Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
W głowie Jakowa Michajłowicza stłoczyły się zera, ale w całość nie zdążyły się ułożyć, bo chantur z mniszką skręcił z szerokiej drogi na most i natychmiast zniknął w wąskim zaułku.
Trzeba było zmniejszyć odległość.
I znowu Jakow Michajłowicz zachował się przytomnie. Nie ruszył w zaułek, lecz odjechał drogą nieco dalej. Odgadł, że skończyły się konne podróże, teraz pozostają własne nogi.
Zeskoczył na ziemię, klepnął kobyłkę z Bet-Kebiru po zadzie: idź, dokąd zechcesz, ekwinusie. Dzięki za pracę, nie jesteś już potrzebny. Dwukółkę możesz sobie zabrać.
Ostrożniutko wysunął się zza węgła.
Arab został przy koniach, mniszki nie było. Jednak po chwili pojawiła się i ona – wyszła z jakiejś furtki i skierowała się do swego Salacha. Rozmawiali o czymś, a potem zjechali niżej i umieścili chantur w cieniu, gdzie zupełnie nie było go widać.
Ehe, zmiarkował Jakow Michajłowicz. Czyżby zasadzka?
No, no.
Ręce świerzbiały – miał wielką ochotę powyłamywać sobie palce, ale teraz nie można było hałasować.
Pątnika zauważył wcześniej niż ci dwoje.
Wysoki, chudy człowiek szedł ścieżką w świetle księżyca, postukując kosturem.
To on, domyślił się Jakow Michajłowicz i w tym samym momencie z Nifontowa zmienił się w Ksenofontowa. Wszystko, co miało nastąpić, było problemem technicznym, a zatem żadnym problemem.
Wcisnął się w ogrodzenie, wyczekując, aż Manujła skręci w zaułek.
Tu jednak pojawiła się okoliczność, którą należało zaliczyć do kategorii przykrych niespodzianek. Za głównym obiektem, w odległości około pięćdziesięciu kroków, ktoś się skradał. Jak na złość księżyc zaszedł właśnie za chmurę, tak że temu drugiemu nie można było się od razu przyjrzeć. Widać było tylko, że to prawdziwe niedźwiedzisko i że chodzi też jak niedźwiedź, bezgłośnie się kolebiąc.
Któż to taki?
Konkurent? Jakow Michajłowicz potrafił skradać się nie gorzej niż Niedźwiedź. Ulokował się z tyłu i podążył za nim – przy murku, przy murku.
O czym Ruda z Niedźwiedziem rozmawiała, nie słyszał, ale rozmowa była gorąca. Dostało się i Arabowi, i mniszce. Potem jednak jakby się dogadali. Ruda przemknęła się przez furtkę, a chłopisko zostało z woźnicą – o czymś ze sobą mówili.
Jakow Michajłowicz podkradł się bliżej.
Rozmowa toczyła się po rosyjsku. Patrzajcie no!
– ...Zginie ci on bez dopilnowania – dotarł do niego przygłuszony bas. – Przecie to małe dzieciątko. Jakże go można puścić samego?
– Ja też pilnuję – powiedział z godnością Arab. – Jej pilnuję. Kobieta! Beze mnie sto razy by przepadła.
– Ano tak. Baba to baba – zgodził się Niedźwiedź. Ach, oto kim jesteśmy. O tym, że Manujła ma ochroniarza, zwierzchność nie raczyła Jakowa Michajłowicza powiadomić. Poczuł się nieco urażony. To wszakże, drodzy panowie, nie są żarty, trzeba było uprzedzić.
Skupił się, zebrał cały w sobie. Problem techniczny okazał się bardziej złożony, niż początkowo sądził.
Wpatrując się w mrok, próbował ocenić przeciwnika.
Zdaje się, że bardzo silny i dosyć niebezpieczny. Ten zwalisty gatunek Jakow Michajłowicz znał dobrze – takiego jednym ciosem nie położysz, za dużo w nim życia. A trzeba koniecznie załatwić go akuratnie, bez żadnego hałasu.
Araba można nie brać w rachubę. Chłopina cherlawy, bojaźliwy, wystarczy na niego warknąć. W czasie wędrówki Jakow Michajłowicz przyzwyczaił się do tego gadatliwego Salacha. Można by rzec, że wręcz się doń przywiązał. Wesoły, białe zęby cały czas w szerokim uśmiechu. Zdarzało się, że w czasie noclegów Jakow Michajłowicz podkradał się bliżej chantura, żeby posłuchać, jak Arab wyśpiewuje.
Już wcześniej postanowił, że jemu daruje. Szkoda go. Znaczy się, gdyby była potrzeba, załatwiłby go i nawet nie mrugnął. Ale ten zajęczy ogon na pewno nie doniesie – tak podpowiadała psychologia, nauka, do której Jakow Michajłowicz odnosił się z dużym szacunkiem.
Arabowi nie wolno było zrobić jednego: podnieść krzyku. Też, nawiasem mówiąc, zadanko. No właśnie. Zadanko z dwiema niewiadomymi: jak zatkać gębę Arabowi i jak położyć Deptułę – rzecz jasna, bezszmerowo.
Chwilkę pomyślał i wymyślił.
Wycofał się na dół, do rogu. Tam, na drodze, znalazł pałkę – zdaje się, była to szprycha od wozu z dużymi kołami, długa na jakieś półtora arszyna. Koniec się rozszczepił, to wyrzucili. Akuratnie to, czego potrzeba.
Jakow Michajłowicz wszedł z powrotem w zaułek, kulejąc. Przygiął się, zaczął niewyraźnie mamrotać coś pod nosem. Wlókł się z trudem, oparty na kiju. Kto będzie się bał takiego żałosnego kaleki?
Niedźwiedź i Arab obejrzeli się jednak i patrzyli na nocnego przechodnia bardzo czujnie.
Jakow Michajłowicz przykuśtykał bliżej i udał, że dopiero teraz ich zauważył. Oj! – przestraszył się: może źli z was ludzie?
Przykulal się tuż do nich i skłonił. Lewą ręką oparł się na pałce, prawą zaś, jak przyjęte jest u miejscowych, przyłożył do piersi i do czoła.
Zwrócił się do Araba piskliwym, żałośliwym głosem:
– Dżamal li wallachi ibn churtum?
Sam nie wiedział, o co pytał, jako że słowa nie miały żadnego sensu, ale rosyjskiemu Deptule powinny wydać się arabską mową.
Niedźwiedzisko, usłyszawszy taką chińszczyznę, rozluźniło się nieco – ze strony tutejszego kaleki nie dostrzegło żadnego zagrożenia.
Za to Salach był zdumiony.
– Ejsz?
Jakow Michajłowicz znów skłonił się przed nim powoli, aż nagle wyprostował się niczym sprężyna i knykciami bach Arabowi w podstawę nosa! Walnął mocno, ale z pomiarkowaniem, bo inaczej kość nosowa wbije się w mózg i człowiekowi kryska.
Salachowi krew buchnęła z nozdrzy – obalił się na wznak i zastygł. Tak było trzeba, bez najmniejszego hałasu.
Nie zwlekając ani chwili, Jakow Michajłowicz obrócił się do Niedźwiedzia. Ten zdążył tylko rozdziawić usta. Deptuły, których matka natura obdzieliła potężną posturą, mają nieco spowolnione reakcje, naukowo nazywa się to „reaktywna retardacja". Ale to tylko w pierwszym momencie, tak że nie ma co za bardzo liczyć na tę retardację. Niegdyś, jeszcze w czasie pokatorżnej zsyłki, Jakow Michajłowicz widział, jak misiek łowi w rzece ryby. Gdzie tam do niego rybakowi z ościeniem! Z kosołapym nie ma żartów – rozerwie cię i nawet nie zdążysz kichnąć.
Toteż Jakow Michajłowicz nie żartował. W rozdziawioną ze zdumienia gębę wbił koniec pałki – i to tak, że aż zęby zachrzęściły. Po to, żeby nie mógł krzyczeć.
W lewym rękawie Jakow Michajłowicz miał poręczny nożyk fińskiej roboty, ze specjalnym mechanizmem sprężynowym. Ostrze szczęknęło i uderzył – ale nie w serce, bo takiego drągala pchnięcie w serce nie położy, i też nie w gardło, bo zacznie chrypieć i bulgotać. Uderzył w dołek, tam gdzie w środku rodzi się krzyk.
Zrobił swoje i odskoczył na parę kroków, żeby nie wpaść w rozłożone szeroko łapska. Deptuła wyrwał z ust pałkę, odrzucił. Krew pociekła po brodzie.
Chce krzyczeć, ale nie może – nie pozwala wbite w dołek ostrze. Tu, jak było do przewidzenia, Niedźwiedź zgubił siebie sam. Wie o tym każdy myśliwy: nadziany na rohatynę Deptuła wyrwie ją natychmiast, a tym samym powiększy ranę. Ten też to zrobił. Gdyby nóż wciąż tam tkwił, życie nie opuściłoby go tak szybko. Tymczasem ten głupiec pochwycił rękojeść, stęknął i wyciągnął nóż. Chwiejąc się, ruszył na Jakowa Michajłowicza. Ów odskoczył na kroczek, na dwa, na trzy – to wystarczyło. Siłaczowi podcięło nogi, padł na kolana. Tkwił tak, kołysząc się na boki, zupełnie jakby modlił się do swego niedźwiedziego boga, po czym buchnął twarzą w dół.