Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Tak więc, tuzin różnych grup nomadów jechał na północ, przeciwko banitom. Wielkość tych grup liczyła się od kilkunastu — jak ubrani w czapki z futra białego lisa członkowie klanu Oitoshy-ra — do kilkuset jeźdźców — jak ludzie Ankhara z Cętkowanych Kotów, którzy ustępowali w tym względzie tylko oddziałowi Targitausa. Wahający się do niedawna Anakhar, postanowił jednak dołączyć do Targitausa, kiedy dowiedział się, że jego znienawidzony sąsiad na stepie, Krobyz, stoi po stronie Varatesha.
— Skoro ta kozia dupa jest za nim, to rzeczywiście trzeba się go pozbyć — oznajmił i natychmiast rozpoczął przygotowania do wojny.
Oprócz tego, że chcieli odnaleźć Varatesha i walczyć z nim, nie mieli żadnego planu działania. Gdy Viridoviks zaproponował, by coś takiego opracować, Targitaus i wodzowie pozostałych klanów popatrzyli na niego jakby właśnie spadł z księżyca. Celt roześmiał się, kiedy sobie o tym przypomniał. Jakbym słyszał Rzymianina gadającego takie pierdoły — powiedział do siebie. Mimo to, trochę się tym martwił.
— Jedyna korzyść — powiedział Batbaian — że deszcze uspokoiły wreszcie kurz.
— Ano tak, wcale za nim nie tęsknię — zgodził się Viridoviks.
Jazda w czystym powietrzu, bez duszenia się i krztuszenia piachem, który wzbijali jego towarzysze, była przyjemnością, jakiej nie zaznał, odkąd pojawił się w tym świecie.
Chmury zakrywały słońce, co kilka minut rzucając na step pędzące z niesamowitą prędkością cienie. Dzień był chłodny, powietrze rześkie i przejrzyste. Gdy step był suchy, Viridoviks myślał czasem, że nie ma na nim nic oprócz kurzu.
Po chwili odezwał się:
— Ale bez tego cholernego kurzu, jak nasi zwiadowcy znajdą tych śmierdzieli?
Batbaian zamrugał, bo nie pomyślał o tym wcześniej. Viridoviks zaczynał już tracić cierpliwość — czy wszystko musiało mieć też jakieś wady?
Targitaus wykrzywił usta, bo trudno było to nazwać uśmiechem.
— Po pierwsze Varatesh ma ten sam problem z nami. A po drugie zwiadowcy, którzy nie zwracają uwagi na to, co dzieje się przed nimi, szybko schodzą z tego świata, więc na pewno nie dadzą się zaskoczyć.
— No dobra, masz rację — przyznał Gal.
Armia nomadów wydawała się większa niż była naprawdę, a to dzięki luźnym koniom prowadzonym przez każdego nomadę. Grzmot walących o mokrą ziemię kopyt przypominał Viridovik-sovi nieustający huk fal morskich.
— Ale nie muszę tak szybko pozbywać się śniadania — powiedział z zadowoleniem. Przypomniał sobie żart Arigha o końskiej chorobie i po raz kolejny ucieszył się, że jego słowa się nie sprawdziły. Choć nie mógł poradzić sobie z na wpół surową wołowiną, z której Khamorthci przygotowywali swoje żelazne porcje, wystarczały mu placki z pszennej mąki i biały ser, popijane zwykle kavassem. Miał jednak ochotę na coś słodkiego — wino albo owoce, może jakieś jagody? Kiedy Rambehisht podał mu plaster miodu i wspaniały smak dzikiej koniczyny wypełnił jego usta, poczuł się jak w siódmym niebie.
— Miła ślicznotka, trochę wojaczki i nawet kawał miodu, kiedy tego potrzebujesz — powiedział, ni to do siebie, ni to do swoich towarzyszy. — Czego chcieć więcej?
Kiedy Khamorthci rozbili już obóz, bez przerwy chodzili od ogniska do ogniska, opowiadając sobie przeróżne historie, wymieniając wiadomości i zwykłe plotki, a także oczywiście uprawiając hazard. Viridoviks nigdy dotąd nie widział równie dziwnej zbieraniny pieniędzy — niektóre z monet były tak zniszczone, że trudno były powiedzieć czy wybito je w Videssos, czy w Yezd. Oprócz tego były tam także kwadratowe sztuki srebra, na których wybito smoki albo topory. Gal nie spotkał się z nimi wcześniej.
— Halug — wyjaśnił nomada.
Viridoviksowi udało się wygrać kilka sztuk złota i jedną ze srebrnych monet Haloga, którą schował na szczęście.
Kolejny dzień niczym nie różnił się od poprzedniego. Step zdawał się ciągnąć w nieskończoność i chwilami trudno było Galowi uwierzyć, że żyje na nim ktoś oprócz nomadów, z którymi jechał. Ale kiedy zapłonęły wieczorne ogniska, odpowiedział im blady poblask na linii północnego horyzontu. Wszyscy sprawdzali uprząż i broń. Tu jakiś nomada naciągał popręgi, tam ktoś ostrzył jeszcze groty strzał, dwóch innych jeźdźców ćwiczyło szermierkę. Przygotowania do zbliżającej się bitwy rozgrzewały już wszystkim krew.
Viridoviks zbudził się przed świtem, drżąc z zimna. W Galii drzewa mieniłyby się kolorami jesieni — tu zmienił się tylko odcień trawy; z zielonego na żółtoszary.
— Nie ma co — mamrotał Gal przeżuwając kolejny kęs sera — nie są to wesołe kolorki. Khamorthci docinali grupie starszych mężczyzn, którzy zostali w obozie, by pilnować koni. Ci odpłacali im się najlepiej jak umieli.
— Jak już ich rozwalicie, to przygnajcie paru tutaj. Pokażemy wam jak się wojuje! Nomadzi dosiadali koni, klan za klanem. Gdy ruszyli na północ, rozsypali się tworząc nierówną linię bitewną. Grupa Targitausa zajmowała prawe skrzydło. Przyglądając się pustym wyrwom pomiędzy klanami i chaotycznej linii walki, Viridoviks pocieszał się tylko myślą, że armia bandytów Varatesha wygląda tak samo.
Banici pojawili się najpierw tylko jako ruchome kropki na tle stalowoszarego nieba. Przez szereg Khamorthów przebiegł gruchy pomruk — wojownicy zakładali strzały i sprawdzali, czy szable gładko wysuwają się z pochwy. Ludzie Varatesha zbliżali się w tempie, które zadziwiało Viridovik-sa, wciąż przywykłego do walki w piechocie. Wymachując mieczem, wydał z siebie dziki okrzyk wojenny Celtów, który przestraszył jego towarzyszy — czy dotarł do uszu wroga, trudno było powiedzieć.
Pierwsi jeźdźcy wymienili strzały z przeciwną stroną, choć większość z nich upadła na coraz to węższy pas ziemi niczyjej, pomiędzy obiema armiami. Wkrótce doszło także do pierwszego pojedynku na szable. Kiedy martwy banita zsunął się z siodła, jego wrogowie wydali okrzyk radości.
Viridoviks przełknął głośno ślinę, gdy pośrodku linii przeciwnika dostrzegł ubraną w białe szaty postać, dosiadającą czarnego wierzchowca, niemal o połowę większego od otaczających go stepowych koników.
— Ha, chyba się nie spodziewałeś, że go tu zabraknie — mruknął do siebie. — A lepiej by tak było.
Gal przypuszczał, że jego strona przewyższa liczebnie bandytów, ale kto mógł powiedzieć, ilu ludzi wart był Avshar?
Potem nie miał już czasu na rozmyślania — deszcz strzał, który spadł na obie strony, nie pozwalał na to. Celt, który nie miał nic do powiedzenia w tego rodzaju wymianie, chował się dobrze za swoją niewielką tarczą, wystawiając tylko czubek głowy i oczy. Śmiertelny rytm tej walki zaczynał go fascynować — prawa ręka przez lewe ramię, by wyciągnąć strzałę z kołczanu, nałożyć, naciągnąć, szybka ocena odległości i kierunku, strzał, i znowu ręka przez ramię. Nomadzi metodycznie opróżniali swoje kołczany. Od czasu do czasu ktoś wyłamywał się z tego porządku — przekleństwo, jęk lub krzyk bólu, czy też dzika szarpanina, by uwolnić nogi ze strzemion walącego się na ziemię konia.
Varatesh ze zdumieniem obserwował, jak Avshar radzi sobie ze swoim wielkim, czarnym łukiem. Był on zbudowany według tego samego wzoru, co każdy stepowy łuk, ale nawet najsilniejszy nomada nie byłby go w stanie wygiąć. Mimo to czarnoksiężnik posługiwał się nim z taką łatwością, jakby była to dziecinna zabawka, trafiając do celu z niewyobrażalnych odległości. Robił to z mrożącą krew w żyłach konsekwencją i obojętnością. Nie krzyczał triumfalnie, kiedy kolejna strzała o paskudnym, wygiętym ostrzu dosięgała ofiary, nie kiwnął nawet głową z zadowoleniem, ale wybierał już kolejnego nieszczęśnika.