Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— Jest jednak pewna różnica. Kiedy nie mogę, to naprawdę nie mogę.
— Są też pewne sposoby — odpowiedziała i zastosowała jeden z nich.
Zajęło to chwilę, ale ze zdumieniem odkrył, że miała rację. Zdumienie zamieniło się w rozkosz.
Wtulony w jej ciało pogrążył się w głębokim śnie.
Helvis odczekała chwilę, która zdawała się przeciągać w nieskończoność, wsłuchując się w powolny, miarowy oddech Skaurusa i bębnienie kropel deszczu o namiot. Nie poruszył się nawet, kiedy odsunęła się na bok i wstała. Zacisnęła usta, rozdrażniona, kiedy jego nasienie spływało jej po udach. Cieszyła się, że nie mógł widzieć jej twarzy, gdy się kochali.
Szybko włożyła sukienkę i owinęła się dobrze płaszczem. Odnalazła bukłak i wsunęła go do kieszeni. Przesuwając palcami po ziemi natknęła się w końcu na jego pasek.
Lśniący sztylet o szerokim ostrzu wysunął się z pochwy zgrzytając cicho. Był cięższy niż się spodziewała. Spojrzała na leżącego u jej stóp trybuna, który był teraz tylko czarnym cieniem w ciemności. Zacisnęła dłoń na rękojeści… Zagryzła wargę, aż poczuła smak krwi i potrząsnęła gwałtownie głową. Nie mogła. Nóż dołączył do bukłaka.
Malrik zakwilił, gdy go podnosiła, ale nie obudził się. Dosti w ogóle nie zareagował, chrapiąc i wydmuchując z siebie przesycone zapachem wina powietrze. Trzymała ich obu pod rozsuniętym teraz płaszczem, tak by nie zbudziły ich krople deszczu. Podeszła do wyjścia, dziękując w myślach Phosowi, że Marek rozbił namiot nie opodal stajni. Nie zaniosłaby Malrika nigdzie dalej.
Żałowała teraz, że jest w ciąży. Jej ruchy były przez to ociężałe i niezręczne, i to co musiała zrobić, stawało się jeszcze bardziej niebezpieczne.
Zimny deszcz uderzył ją w twarz, kiedy odepchnęła ramieniem połę namiotu i weszła w noc. Nie obejrzała się do tyłu, na Marka, ale rozejrzała dokoła, by zorientować się w terenie. Przed stajnią stał jakiś strażnik. Zastanawiała się, kto nim jest.
Większość namiotów legionistów znajdowała się za jej plecami. W niektórych paliło się jeszcze światło. Słodkie dźwięki pandoury przebijały się od czasu do czasu przez szum deszczu — to Sen-pat Sviodo umilał sobie czas. Nieco bliżej usłyszała jak Tytus Pullo roześmiał się z jakiegoś żartu Worenusza. Odetchnęła z ulgą — gdyby to któryś z nich stał na warcie, sprawa byłaby szalenie trudna. Wszyscy Rzymianie, o czym wiedziała aż za dobrze, byli świetnymi żołnierzami, ale nikt nie mógł dorównać eks-rywalom.
Zastanawiała się, jak długo wartownik jest już na służbie. Czyjego wachta dopiero się zaczęła, czy też właśnie kończyła? Nie miała pojęcia, która jest godzina, kiedy księżyc i wszystkie gwiazdy zasłonięte były chmurami. A więc hazard — uśmiechnęła się smutno, gdy zdała sobie sprawę, że vi-dessańskie pogardliwe przezwisko, jak większość karykatur, miało jednak coś wspólnego z jej ludem.
A Marek w ogóle nie wierzył.
Ostrożnie badając stopą grunt, ruszyła do przodu, jakby szła do latryn wykopanych za stajnią.
Jeśli ktoś tam był, wciąż mogła się bezpiecznie wycofać — i pozostawić swojego brata z innymi Namdalajczykami sądowi Autokratora Videssańczyków. Nie mogła znieść tej myśli.
Nikt nie kucał obok cuchnących wąskich dołów. Wyszeptała modlitwę dziękczynną do Phosa, za jego opiekę. Poczuła się o wiele pewniej. Gdy tylko ściany stajni zasłoniły ją przed oczami rzymskiego strażnika, weszła pod jej szeroki, wysunięty daleko okap. Wtuliła głowę w ramiona, wycierając oczy z deszczu. Potem pochyliła się nisko i ułożyła śpiące dzieci w suchym miejscu obok szarej kamiennej ściany.
— Zaraz wracam, moje śliczności — szepnęła, choć nie mogły jej usłyszeć. Widok skulonego w kłębek Dostiego rozdzierał jej serce. Czuła się jednocześnie kurwą i oszustką, po tym jak obeszła się z ich ojcem. Ale krew, wiara i lud były więzami starszymi i silniejszymi niż dwa i pół roku czegoś, co bywało czasami miłością ze Skaurusem.
Wyprostowała się, odszukała nóż trybuna i ukryła go w szerokim, powiewającym na wietrze rękawie swojego płaszcza. Serce biło jej jak szalone, oddech stał się krótki i szybki, nie z wyczerpania symulowanymi uniesieniami, ale ze strachu. Zrozumiawszy to, umiała się już opanować. Skręciła za róg stajni i podeszła do wartownika.
Wiedziała, że nie ma najmniejszych szans na to, by się do niego niezauważenie podkraść. Nigdy nie widziała Rzymianina, który przysypiałby na warcie. Zachowywała się więc normalnie, chlupocząc i przeklinając głośno paskudną pogodę.
— Kto?? — warknął Rzymianin, napinając mięśnie, kiedy próbował dojrzeć intruza przez ciemność i deszcz. — Ach, to ty. — Rozluźnił się i zachichotał pod nosem. — Tak, okropnie, co? I pomyśleć, że byłem na tyle głupi i zgłosiłem się na ochotnika. Proszę, chodź tutaj pod dach, trochę tu spokojniej, chociaż przy tym przeklętym północnym wietrze to i tak niewielka różnica.
— Dziękuję, Blesus.
— Co mogę dla ciebie zrobić, miła pani? — spytał młodszy centurion, otwarty, przyjazny jej człowiek, bez cienia podejrzliwości. Wiedział, że Helvis jest Namdalajką, tak samo jak wiedział o tym, że Senpat Sviodo jest Vaspurakanerem czy Styppes Videssańczykiem. Mało to dla niego znaczyło — ufał jej nie mniej niż Skaurusowi.
— Mam dla ciebie trochę cukierków od Skaurusa, na osłodę — powiedziała, robiąc krok do przodu.
Jej ręce, zauważył Blesus, schowane były sprytnie przed zimnem i deszczem w szerokich rękawach płaszcza. Twarz Rzymianina pojaśniała z radości. Naprawdę, trybun był wspaniałym oficerem, pamiętając o swoim zmarzniętym wartowniku.
Nie zdążył nawet zobaczyć noża, który przebił mu gardło. Próbował krzyczeć, ale krew o smaku stali trysnęła z ust. Zrobiło mu się nagle smutno — powinien był być ostrożniejszy. Skaurus już kiedyś rozmawiał z nim o tym.
Ta ostatnia myśl była już niewyraźna i odległa, kiedy próbował złapać oddech poprzez ogień i krew w swoim gardle. Na próżno. Upadł twarzą w błoto.
Legionista wsunął głowę do namiotu Marka i krzyknął:
— Panie!
— Hmm?? Sssoo?? — Trybun przekręcił się na bok, mamrocząc jakieś przekleństwo, gdy dotknął mokrej ziemi.
Żołnierz — to był Lucjusz Worenusz, jak dostrzegł — szybko wypędził z niego sen.
— Blesus zamordowany, panie, a wyspiarze uciekli!
— Coo?! Kurwa! — Skaurus skoczył na równe nogi, po omacku szukając ubrania. Obudzony nagle taką wiadomością, dopiero po kilku sekundach zauważył, że ani Dosti, ani Małric nie rozry-czeli się jeszcze, i że nie było obok niego Helvis. W kiblu — pomyślał.
Ale jego pasek nie ważył tyle ile powinien, kiedy go podniósł. Palce odnalazły pustą pochwę.
— Zamordowany? — szczeknął zdenerwowany na Worenusza. — Jak? Głos legionisty był zawzięty i ponury.
— Nóż w gardło, panie. Jak prosię.
— Nie — wyszeptał Skaurus, ni to modląc się, ni jęcząc. Wszystkie wydarzenia nocy zaczęły się układać w straszliwą całość. Ubrany tylko w swoją spódniczkę, wyskoczył z namiotu, mijając Worenusza i biegiem ruszył w kierunku stajni. Żołnierz biegł za nim, o wiele cięższy w swej zbroi i caligae.
— Czy Helvis z dziećmi jest za stajnią? — rzucił Marek przez ramię.
— W latrynach? Chyba nie, panie. Dlaczego? — spytał Worenusz, zdziwiony i zdyszany.
— Bo w moim namiocie też ich nie ma — warknął trybun, wypijając kielich goryczy i zdrady. — I zniknął mój sztylet.
Szczęka Worenusza zamknęła się trzaskiem.
Wciąż jakby zdziwione, zwłoki Blesusa leżały oparte o ścianę stajni, obok otwartych drzwi. Worenusz powiedział: