Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Zwyczajny jestem. Taką mam okupację, żeby rozmawiać z mizerablami.
Jakkolwiek byłoby to dziwne, zrozumiałam. Na słowo «okupacja», w znaczeniu francuskiego occupation, musiał natrafić w jakiejś książce z XVIII wieku, «mizerable» zaś pociągały go bez wątpienia samym swoim brzmieniem.
– Dobrym ludziom – mówił dalej – nie jestem potrzebny, ale złym («mizerablom») tak. Są niebezpieczni i mogą poranić, ale co możesz zrobić? Przychodzisz do nich niczym pogromca do klatki z lwami. – Tu Emmanuel ożywił się nagle, oczy mu zabłysły. – Widziałem to w Permie, w cyrku Cinisellego. Jakimż dzielnym człowiekiem był ten pogromca! I jakim pięknym! Lew szczerzy paszczę, zęby w niej jak noże, a pogromca podkręca tylko wąsa i trzask batem!
Zapomniał zupełnie o «mizerablach»; zaczął opowiadać z podziwem o cyrkowym treserze, a ja patrzyłam na niego, gestykulującego gwałtownie, i nie wiedziałam, co myśleć – ponownie ogarnęły mnie wątpliwości.
Teraz, kiedy opowiedziałam Wam, jak Emmanuel poradził sobie z zabójcą, a do Was dotarło, że człowiek to niezwykły, nadeszła pora, aby poruszyć temat, którego dotąd unikałam, nie chcąc Was wzburzyć.
Czy pamiętacie, jak opowiadając o swej podróży do Sodomy, napisałam: «Wystarczyło mi usłyszeć słowa piątek i ogród, a wszystko znalazło się na swoim miejscu. Odgadłam, gdzie i kiedy znajdę Emmanuela. Potwierdziła się moja hipoteza».
No cóż, co do hipotezy –jest ona na tyle absurdalna, że ośmielam się przedstawić ją dopiero teraz. Za chwilę, zaraz. Zbiorę tylko siły.
Zatem:
A JEŚLI JEST TO DRUGIE OBJAWIENIE? Widzę wyraźnie, jak szarpnęły się Wasze krzaczaste brwi, i dlatego spieszę z uściśleniami. Oczywiście nie miałam na myśli tego, że «prorok Manujła» jest Chrystusem, który po dwóch tysiącach lat został ponownie zesłany ludziom. Ale co począć, jeśli ów człowiek wierzy prawdziwie, że jest Jezusem?
Cały sposób życia, wszystkie jego słowa i czyny, samo imię (pamiętacie zapewne, że przybrane imię Zbawiciela to Emmanuel?) skłaniały mnie do tej myśli. Nie kaznodzieja, przekonany do prawdy Jezusa, ale człowiek, który ma się za Mesjasza i dlatego ze spokojem kwestionuje reguły i podstawy chrześcijaństwa, jak uczyniłby to Chrystus, który sam był prawodawcą i reformatorem.
W czasie wędrówki po Ziemi Świętej tak przywykłam do owej fantastycznej hipotezy, że chwilami pojawiała się bluźniercza myśclass="underline" a może on naprawdę jest Jezusem?
Skąd on się wziął, ów «dziki Tatarzyn»? Czy możliwe, aby wiacki albo zawołżski chłop znał języki starohebrajski i aramejski?
Całkiem zagubiona między rzeczywistością a fantazją, oponowałam wobec samej siebie: jeśli to mieszkaniec starożytnej Palestyny, jakimś cudem przeniesiony do Rosji naszych dni, to w ciągu trzech lat nie mógł w takim stopniu przyswoić sobie języka. I zaraz przeszywały mnie dreszcze: On by nie mógł? Jeśli to On, to nie takich rzeczy może dokonać!
Kiedy usłyszałam, że Emmanuel koniecznie musi być w nocy z czwartku na piątek w jakimś ogrodzie, natychmiast przypomniała mi się piątkowa noc, kiedy wydano i pochwycono Zbawiciela w ogrodzie Getsemani.
Tam zatem prowadziła moja droga.
I przecież odnalazłam go nie gdzie indziej, tylko w Getsemani!
Doszedłszy nieco do siebie po niedawnych przeżyciach, nakazałam sobie spokój. Przerwałam mu opowieść o lwie i treserze i zapytałam wprost:
– Czy jesteś Jezusem Chrystusem?
Czy to nie dziwne, że takiego pytania nie sposób zadać, zachowując formę «pan»? A przecież do tej chwili zwracałam się do Emmanuela zgodnie z nakazami grzeczności.
Zapytałam i aż się wzdrygnęłam. Zaraz twarz mego rozmówcy wykrzywi grymas szaleństwa, a ja usłyszę gorączkowe majaczenie chorego, w którego mózgu określone słowo – w tym przypadku imię Zbawiciela – wywołuje atak manii prześladowczej.
Oto co mi powiedział (powtarzam, przekazuję jedynie treść, nie jestem bowiem w stanie odtworzyć całej osobliwości jego sposobu wyrażania się).
– Rodzice nazwali mnie Emmanuelem, co oznacza «z nami Bóg». Imieniem Jehoszua wołali mnie moi szełuchin, a po rosyjsku wykłada się to «pomoc Jehowy»; słowo «Chrystus» zaś usłyszałem po raz pierwszy dopiero tutaj, u was, i długo nie domyślałem się, kim jest ten ukrzyżowany Bóg, do którego wszyscy się modlą. Ale kiedy wyuczyłem się rosyjskiego i przeczytałem Nowy Testament, jakby piorun we mnie uderzył. Wiele w tej księdze jest poplątane i opowiedziane nieprawdziwie, pełno tam rozmaitych bajan, ale im dłużej czytałem, tym większej nabierałem pewności: to o mnie, Ukrzyżowany – to ja! Ukrzyżowany – to ja!
Kiedy usłyszałam, jak powtarza gniewnie: «Ukrzyżowany to ja, Ukrzyżowany to ja!», byłam przekonana, że mam przed sobą chorego na umyśle. Jednakże ów człowiek, niechby nawet upośledzony psychicznie, i tak był mi sympatyczny i interesujący.
Pragnąc przywrócić jego myślom równowagę, powiedziałam ostrożnie:
– Jakże możesz być Jezusem? Czyżby to ciebie ukrzyżowano?
Na to pytanie wzburzył się jeszcze bardziej.
– Nie mnie, nie mnie! Nie od razu zrozumiałem, ale potem mnie olśniło! Wszystko to jest straszliwą pomyłką, która trwa dwa tysiące lat!
– Kogo zatem ukrzyżowano? – zapytałam jeszcze łagodniej.
– Nie wiem. Może Didymosa, a może Tadeusza Judę. Odkąd zrozumiałem, co tam się wydarzyło, wciąż próbuję odgadnąć, kogo zabito. Didymos to wykapany ja, dlatego tak go nazwano, po grecku słowo to znaczy «bliźniak». Tadeusz Juda też do mnie podobny, przecież to mój brat. (Ściślej, Emmanuel użył komicznego w podobnych okolicznościach słowa «kuzyn», a ja przypomniałam sobie, że apostoł Tadeusz Juda istotnie był dla Jezusa bratem ciotecznym). Didymos był taki zuchwały! I uparty... Ale nie, to nie był on. Śmiałem się bardzo, kiedy przeczytałem w Ewangelii, jak wkładał palce w rany po gwoździach. Tomasz-Didymos tak właśnie by postąpił, a zatem ukrzyżowano nie jego. Z pewnością był to Juda, krewniak mojej matki. A może jednak Natanael? Też miał niebieskie oczy. W Jerozolimie mało kto znał moją twarz, tak więc każdy z szełuchin mógł się za mnie podać... Nie, nie odgadnę, którego z nich stracono. Wiem za to z całą pewnością, kto to wszystko wymyślił – drugi Juda, ten z Kariotu. To Judejczyk, a oni byli bystrzejsi od nas, Galilejczyków. Juda, syn Szymona, namówił Kefasa, ów zaś przekonał pozostałych. Tamci zawsze go słuchali! Wszak to oni przyprowadzili mnie tutaj i zaparli – Kefas i Judasz.
Wskazał ręką na pieczarę.
Jego dalszą opowieść przekażę w skrócie, opuszczając moje pytania, jego okrzyki, a także moje sądy na temat wiarygodności opisywanych wydarzeń. Będzie lepiej, jeśli sami wyrobicie sobie zdanie co do prawdopodobieństwa owej historii.
A zatem, jeśli wierzyć opowiadającemu (to jest wędrownemu kaznodziei Emmanuelowi-Jehoszui, który żył w Palestynie dziewiętnaście wieków temu), przyszedł on do Jerozolimy w przeddzień święta Paschy. Towarzyszyło mu dwunastu uczniów, którzy przyłączyli się do niego w czasie jego wędrówek. Większość z nich była rybakami znad Morza Galilejskiego, pozostałych zaś można zaliczyć do kategorii «mizerablów» – najwyraźniej Emmanuel zawsze miał słabość do «czarnych ludzi».
W Jerozolimie, gdzie nikt o nim wcześniej nie słyszał, zaczął wedle swego zwyczaju rozmawiać z rozmaitymi ludźmi – jedni go wyzywali, inni słuchali z uwagą. Koniec końców ktoś doniósł do władz miejskich na bluźniercę, który podważa zasady wiary, i kaznodzieja musiał się ukrywać. W nocy z czwartku na piątek on i jego uczniowie zebrali się za miastem w ogrodzie Getsemani i naradzali się, co robić dalej. Uciekać z miasta? Ale wszystkie bez wyjątku drogi są obstawione, a konni strażnicy z łatwością dopędzą uciekinierów.