Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Co? Co? – zakrzyknęłam przestraszona.
– Tu nie chodzi o pełnię! – zaczął wyjaśniać, zachłystując się. – Rzecz cała w kogucie! Całkiem o nim zapomniałem! Oto dlaczego jaskinia mnie nie wpuszcza! Jakże ci jestem wdzięczny, kobieto! Ale skąd dowiedziałaś się o kogucie?
Strasznie mnie to poruszyło – oto za chwilę odsłoni się przede mną niesłychana tajemnica, a to, być może, odmieni całe moje spojrzenie na świat. Mówię mu:
– Z pewnej księgi. Napisano tam, że jeśli w porze przedświtu w Osobliwej Jaskini zapieje czerwony kogut, to dusza i ciało człowieka zawisają między światami i może on zostać wrzucony w inny czas i w inne miejsce. Czy to prawda?
Zapytałam i zamarłam. On zaś wzruszył ramionami.
– O tym niczego nie wiem. Ale muszę mieć koguta!
– Czerwonego?
– Tak, tak, tamten był czerwony. Czy masz pieniądze?
To pytanie mnie zaskoczyło.
– Mam.
– Czy kupisz mi na targowisku czerwonego koguta? Bo ja nie mam czym zapłacić.
– Kupię, pewnie. A zatem czerwony kogut ma tu duże znaczenie?
– Ależ tak! – zawołał. – Bez niego stara Miriam po prostu zginie!
Przestraszyłam się, że coś bredzi.
– Kto?
– Miriam, biedna wdowa, do której w moich czasach należała ta ziemia. Hoduje kury i żyje ze sprzedaży jajek. Tymczasem jej kogut polazł za mną do grobowca. Te koguty są takie ciekawskie! Zauważyłem go dopiero, kiedy Kefas i Judasz już sobie poszli. Staruszka bez koguta nie przeżyje! Kto będzie deptał jej kury? Teraz wiem, dlaczego Bóg nie wpuszcza mnie z powrotem! Jakże On jest sprawiedliwy i miłosierny! Zapytałam:
– To znaczy, że w jaskini był z tobą kogut? I zapiał przed tym, jak zadrżała ziemia?
– Zdaje się, że tak.
Zamilkłam, próbując pojąć sens tego dziwactwa. Nie potrafiłam. Pytam:
– Ale co to za dziwactwo – czerwony kogut? Jak to możliwe?
Emmanuel uśmiechnął się.
– Czyż znajdzie się mędrzec, który pozna wszelkie reguły, wedle których urządzony został świat? Dlaczego mielibyśmy się dziwić, kiedy Bóg daje nam kolejną lekcję albo posługuje się nową przenośnią?
– Ale w czym może się zawierać znaczenie tak dziwnej przenośni?!
Zastanowił się przez chwilę i pyta:
– Powiedz mi, czy wiara w cuda to świadectwo głupoty?
– Nie – odparłam. – To znaczy tak. Nie wiem. Mieć nadzieję, że w twoim życiu wydarzy się cud i rozwiąże wszystkie twoje bolączki, to głupie.
– Tak, nadzieja na cud to naiwność – zgodził się. – I bezmyślność. To coś takiego jak piejący w Osobliwej Jaskini czerwony kogut.
Na tym nasza rozmowa się skończyła. Nagle poczułam niesłychane zmęczenie i ledwie utrzymałam się na nogach. Odezwały się najpewniej przeżycia tej zdumiewającej nocy.
Zeszliśmy ponownie do grobowca i przespaliśmy tam noc. Ziemia była twarda, ale nigdy jeszcze nie spałam tak dobrze i tak spokojnie.
Kiedy zaś przez otwór wpadły promienie słońca, wyruszyliśmy na miejskie targowisko, aby kupić czerwonego koguta.
Ptaka o pożądanym ubarwieniu znaleźliśmy bez trudu – to nader powszechny tutaj gatunek, wyhodowany najpewniej parę tysięcy lat temu.
Wzięliśmy pierwszego, jaki nam się nawinął. Bez targów, bez oceny – okazało się, że nie był to udany zakup: ptaszysko miało paskudne obyczaje. Emmanuel musiał nosić go przez cały dzień, a ten szkaradnik dziobem i pazurami pokaleczył mu ręce. Mój towarzysz znosił to bez żadnej skargi, starał się jedynie uspokoić krasnopiórego zbója. Kogut, niestety, okazał się mniej podatny na perswazję niezwykłego kaznodziei aniżeli zatwardziali przestępcy.
Przy okazji o przestępcach. Pewnego razu w ulicznym tłumie poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciłam się gwałtownie i ujrzałam okrąglolicego zabójcę Jaszę. Ukrył się za węgłem, ale zdążyłam go rozpoznać.
Chciałam pochwycić Emmanuela za rękaw i uciekać, żeby uniknąć niebezpieczeństwa, ale „okrągły" nagle znowu się pojawił i przyłożył palec do ust.
Przypomniałam sobie wtedy Trofima Dubienkę i uspokoiłam się. No cóż, pomyślałam, niechaj Emmanuel ma dwóch obrońców, a nie jednego.
Ach, Władyko, jakiż to był cudowny dzień! Gdybyż jeszcze nie ten przeklęty kogut, który nękał nas
swoim paskudnym zachowaniem! Trzeba było kupować nie rankiem, ale później, pod wieczór, i wybrać ptaka nieco spokojniejszego.
Rozmawialiśmy o rzeczach najrozmaitszych, nie sposób wszystkiego odtworzyć. Przytoczę Wam jedynie kilka jego opinii, które najbardziej zapadły mi w pamięć.
Emmanuela słucha się z zajęciem, bo wiele jego myśli zaskakuje paradoksami. Jak na kaznodzieję, to rzecz niezwykła – nie ma w nim ani odrobiny bigoterii. Na przykład kiedy zobaczył kobiety publiczne, które pod wieczór wyszły przed Bramę Syjońską, aby uprawiać swoją profesję, wszczął ze mną rozmowę na temat miłości fizycznej, chociaż wiedział, że jestem mniszką. Oznajmił: w cielesnych zaspokojeniach nie ma grzechu, przeciwnie, grzech przed Bogiem mają ci, którzy swą cielesność zasuszają wstrzemięźliwością. Pewne jest jednak, że nie wolno obrażać i poniżać owej radosnej tajemnicy, wymieniając ją na miedziaki. To tak, jakby natrząsać się nad innymi wielkimi tajemnicami – tajemnicą narodzin i śmierci. Tu rzucił się, by pouczać jerozolimskie nierządnice, że nie wolno im brukać Boskiej radości.
Siłą odprowadziłam go od rozjuszonych dziewek, które zamierzały przetrzepać mu skórę. Był pewien temat, którego starałam się unikać, aby nie wywołać w nim kolejnego ataku maniakalnej obsesji: Jezus Chrystus. Ale kiedy zatrzymaliśmy się napić wody na Via Dolorosa, obok drewnianej rzeźby Pana, który zgina się pod ciężarem krzyża, Emmanuel długo przyglądał się figurze, jakby chciał się do czegoś przymierzyć, po czym odwrócił się nagle i powiada:
– A wiesz, że nie jesteś pierwszą osobą, która mnie rozpoznała? Był ktoś jeszcze – prokurator. Znowu się zaczyna – westchnęłam w myślach i zrezygnowana zapytałam:
– Dwa tysiące lat temu?
– Nie, trzy miesiące temu, w Petersburgu.
To, co w ślad za tym mi opowiedział, postaram się przekazać jak najściślej, dlatego że z pewnością domyślacie się, o kim mowa.
– Prokurator zawezwał mnie do siebie i długo mówił ze mną o Bogu, o Cerkwi i o innych rozmaitych rzeczach.
Prokurator to człowiek mądry i potrafi słuchać. Rozmawiać z nim było milo i ciekawie. Nie ujawniałem się przed nim, żeby go nie zaskakiwać – cały jego gabinet (a był to pokój bardzo duży i bardzo piękny) obwieszony był wizerunkami Ukrzyżowanego.
Na temat Cerkwi powiedziałem mu, że jest ona całkowicie niepotrzebna. I popi też są zbędni. Każdy powinien przemierzyć swoją drogę sam, a przewodnikiem może mu być jakikolwiek dobry człowiek, czasami nawet zły, to też możliwe. I co to w ogóle za zajęcie – być popem? Skąd wiadomo, czy to dobry człowiek? I dlaczego tylko mężczyźni mogą być kapłanami? Czyż kobiety nie są lepsze i bardziej ofiarne niż mężczyźni?
Jeśli chodzi o Boga, to powiedziałem prokuratorowi, że wcześniej, w dawnych czasach, był On bardzo potrzebny, aby wzbudzać w ludziach bojaźń Bożą. To jak w rodzinie: dopóki dziecko jest małe i nie potrafi samo odróżnić zła od dobra, rodzice powinni oddziaływać na nie groźbą kary. Jednakże w ciągu dwóch tysiącleci ludzkość dorosła, przestała bać się gniewu Bożego, dlatego teraz należy postępować inaczej. Nie oglądać się na Wszechmocnego, ale wsłuchiwać się we własną duszę. Tam właśnie jest Bóg, w duszy, nie zaś w niebiosach, nie między obłokami. Powiadam prokuratorowi: chodzę tu i tam, przyglądam się ludziom i widzę, że stali się znacznie lepsi niż dawniej. Bardziej rozumni, bardziej miłosierni. Nie całkiem jeszcze dorośli, ale też nie są już niemądrymi dziećmi jak w czasach Mojżesza albo Jana Chrzciciela. Potrzebne jest teraz inne przymierze między Bogiem a ludźmi, zupełnie inne.