Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Uff!
Tymczasem zaś oprzytomniał Arab. Unosi się na łokciu, siąka rozkwaszonym nosem i zasłania go dłonią.
Jakow Michajłowicz, zadowolony z dobrej roboty, pochylił się nad nim i spokojnie powiedział:
– Pójdę teraz i zabiję tę dwójkę. A co z tobą – chciałbyś żyć? Salach skinął, błyskając wytrzeszczonymi oczyma.
– Żyj sobie, nie mam nic przeciwko temu – zgodził się Jaków Michajłowicz. – Wynoś się stąd, pókiś cały. I żeby ani słowa. Zrozumiałeś?
Ów szybko stanął na czworakach.
– No już – poklepał go po ramieniu wielkoduszny człowiek.
– To moja narzeczona! – powiedział nagle Arab.
Jakowowi Michajłowiczowi wydało się, że nie dosłyszał.
Arab tymczasem, z cichym stęknięciem, chwycił swego dobroczyńcę za kolana i próbował przewrócić go na ziemię. Było to tak zaskakujące, że Jakow Michajłowicz rzeczywiście omal nie stracił równowagi.
No cóż, pomylił się co do człowieka. Przypisał mu niewłaściwą psychologię. Jak już jesteś takim bohaterem, to lepiej, żebyś zawrzasnął na całe gardło – wtedy istotnie byłaby komplikacja, bo łapanie za kolana to nie dla nas.
Jakow Michajłowicz palnął niewdzięcznika w skroń, a kiedy ów zarył nosem w ziemię, poprawił nogą poniżej karku, aż zachrzęściło.
Postanowił sobie na przyszłość: żadnego zmiłowania i żadnych psychologii. Znalazł ci się doktor Haas.
Za furtką była jakaś pustać z kilkoma powykrzywianymi drzewami. I komu to przyszło do głowy, żeby tę jałową działkę grodzić tak solidnym płotem?
Jakow Michajłowicz natychmiast spostrzegł, że nie ma tu nikogo, głowy jednak nie stracił. Przebiegł po obwodzie, szukając innego wyjścia. Drugiej furtki albo przejścia nie znalazł, odkrył za to ruchomą deskę. Tędy kochaniutcy przeszli, nigdzie indziej.
Przebiegł klasztorny podwórzec i znalazł się na prowadzącej w górę ścieżynie. Tam przypadł uchem do ziemi.
Odgłos kroków słychać było z prawej strony. Ruszył za nim.
No, to mamy tych bezcennych. Dłuższy cień to Manujła, obok zaś jeszcze jeden, kobiecy, który suknią zamiata ziemię.
Tu jestem, moje drogie obiekty, wasz Ksenofontow.
Ręka sięgnęła do kieszeni po rewolwer. Nie ma co kombinować, miejsce jest idealne – wokół ani żywej duszy, ani ogienka. Nie ma co się patyczkować. Kto tu podejmie jakieś śledztwo?
Dopędzić i bach mu w tył głowy, i bach jej. A potem jeszcze po razie, żeby mieć pewność. Mimo wszystko jednak Jakow Michajłowicz nie spieszył się. Po pierwsze, przeciągał chwilę, która, jak powiedział wielki pisarz, była piękna. A po drugie, zaciekawiło go, gdzie też oni się wspinają. Czego szukają na szczycie Góry Oliwnej? Prorok i mniszka skręcili w jakieś podwórze.
Jakow Michajłowicz zobaczył zza płotu, że Manujła rozgrzebuje kupę śmieci, i bardzo go to poruszyło: a nuż to jakiś skarb? Aż spocił się na tę myśl.
Potem obydwoje – i to Dziwadło, i Ruda – zniknęli w jakiejś jamie.
Bardzo uprzejmie z ich strony, pochwalił Jakow Michajłowicz. Potem wystarczy tylko znowu przysypać dół śmieciami i po wszystkim.
Wlazł w dziurę, ruszył za pełgającym wewnątrz światłem.
Broń trzymał w gotowości.
Manujła zauważył Jakowa Michajłowicza, który wypłynął z mroku, i patrzył na niego ponad głową Rudej. A mniszka nic – jak stała tyłem, tak stała.
Powiodła nerwowo palcami poniżej ucha i drżącym głosem zapytała:
– Czy był pan... tam?
Część trzecia TAM
XVI
EWANGELIA WEDŁUG PELAGII
List z tamtego świata
Najpierw nadeszła wiadomość telegraficzna, później list. Depesza służbowa, przysłana do kancelarii zawołżskiego gubernatora, z telegraficznie lakonicznym żalem powiadamiała, iż rzeczywisty radca stanu Berdyczowski zmarł nagle w Sankt Petersburgu na udar serca.
W pierwszej chwili zrodziła się słaba nadzieja, że to nieporozumienie, Matwiej Bencjonowicz bowiem był radcą stanu, owszem, ale nie „rzeczywistym", jednak w ślad za pierwszym telegramem nadszedł zaraz drugi: o tym, że ciało zostanie przewiezione na koszt państwa takim to a takim pociągiem, który przybędzie na położoną najbliżej Zawołżska stację kolejową wtedy to a wtedy.
No cóż, wszyscy byli poruszeni, wielu też popłakało sobie – zmarły miał w Zawołżsku sporo przyjaciół, nie mówiąc już o licznej rodzinie. Do Marii Gawriłowny, która nie płakała, ale bez ustanku powtarzała: „Ależ nie, nie, nie!", i potrząsała głową, skierowano najlepszego lekarza. Sierotki zabrała do siebie tymczasem gubernatorowa, miasto zaś zaczęło przygotowywać się do uroczystego powitania ciała i nie mniej uroczystego pochówku.
Władyka Mitrofaniusz zupełnie jakby zapadł się w siebie z żalu. Podobnie jak wdowie, Bóg poskąpił mu zdolności do płaczu, który przynosi ulgę. Archijerej przemierzał swój gabinet, z pobielałymi, kurczowo splecionymi za plecami dłońmi, a wyraz twarzy miał taki, że czeladź, która zaglądała przez szparkę, natychmiast się wycofywała. Połowę nocy miotał się porażony bólem, a przed świtem usiadł przy stole, złożył głowę na skrzyżowanych rękach i w końcu rozszlochał się. Pora była stosowna – ciemno, głucho i nikt nie mógł być świadkiem jego słabości.
Rankiem przewielebny poczuł się źle. Chwytał się za serce i brakowało mu oddechu. Bano się, że spotka go to samo, co ukochanego chrześniaka – porażenie mięśnia sercowego. Sekretarz, ojciec Starowny, pobiegł naradzić się z wikariuszem – czy aby nie należy udzielić ostatniego namaszczenia. Wieczorem jednak dostarczono z parowca list; po jego lekturze Mitrofaniusz przestał się dusić, usiadł, spuścił nogi z łoża.
Przeczytał jeszcze raz. I jeszcze.
Na kopercie koślawym pismem, z błędami, było nagryzmolone: „Miasto Zawołżsk tejże zawołżskiej guberni archiejeru Mitrofaniuszu i żeby szybko i żeby sam pszeczytal a więcej nikt". Dlatego właśnie przyniesiono to choremu, że „szybko" i że „więcej nikt".
Wewnątrz zmięta karteczka. Na niej ręką Berdyczowskiego: „48-36, wyślij tę zapiskę pocztą «ekstrapilnie» na adres: gubernia zawołżska, miasto Zawołżsk, przew. archijerejowi Mitrofaniuszowi do rąk własnych". Co mogło oznaczać owo zagadkowe polecenie, dlaczego zostało zapisane wielkimi literami i co to takiego „48-36", Mitrofaniusz nie mógł się domyślić; pewne wszakże było jedno: posłanie jest niezwykle ważne i zawiera wyjaśnienie petersburskiej tragedii.
Władyka tak pilnie studiował niewiele mówiącą zapiskę, iż nie od razu odwrócił ją na drugą stronę. A tam było to, co najistotniejsze – gorączkowo skreślone już nie wielkimi literami, tylko pospiesznym, rozdygotanym pismem.
„Litery podskakują – piszę w dorożce. Deszczyk – to dobrze, zakryłem budę i niczego nie widać. Pelagia zagrożona. Proszę ją ratować. Kim jest winowajca, wiem, ale wy nie powinniście tego wiedzieć – nie trzeba. Proszę po nią jechać i wywieźć jak najdalej, na kraj świata. Ja sam niczego już nie mogę. Śledzą mnie i, rzecz jasna, będą śledzili. Niech tam. Wymyśliłem doskonałą kombinację. «Etiuda Berdyczowskiego» – z ofiarą figury, by uratować i tak już przegraną partię. O rodzinę się nie kłopoczę. Wiem, że się nią zajmiecie. Żegnam. Wasz syn, Matwiej".