kochajcie się nawzajem, ludzie, mąż żonę, a żona męża – taka będzie dla mnie najlepsza wasza modlitwa".

Zaraz potem Mitrofaniusz znalazł się w jakimś domu. Dom stał na brzegu jeziora, w oddali widać było góry, dołem granatowe, a wysoko białe. Świeciło słońce, w sadzie zwisały z gałęzi ciężkie jabłka, a cichy kobiecy głos nucił kołysankę. Mitrofaniusz odwrócił się i ujrzał dziecięce łóżeczko, a obok niego Pelagię, ale nie w riasie i w apostolniku – w domowej sukience, z rozpuszczonymi do ramion rudymi włosami. Pelagia spojrzała na Mitrofaniusza i czule się uśmiechnęła, on zaś pomyślał: „I czemuż to ja tyle lat straciłem na próżno?! Gdybyż to Obłok przemówił do mnie wcześniej, kiedy byłem młodszy! Ale to nic, na razie jestem krzepki, długo jeszcze będziemy szczęśliwi".

Tu przełożył głowę z prawego policzka na lewy i zaraz przyśniło mu się coś całkiem innego. Miał wrażenie, że się obudził i że dalej czyta list swej duchowej córki (choć w istocie przebudzenie jeszcze nie nastąpiło). Początkowo przebiega tekst oczyma, a potem jakby już nie czyta, ale słucha – i ma przed sobą nie papier, tylko samą Pelagię.

„Nie ma już mnie wśród żywych – szepcze. – Na Ziemi już mnie więcej nie zobaczysz, bo żyję teraz Życiem Wiecznym. Ach, jakże tutaj wspaniale! Gdybyście wy, żywi, wiedzieli o tym, to ani trochę nie balibyście się umrzeć, lecz czekalibyście na śmierć z radosną niecierpliwością, jak dziecko oczekuje Bożego Narodzenia albo dnia urodzin. Bóg wcale nie jest taki, jak naucza Cerkiew, jest dobry i absolutnie wszystko rozumie. Wy, głupiutcy, żałujecie nas i płaczecie po nas, a my żałujemy was. Bardzo się męczycie i bardzo wszystkiego się boicie".

Śpiący słyszał teraz nie tylko głos Pelagii, lecz widział także ją samą, otoczoną blaskiem – nie tak ostrym jak u obłocznego Boga, ale w zamian za to mieniącym się tęczowo, radosnym dla oka. „Cóż mam czynić? – porwał się Mitrofaniusz. – Chcę do ciebie! Trzeba umrzeć? Bardzo proszę, to głupstwo. Tylko weź mnie do siebie!" Roześmiała się cicho, niczym matka na gaworzenie małego głuptaska. „Jaki szybki. Tak nie wolno. Żyj, ile ci przeznaczono, i nie obawiaj się: będę czekała. Przecież tutaj u nas czas nie istnieje".

1 ... 94 95 96 97 98 99 100 101 102 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)