Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Znieruchomiała i postawiła uszy. Nad sobą słyszała powolny łopot skrzydeł jakiegoś wielkiego stworzenia, wspinającego się ku prądowi cieplnemu, który mógłby je wynieść poza krawędź skarpy. Niżej, u podstawy stromizny, grzmot wody i seria pełnych niepokoju wrzasków, rozpływających się w komicznych kwikach i pochrząki waniach. Nazachód śpiewne pogwizdywaniejakiegoś stada pasącego się na równinie, z głowami tuż przy ziemi. W pobliżu ciche skrobania, świst wiatru w trawie. Ciche trzaski, które przyciągnęły jej spojrzenie: dojrzałe ziarna pękające pod wpływem jakiegoś krytycznego wzrostu temperatury lub wilgotności, który rozsadził ich komórki.
— Muzyka Boga — szepnęła, słysząc głośne bicie własnego serca.
— Nie — powiedział Izaak. — Posłuchaj. Tu są inni, którzy śpiewają.
Inni! Dopiero teraz usłyszała tony wieczornego śpiewu, słabe i odległe, przynoszone urywkami przez kapryśny wiatr. Inni, którzy śpiewają. Djanada — Jana’atowie!
Izaak wyciągnął chude ręce, by zrównoważyć zdradliwy ciężar głowy i ramion, który teraz nagle odczuł, i pochylił się nad krawędzią skarpy. Widząc go w takim uniesieniu, nie dbającego o poranioną skórę, Ha’anala podpełzła do skraju urwiska, wsłuchując się w znajomą melodię, wyśpiewywaną niezbyt pewnie przez dwa głosy. Ich harmonia była obca, ale piękna. Mieszane zbiorowisko, pomyślała, spoglądając na nich z góry. Jana’atowie i Runowie, ale w zadziwiająco różnym wieku i różnej płci. Dzieci Jana’atów niesione na plecach nie przez własnych ojców, ale przez samice Runów, które zbiły się w ciasną grupę, tuląc uszy, by nie słyszeć śpiewu. Kilka zawoalowanych postaci w szatach. Potem wyłowiła z tłumu śpiewaków: mężczyznę w metalowym stroju i trochę od niej młodszego chłopca.
Żal nadszedł jak oberwanie chmury: chciała tu być tylko z Izaakiem, jak dwa samotne kamienie, bok przy boku. Chciała zadawać mu jedno pytanie na dzień i mieć cały obrót świata na rozważenie jego odpowiedzi. Chciała wiedzieć, co słyszał, kiedy wędrował. Czy w jego nogach też było coś w rodzaju poezji? Czy wiatr ryczał bez słów w jego małych uszach?
Jeszcze nie, pomyślała, zaniepokojona. Nie chcę żadnych innych!
Ta sama myśl przeszła właśnie przez głowę Shetriemu Laaksowi, który poczuł zapach samicy i spojrzał w górę dostatecznie szybko, by uchwycić wzrokiem głowę jeszcze jednej uciekinierki patrzącej na niego ze szczytu uskoku dzielącego step.
Już dosyć, pomyślał, zwracając się do jakiegokolwiek bóstwa, które mogło go usłyszeć. Nie chcę żadnych innych!
Jakby w odpowiedzi na jego modlitwę, głowa dziewczyny znikła. Mimo to Shetri Laaks był tak wyprowadzony z równowagi jej nagłym pojawieniem się, że zająknął się w ostatnim wersie wieczornej pieśni, co wywołało jeszcze jeden bezczelny chichot jego siostrzeńca Athaansiego. Zapragnął mu wykrzyczeć prosto w twarz: Ja tego wszystkiego nie chciałem, ty nadęty młokosie!
Zabierz sobie tę przeklętą zbroję i moją upartą siostrę, i te żałosne pienia, idź sam i niech Sti zatańczy na twoich kościach!
Do dzisiejszego wieczoru Shetri Laaks odśpiewał wieczorną pieśń już dziesięć razy. Nawiasem mówiąc, nie była to dokładna liczba dni, przez które prowadził na północ swoją gromadkę kobiet i dzieci.
Bez względu na to, co sobie myślał jego żałosny młody siostrzeniec, Shetri Laaks nigdy nie miał wyższych aspiracji. Chciał po prostu wieść spokojne życie aptekarza specjalizującego się w kanonie Sti. Dopóki któryś z czeladników nie poinformował go, że u wrót pojawiła się jego siostra Ta’ana Laaks u Erat, druga w kolejności narodzin, nie obchodziła go rewolta na południu, a już z pewnością nie spodziewał się, że zamieszki wpłyną najego los. Adepci tacy jak Shetri wiedli proste życie, zaopatrywani regularnie przez swoje rodziny, uzupełniając czasami swoje zapasy ofiarami od tych, którzy mieli nadzieję, że ich dolegliwości zostaną uznane za niedziedziczne albo że ich obrażenia okażą się na tyle niewielkie, iż można je będzie wyleczyć bez łamania prawa. Od czasu do czasu pojawiała się jakaś wdowa, by kupić prawo przygotowania się do pogodnej śmierci poprzez uczestniczenie w wodnym obrządku. Poza tymi rzadkimi przypadkami adeptów pozostawiano w spokoju, co bardzo odpowiadało Shetriemu.
— Nasz brat Nra’il poległ na wojnie — poinformowała go Ta’ana bez żadnego wstępu, kiedy odwiedził ją w chacie dla gości dziesięć dni temu. — Wszystkich jego domowników wymordowano. Mój mąż też nie żyje.
Shetri wpatrywał się w nią tępo przez jakiś czas, z nadzieją, że siostra i jej świta okażą się niezwykle realistyczną halucynacją. Pomyślał: Po co mi to mówisz? Idź sobie.
— Nie mogę podróżować sama — oświadczyła Ta’ana, choć przywędrowała aż tu i dotąd nie towarzyszył jej żaden dorosły krewny. — Północ jest bezpieczna. Musisz mnie tam zaprowadzić, to twój obowiązek.
— To niemożliwe — mruknął, z trudem wydobywając głos.
Pokazał jej pazury poplamione pigmentem po obrządku, z powodu którego Ta’ana wyrzuciła go z domu. Całkiem niedawno opanował już cały kanon, a jego organizm jeszcze nie uodpornił się na substancje wdychane podczas obrządku wodnego.
— Narkotyki będą działały przez wiele dni — powiedział jej, mrugając powiekami.
Zalatywało od niej dymem i miała na sobie brudny woal, opadający aż do stóp, przeszywany srebrną nicią i ozdobiony na dole kraciastym wzorem, który w oczach Shetriego zdawał się falować.
— Mam zakłócenia wizji — oznajmił.
— To twój obowiązek — powtórzyła.
— A co z obowiązkiem brata twojego męża?
— Nie żyje — odpowiedziała, nie obarczając go zbędnymi szczegółami, a siebie koniecznością opowiadania o nich: jej spokój był bardzo kruchy. — Jesteś teraz regentem mojego syna. Poza tobą nie ma nikogo. Zbroja należy do ciebie, do czasu, gdy Athaansi zostanie przeszkolony.
— Jestem już duży — prychnął Athaansi z zajadłością piętnastolatka. — To obraza. Pokonam cię, wuju!
Ta’ ana okręciła się w miejscu i szturchnęła chłopca, wprawiając tym w oszołomienie wszystkich troje: siebie, syna i wuja. Athaansi zadygotał, westchnął głośno i zaczął szlochać.
— Panuj nad sobą — rozkazała Ta’ana, odzyskując mowę. — Jeśli się uspokoisz, inni dadzą ci spokój. Idź i posiedź ze swoją siostrą.
Potem jeszcze bardziej zgorszyła adeptów, którzy przyglądali się temu wszystkiemu z wymaganej przez uprzejmość odległości, podnosząc woal obiema rękami, by spojrzeć swemu bratu prosto w oczy.
— Skup się! — warknęła. — Czy sądzisz, że opuściłabym moje mury, gdyby pozostał przy życiu ktoś, kto broniłby mojej czci? Jesteś regentem, Shetri — powiedziała tonem, który musiał uznać za stanowczy. — Zbroja jest na wozie.
Musiał więc zdjąć swoją prostą szarą suknię i przypomnieć sobie umiejętności, których się uczył podczas szkolenia wojskowego jako młody resztar niskiej rangi. Może to było działanie narkotyku, a może prawdziwe zapomnienie, ale nie miał pojęcia, jak nałożyć zbroję. Athaansi, upokorzony, z zaczerwienionymi oczami, znalazł pociechę w pogardzie, z jaką pokazał wujowi, gdzie jest góra nagolenników, co wywołało nieme rozbawienie na twarzy ruńskiego służącego, który zapinał sprzączki.
— Musimy iść pieszo. Załóż wysokie buty — powiedziała Ta’ana, kiedy mozolił się z napierśnikiem. Spławne rzeki na południe od Mo’arlu były teraz pod kontrolą ruńskich rebeliantów. — I zabierz maści na oparzenia.