Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 130
Перейти на страницу:

Mourtzouphlos wykrzywił swe arystokratyczne usta w drwiącym uśmieszku, skierowanym do siwobrodego admirała, który wybił się na swą pozycję tylko dzięki odwadze, sile i — co było rzadkością wśród Videssańczyków — szczerej, niezłomnej uczciwości. Kawalerzysta powiedział:

— Nic dziwnego, że Leimmokheir broni cudzoziemca. Sporo mu zawdzięcza.

— Zgadza się, i jestem z tego dumny, na Phosa — odparł wilk morski.

Imperator jednak nachmurzył się, przypominając sobie jak Leimmokheir przysiągł lojalność Ortaiasowi, gdy nie wiedział jeszcze, że Thorisin przeżył Maragha, i jak z upartą lojalnością nie chciał złamać przysięgi. Przypomniał sobie także próbę zamachu na jego życie, o którą obwiniał admirała i długie miesiące spędzone przez Leimmokheira w więzieniu, dopóki Skaurus nie dowiódł jego niewinności i sprowokował rebelię Baanesa Onomagoulosa pokazując, że to on był inicjatorem spisku.

Thorisin potarł zmęczone oczy ręką, potem podrapał się w lewą skroń. Jego ciemnokasztanowe włosy były rzadsze niż wtedy, gdy Marek i legioniści pojawili się w Videssos, więcej było w nich też siwych pasemek. W końcu Imperator powiedział:

— Myślę, że ci wierzę, Rzymianinie. Nie dlatego, żebym zgadzał się z tym, co mówi Taron, choć jest w tym trochę prawdy, ale dlatego, że wiem, iż potrafiłbyś wymyślić lepsze kłamstwo niż ta twoja historyjka — więc najprawdopodobniej to prawda. Tak, najprawdopodobniej — powtórzył cicho. Potem, wyprostowując się nagle w swoim pozłacanym krześle zakończył: — Zostań w mieście przez jakiś czas, nie musisz się spieszyć do Garsavry. Ten twój zastępca z pewnością sam sobie poradzi, zwłaszcza kiedy zima wszystkich dobrze przyciśnie; tak samo nas jak i Yezda.

— Oczywiście, jak sobie życzysz, panie — powiedział Marek, salutując. Imperator miał rację. Właściwie, Gajusz Filipus był nawet lepszym taktykiem niż Skaurus. Ale rozkaz był na tyle dziwny, że trybun zapytał: — A co będę tu robił?

Pytanie najwyraźniej zaskoczyło Thorisina Gavrasa. Znowu podrapał się po głowie, myśląc nad odpowiedzią. Po kilku sekundach odparł:

— Po pierwsze, chcę dostać pełny raport na piśmie, przedstawiający szczegółowo wszystko, co mi tu dzisiaj powiedziałeś. Namdalajczycy to demony, kiedy przychodzi z nimi walczyć. Wszystko, czego dowiem się od ciebie, może okazać się przydatne. I… o właśnie — kontynuował, łapiąc od razu pomysł. — Możesz się trochę przejechać po tych cholernych gryzipiórkach, jak zeszłej zimy.

Marek ukłonił się, ale kiedy siadał na swoim miejscu, jego twarz była ponura. Choć Thorisin oświadczył, że mu ufa, nie spodziewał się, by powierzono mu w najbliższym czasie dowództwo. Imperator nie zaprzątał nim już swojej uwagi. Rozejrzał się po komnacie.

— Teraz następna dobra wiadomość — powiedział.

Rozwinął kwadratowy kawałek pergaminu, kunsztownie opieczętowany i pokryty wielkimi, pięknymi literami. Gavras trzymał list z dala od siebie, jakby ten czymś cuchnął.

— To pisemko od naszego drogiego przyjaciela Zemarkhosa — oznajmił sardonicznie i zaczął czytać je na głos.

Pominąwszy napuszone zwroty i figury retoryczne fanatycznego kapłana, proklamacja głosiła, iż Amorion i ziemie otaczające to miasto są prawowitym królestwem Phosa na ziemi, i rzucała jadowite klątwy na Thorisina i Balsamona, patriarchę Videssos.

— Przez co ten szaleniec chce powiedzieć, że nie lubimy masakrować Vaspurakanerów — warknął Imperator. Przedarł pergamin na pół i wyrzucił za siebie. — No i co zrobimy z tym gnojkiem?

Doradcy podsunęli kilka propozycji, ale wszystkie były albo nie przemyślane, albo samobójcze, albo i takie, i takie. Prawda wyglądała tak, że ponieważ szeroki pas ziemi opanowanej przez Yezda — których Zemarkhos nienawidził prawie tak samo jak odstępców od jego własnej wiary — oddzielał Amorion od wojsk Imperium, Thorisin mógł mu tylko wygrażać pięścią.

Spojrzał groźnie na doradców, którzy tak samo nie potrafili sobie poradzić z tym problemem, jak on.

— Żadnych błyskotliwych pomysłów na dzisiaj, co? — spytał w końcu. Odpowiedziała mu cisza. Pokręcił głową z niesmakiem. — Nie? No to idźcie sobie. Ta narada jest skończona.

Służący otworzyli wypolerowane do niemożliwości brązowe drzwi Komnaty Dziewiętnastu Tapczanów. Videssańscy oficerowie wysypali się na zewnątrz. Marek owinął się dobrze w swoją pelerynę wiedząc, że za drzwiami czeka zimny wiatr. Jedyna pociecha w tym — pomyślał — że gryzipiórki zawsze dobrze ogrzewali swoje biura.

Żołnierze Videssos zajmowali teraz dwa z czterech budynków, które służyły wcześniej Rzymianom za koszary. Halogajczycy, którzy niedawno opuścili swoją lodowatą północną krainę, zostali zakwaterowani w trzecim. Ostatni budynek stał pusty, ale Skaurus nie miał ochoty tłuc się po nim jak kamyk wewnątrz wielkiego bębna Yezd. Zamiast tego, ulokował się w pustym pokoju na drugim piętrze tego skrzydła kompleksu Wielkiego Sądu, które zajmowane było przez biurokratów. Urzędnicy pozdrowili go z ostrożną uprzejmością, przypominając sobie jak wtrącał się do spraw, które uważali za wyłącznie swoje.

Dość chaotycznie zabierał się do raportu, o który prosił go Imperator i już w chwili gdy go pisał, wydawał mu się suchy i płaski. Nie potrafił zająć się tym na poważnie. Próbując zapomnieć o szoku, jakim było odejście Helvis, odciął się niemal zupełnie od świata. Poruszał się w szarej mgle, która nie miała jednak nic wspólnego ze złą pogodą.

Próbował nie zwracać uwagi na stukanie do drzwi, które jak zwykle zamknął na zasuwkę, ale stawało się ono coraz bardziej natrętne. Z cichym westchnieniem podniósł się ze stojącego przy oknie krzesła i otworzył.

Na zewnątrz czekał mały, pulchny człowieczek o gładkich policzkach, którego wiek był chyba niemożliwy do określenia, ubrany w szafranowe jedwabne szaty o bogatych haftach — jeden z eunuchów, którzy służyli videssańskim Imperatorom jako kanclerze. Mężczyzna trzymał ręce na biodrach.

— Nie spieszyło ci się specjalnie — prychnął, kłaniając się Markowi tylko tak, jak nakazywała elementarna uprzejmość. — Mam ci przekazać, iż Jego Wysokość Imperator chciałby cię widzieć w swojej prywatnej komnacie dziś wieczór, kiedy zacznie się druga godzina nocy. — Videssańczycy, tak jak i Rzymianie, dzielili dobę na dwunastogodzinny dzień i takąż noc, rozpoczynające się, odpowiednio, o świcie i o zmierzchu.

Marek drgnął. Thorisin nie interesował się nim od czasu, gdy zdawał mu swój raport. Spytał kanclerza:

— Czy oczekuje mojego sprawozdania z kampanii na zachodzie? Obawiam się, że nie jest jeszcze gotowe. — Tylko on wiedział, co naprawdę znaczy owo „niegotowe”.

Eunuch wzruszył ramionami, wprawiając w drżenie swoje tłuste podbródki.

— Nic o tym nie wiem. Wiem tylko, że o wyznaczonej godzinie przyjdzie tu służący, który zaprowadzi cię na miejsce. I mam nadzieję — dodał, wbijając na koniec swoją szpilkę — że przywitasz go chętniej i szybciej niż mnie.

Odwrócił się do trybuna plecami i oddalił chwiejnym krokiem grubasa.

Służący okazał się kolejnym eunuchem, ubranym nieco mniej wytwornie niż jego poprzednik. Zaczął się trząść, gdy tylko wyszli z dobrze ogrzanego skrzydła Wielkiego Sądu, prosto w objęcia lodowatego wiatru. Skaurus szczerze mu współczuł. On sam nosił spodnie, jak większość Videssa-ńczyków, kiedy nie musieli akurat spełniać jakichś uroczystych funkcji. Nie tęsknił specjalnie za rzymską togą — videssańska zima nie pozwalała mu na to.

Wiśnie, otaczające prywatne kwatery rodziny Imperatora, wtykały w szare niebo nagie gałęzie. O tej porze roku nie rozsiewały wokół siebie słodkiego zapachu kwiecia. Oddział Halogajczyków stał na straży obok wejścia, trzymając w gotowości wielkie, oburęczne topory. Ubrani w pozłacane zbroje, okryte futrami z wydry, białego niedźwiedzia, lisa i śnieżnego leoparda i stali w kompletnym bezruchu. Wielcy mężczyźni o blond włosach wyglądali na całkiem zadowolonych, jakby zimno zupełnie im nie przeszkadzało. I czemu nie — pomyślał trybun — przyzwyczajeni byli do o wiele gorszej pogody. Patrzyli na niego z ciekawością, bo wyglądał raczej na ich rodaka niż na Vi-dessańczyka. Rozmawiali o nim w swoim gardłowym języku, kiedy kanclerz poprowadził go dalej. Dotarło do niego słowo „Namdalen” wymówione tonem pytania.

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)