Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
„Kocham cię, Terry”.
„Wiem. Kocham cię, Siergiej”.
„Wiem”.
Śmiesznie byłoby nazwać to seksem – to tak jakby nazywać dinozaura jaszczurką. Głupio też nazwać miłością… Nie sposób nazwać jakkolwiek, to tak jakby niewidomemu opisywać kolor nieba na wschodzie.
Ale słowa stały się niepotrzebne.
„Powiedz, dlaczego mnie pokochałaś?”
„Powiedz, dlaczego mnie pokochałeś?”
„Byłaś światłem w ciemności. Obiecałaś kochać… nie żądając miłości. Nie przestraszyłaś się mojego świata, którego sam się bałem. I… kochałem cię od zawsze. Od zawsze. Wiedziałem, że będziesz właśnie taka”.
„Byłeś tym, który o mnie nie zapomniał. Sprawiłeś, bym uwierzyła, wiedząc, że moje słowa to tylko gra. Nie przestraszyłeś się mojego świata, który był śmiercią. Zdołałeś odejść, gdy było trzeba. Zdołałeś obronić swój świat. Zdołałeś wezwać mnie, gdy czekałam. Ale wtedy jeszcze cię nie kochałam…”
„Wiem”.
„Teraz to wiesz. Na początku miałam dług wobec ciebie. Potem przyszedł wstyd za rodziców. Potem strach przed przodkiem Siewców”.
„Bałaś się?”
„Tak. Bogowie, którzy ożyli, bywają straszni. Ale to minęło, gdy poznałam twój świat”.
„Kiedy mnie pokochałaś?”
„Gdy zrezygnowałeś z władzy nad Tarem. Zrozumiałam, co to dla ciebie znaczy, gdy zobaczyłam twój świat, a ty powiedziałeś, że znajdziemy sobie nowy świat. Gdy pomogłeś mi dostrzec piękno martwej planety. Gdy byłeś dla mnie wszystkim – mężem i przyjacielem, panem i niewolnikiem. Gdy uwierzyłam w twoją miłość do Terry, a nie do księżniczki z planety Tar”.
Leżeliśmy objęci, świat wokół nas nabierał jasności. Cichł szept myśli; nie był już potrzebny, tak jak nie były potrzebne słowa. Tylko dłonie Terry nadal mnie gładziły, łagodnie, z wdzięcznością, spotykając czułość moich rąk.
Panowała cisza, taka cisza, jakiej nie można by znaleźć na Ziemi XX wieku. Głębsza niż w naszym domu na Somacie, głębsza niż w pałacu imperatorów Tara.
– Sierioża – wyszeptała Terry – czy te perfumy, jin i jang, podziałałyby na każdego? Na dowolną parę?
– Na tych, którzy się kochają – odpowiedziałem półgłosem. – To nie lubczyk… i dlatego są groźne. Mogliśmy zrozumieć, że się nie kochamy.
– Ale kochamy. – Terry wtuliła się w moje ramię. Minęła minuta, zanim zrozumiałem, że ona śpi. Prezent Michaiła wyczerpał nas zupełnie. Ostrożnie poprawiłem kołdrę, potem zerknąłem na ekran. Trzecia w nocy.
Dziwne. Zrozumiałem to, co wcześniej było tylko słowami. Ja naprawdę kochałem Terry od zawsze.
Jeszcze przed naszym spotkaniem w nocnym parku Ałma Aty.
Jeszcze zanim zrozumiałem słowo „miłość”.
Zawsze.
Czekałem i kochałem ją zawsze.
CZĘŚĆ DRUGA
1. Twierdza orbitalna
Chyba powinniśmy byli się pożegnać – powiedziała zakłopotana Terry, gdy nasz flaer wzbijał się w górę. – Taki czarujący człowiek!
– To były roader. Oni popierają odejścia bez pożegnania i uprzedzenia – wymamrotałem sennie, obserwując Lansa, który kierował flaer w stronę gór… Chciałem wstać wcześniej i porozmawiać z nim, ale nie wyszło. Zasnąłem dopiero nad ranem. – Dokąd lecimy, Lans?
– Podano mi punkt w górach, w którym wyląduje kuter. Tą skorupą – Lans postukał w przezroczystą ściankę kabiny – nie wylecimy poza granice atmosfery.
– A kuter nie mógł wylądować w mieście?
– Mógł.
Spojrzałem na Terry, która przytuliła się do mojego ramienia. Westchnąłem i odezwałem się do Lansa:
– Parszywa ta twoja firma, stary. Wredna. Nie domyślasz się, dokąd lecimy?
– Dokąd?
– Na miejsce, w którym wylądował „Biały Raider”. Tam, gdzie była bomba kwarkowa. Gdzie ratowaliśmy Ziemię.
Lans odwrócił się i zerknął na przyrządy, na ekran ze świecącą zieloną nitką kursu. Zaklął.
– Oho! Robisz postępy. Tylko nie przy Terry, Lans.
– Ześlę go do odległego garnizonu – obiecała Terry nie otwierając oczu i drgnęła. – Rzeczywiście tam lecimy?
– Presja psychiczna. To w stylu Siewców.
– Książę, czy mam się połączyć… z nimi? – zapytał Lans z miną winowajcy. – Zażądać innego punktu lądowania?
– Nie. Nie uda im się wytrącić nas z równowagi.
– Dobrze. Nie zdawałem sobie sprawy, o co chodzi, książę. Przysięgam. Nie chciałbym wracać tam, gdzie zginął nasz Dańka.
– Przecież on przeżył! – Terry otworzyła szeroko oczy.
– Nasz junga zginął, Terry – powiedziałem. – Złożono go na nowo… Ale prawie nie pamiętał swoich przygód.
– Ach tak, opowiadałeś.
Nie odezwałem się. Dla Terry Dańka był jedynie przypadkowym epizodem w odysei gwiazdolotu „Terra”. Dla mnie i dla Lansa – członkiem załogi, przyjacielem, towarzyszem, z którym walczyliśmy ramię w ramię i którego zabito na naszych oczach. Niestety, zmartwychwstanie udało się jedynie Chrystusowi, w dodatku z ojcowską pomocą. Z przyjemnością powtórzyłem w myślach to bluźniercze stwierdzenie. Nie wierzę w bogów. Siewcy okazali się gównianymi bogami… Innych wymyślać nie warto.
– Tam jest kuter – powiedział cicho Lans. – Poprosimy, żeby odleciał od razu.
Na dole, na świeżej górskiej trawie bielał korpus małego orbitalnego kutra. Obok stał pilot, który – nie wierzyłem własnym oczom – palił! Ładne rzeczy! Tytoń nadal był w użyciu!
Oczami wyobraźni zobaczyłem ciąg przyszłych wydarzeń. Proszę pilota o papierosa… czy o cygaro, wszystko jedno. Stoimy sobie obok kutra, trujemy się nikotyną, prowadząc uprzejmą rozmowę o niczym, patrząc na odległe sady Ałma Aty. A pilot mimochodem wplata do rozmowy pozornie bezsensowne zdania-pułapki oddziałujące na moją psychikę w typowy dla Siewców sposób. A w papierosie (cygarze) prócz nikotyny jest jeszcze jakieś draństwo…
Niedoczekanie wasze, uśmiechnąłem się złośliwie. Chwała Bogu, mijało pięć lat, odkąd nie palę.
– Wiesz co, Lans – rzuciłem niemal wesoło – na pewno start przełożą o jakieś piętnaście minut. Pochodzimy sobie wokół kutra, posiedzimy na trawce…
– Nie sądzę – powiedział z powątpiewaniem Lans.
Ale okazało się, że to ja miałem rację.
Stacja projektu „Siewcy” mieściła się na orbicie stacjonarnej. Nowoczesnemu kutrowi z grawikompensatorami i silnikami anihilacyjnymi pokonanie dwudziestu pięciu tysięcy ośmiuset kilometrów powinno zająć najwyżej piętnaście minut.
Wieziono nas na stację prawie godzinę. Najpierw kuter zaczął powolny, potwornie energochłonny start z powierzchni Ziemi. Przelecieliśmy nad Egiptem, gdzie trójkątne cienie piramid leżały na żółtym piasku tak samo jak tysiące lat temu. Gdy pilot oznajmił, że właśnie jesteśmy nad równikiem, zapytałem, czy nie planują czasem wycieczki nad Antarktydą.
Chyba pilot porozmawiał z dowódcą, bo pół minuty później pokazówka się skończyła i kuter pomknął prosto do stacji, co i tak zajęło sporo czasu.
Stację „Siewcy” otaczały co najmniej trzy strefy bezpieczeństwa. Określenie bardzo umowne – szczerze mówiąc, każda strefa składała się z licznych, autonomicznych oraz oddziałujących na siebie stacji bojowych. Niektóre, jak uprzejmie wyjaśnił nam pilot, miały rozmiar piłeczki pingpongowej. Inne dochodziły do stu metrów średnicy. A cała ta armada żądała od naszego kutra podania kodów, haseł, pozwolenia na wejście do kolejnej strefy bezpieczeństwa, przeglądała zawartość kutra…