Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Ciii! – wyszeptał, unosząc palec ku wargom. – Dotarliśmy na miejsce. I księżyc jest akuhat w zenicie.
Popchnął skrzydło zmurszałej bramy i weszli na porosłe suchą trawą podwórze. Pelagia dojrzała w głębi chałupinę z zapadającym się dachem.
– Czyj to dom? – zapytała cicho.
– Nie wiem. Nikt w nim już nie mieszka. Obawiam się, że wydarzyło się tu nieszczęście – ja takie rzeczy wyczuwam...
Emmanuel zadrżał i objął się ramionami.
Zapomniana chałupa w ogóle Pelagii nie interesowała. Mniszka była zirytowana i rozdrażniona. Tak długo szukała tego człowieka, tyle straciła sił, a on nie chce jej nawet wysłuchać!
– Może sądzi pan, że opuszczając Rosję, pozbył się pan zagrożenia? – powiedziała gniewnie. – Mowy nie ma! Znajdą pana i tutaj! Zdaje mi się, że wiem, z której strony spadnie cios, chociaż jest to tak niewiarygodne... A poza tym dlaczegóż to on tak pana znienawidził? Co prawda, mam pewną teorię, ale do tego stopnia...
Pelagia straciła wątek. Patrząc na śmieszną figurę „znajdowego" proroka, który stał na jednej nodze (drugą drapał się w kostkę), gotowa była uznać swoje „domysły" za jakąś fantasmagorię.
– Pobiedin to szaleniec, inaczej być nie może... – wymamrotała.
– Mówisz niezhozumiale. – Emmanuel odłożył swój kostur, podniósł z ziemi kijek i zaczął nim rozgrzebywać kupę śmieci. We wszystkie strony poleciały gałązki, skorupki, grudy ziemi. – I nie mówisz tego, co jest najważniejsze.
– A co jest najważniejsze? – zdumiała się Pelagia, obserwując jego dziwne poczynania. Spod śmieci wyciągnął jakieś deski, odsłaniając głęboką czarną jamę w ziemi.
– To podziemne przejście?
Emmanuel opuścił się ostrożnie w dół, jednocześnie wydobywając coś z worka za plecami.
– Nie, to ghobowiec. Jaskinia. Pochowani są tutaj ludzie, którzy żyli dawno, może dwa tysiące lat temu, a może i dawniej. Wiesz, co to takiego „eneolit"? A „chalkolit"? – wymówił z powagą owe dźwięczne słowa.
Pelagia miała okazję czytać o starożytnych żydowskich pochówkach. Wszystkie jerozolimskie wzgórza poryte są jaskiniami, w których niegdyś grzebano zmarłych. Nic zatem dziwnego, że jedna z pieczar znajduje się na podwórku opuszczonego obejścia. Ale czego szuka tam Emmanuel?
Zapalił zapałkę, przytknął ją do nasączonej oliwą szmaty.
Z dołu patrzyła na Pelagię brodata twarz, oświetlona szkarłatnym płomieniem. Noc natychmiast stała się ciemniejsza.
– Na mnie poha – powiedział Emmanuel. – Ale widzę, że chcesz mnie o coś zapytać i nie możesz się zdecydować. Nie bój się, pytaj. Jeśli znam odpowiedź, powiem ci phawdę.
Tam, na dole, jest jaskinia! – olśniło nagle Pelagię. Jaskinia!
Mniszka nie pomyślała nawet, że przysięgła sobie nigdy więcej nie zapuszczać się w żadne podziemia.
– Czy mogę zejść z panem? Bardzo proszę!
Spojrzał na księżyc, który tkwił dokładnie pośrodku nieba.
– Jeśli obiecasz, że zahaz odejdziesz. I że nie będziesz czekała na mnie na zewnątrz.
Pelagia skinęła, a on podał jej rękę.
Początkowo przejście było bardzo wąskie. Schodzili po kamiennych stopniach, miejscami pokruszonych ze starości, ale w ogóle niestartych. Bo i kiedy miały się zetrzeć?
Gdy schody się skończyły, Emmanuel podniósł wysoko pochodnię i okazało się, że grobowiec jest dość duży. W jego ścianach ciemniały jakieś nisze, ale z powodu słabego światła nie można było przyjrzeć im się dokładnie.
Prorok odwrócił się do Pelagii i powiedział:
– Zobaczyłaś? Tehaz zadaj swoje pytanie i odejdź.
Nagle jego brwi, i tak umieszczone wysoko, uniosły się jeszcze wyżej, niemal ku samym włosom.
Emmanuel nie patrzył na rozmówczynię, ale gdzieś ponad jej głową, jakby zobaczył tam coś bardzo interesującego.
Pelagia jednak nie śledziła jego spojrzenia. Okropnie przejęta, zaczerpnęła głęboko powietrza, mimowolnie uniosła rękę ku skroni i drżącym głosem zadała swoje pytanie.
Koniec wieńczy dzieło
Kiedy chantur dojechał do Bramy Jafskiej i skręcił za nią w lewo, Jakow Michajłowicz natychmiast się domyślił, że będą objeżdżali mury. To znaczy, że nigdzie się nie zapodzieją, można pchnąć telegramik do Pitra. Nie dawał znaku od ponad tygodnia, to niedobrze. A tu akurat zauważył w pobliżu całodobowy telegraf – stąd ten pomysł.
Nie ma co, był przykładem roztropności: potrzebował ledwie dwóch minutek, żeby wsunąć do okienka zawczasu napisaną depeszę i zapłacić.
Depesza zawierała, co następuje: „Obydwa ładunki dostanę dzisiaj. Nifontow". „Nifontow" to takie umowne nazwisko; podpisywał się nim, dopóki zadanie nie było wykonane. A jak zostanie wykonane, wtenczas w telegramie będzie mógł napisać cokolwiek, ale podpis pod nim musi być koniecznie „Ksenofontow". Zrozumie, kto powinien.
Jakow Michajłowicz (na razie jeszcze jako Nifontow) doskonale sobie ze wszystkim poradził: i doniesienie wysłał, i dopędził chantur – niedaleko rozpadliny zwanej Gehenną.
Tej właśnie, Piekielnej, gdzie wedle słów świętego apostoła „robak nie umierał i ogień nie zagasał". Mieszkańcy starożytnej Jerozolimy wrzucali do wąwozu ciała skazańców i zasypywali je nieczystościami, a żeby z ohydnej jamy nie rozpełzała się na miasto zaraza, dniem i nocą paliły się tam ogniska.
Oto całe ludzkie życie, westchnął Jakow Michajłowicz, popędzając konika. Żyjemy w wychodku, na innych paskudzimy, a jak zdechniesz, to i na ciebie nawalą gówna i podpalą, żebyś nie śmierdział. Takie to niewesołe filozofowanie przyszło do głowy.
Było wprost wspaniale, że jest pełnia i że prawie nie ma chmur. Udało się wyjątkowo. Trzeba powiedzieć, że cala ta wyprawa, długa i uciążliwa, przebiegała jakby pod Najwyższą Ochroną. Mógł ślad zgubić i w Jerozolimie, i pod górą Megiddo, i w Sodomie, ale pilność i szczęście zawsze przychodziły z pomocą. Jakow Michajłowicz sam się starał, to i Bóg o nim pamiętał.
A teraz zostało tyle co nic. Jeśli Ruda wymiarkowała dobrze (a baba z niej bystra), to tylko patrzeć, jak zaraz wszystko obłatwimy, po czym z niedorajdy Nifontowa przechrzcimy się w zwycięskiego Ksenofontowa.
Ciekawe, jaka za tak trudne zadanie może być nagroda?
Zazwyczaj, dopóki sprawa nie była zakończona, nie pozwalał sobie na takie miłe rozważania, ale księżycowy wieczór nastrajał marzycielsko. Bo i koniec już całkiem blisko, Jakow Michajłowicz wyczuwał to instynktownie.
Ostateczne zamknięcie historyjki, z całkowitym zniszczeniem dotyczącej jej dokumentacji policyjnej – to obiecano na pewno. Nie będzie już dłużej ten Damoklesowy miecz wisiał nad główką. I odpuść nam, Panie. Ale pewnie można będzie wydębić jeszcze coś ponadto, jakieś szeleszczące i przyjemnie chrzęszczące papierki. Przeczucie podpowiadało, że dadzą premię, jak nic dadzą. Jak to naczelników z powodu tego Manujły rozebrało. Co on im tam przeskrobał, Bóg jeden wie, nie nasza sprawa.
Próbował wyliczyć, ile mogą dać pieniążków, i zastanawiał się, na co je przeznaczyć. Kupić domek gdzieś na Ochcie? A może lepiej włożyć w oprocentowane papiery?
A na odpoczynek za wcześnie. Teraz, kiedy skończy się z historyjką, będzie można pracować nie ze strachu, ale sumiennie – to znaczy, za prawdziwe wynagrodzenie. Zaczną skąpić, to bez łaski. Na usługi wysokiej klasy fachowca od spraw delikatnych zawsze znajdą się klienci. Gdyby tak, na przykład, za palestyńską poniewierkę brać wedle pełnej taksy – ze wszystkimi morskimi przeprawami, błąkaniem się po pustyni i innymi przyjemnościami – to ile by można zaśpiewać?