Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Dziękuję, Nurlan. Zgadzam się z tobą. Ale to… to nie są moje normy. Nie moje miasto. Nie moja Ziemia.
– Spróbuj polecieć do kolonii. Nie do chronokolonii, lecz do prawdziwej kolonii. Podobno tam panuje moralność zbliżona do ziemskiej z XX wieku.
Wstałem, widząc na ścieżce opaloną postać w różowych szortach, z błyszczącym paskiem na ręku.
– Terry idzie… Wiesz, Nurlan, chcielibyśmy urządzić u ciebie coś w rodzaju rodzinnej kolacji. Nie miałbyś nic przeciwko temu, żeby być gościem we własnym domu? Terry doskonale gotuje.
– Pod warunkiem że zaproszę dwójkę przyjaciół – odpowiedział bardzo poważnie Kislicyn. – Nie wybaczą mi, jeśli ich z tobą nie poznam.
– Oczywiście – uśmiechnąłem się z przymusem. Może jednak namówię Terry, żebyśmy przenieśli się do hotelu.
– Chyba księżniczka z planety Tar też zdążyła zdobyć na Ziemi przyjaciół – zauważył.
Za Terry szedł chłopak z dwiema najwyraźniej ciężkimi torbami w rękach. Miał na sobie czarno-biały uniform – taki nosili Siewcy. Ale sam chłopiec był mi doskonale znany…
– Lans? – Nie wierzyłem własnym oczom. Do diabła, on też jest na Ziemi? F współpracuje ze „świątynnikami”?
Lans ostrożnie postawił jedną z toreb i pomachał mi. Torba poruszyła się i przewróciła.
– Wiem, jak lubisz niespodzianki – powiedziała z uśmiechem Terry, patrząc na moją stropioną minę. – Zwłaszcza takie…
Z torby wysunęła się czujna, na wpół kocia mordka. Trofeum wydostał się z niewoli, otrząsnął po psiemu i niespiesznie skierował w moją stronę.
– To kot czy pies? – zapytał Nurlan. Cała sytuacja wyraźnie go bawiła.
– To Trofeum – odparłem, wyciągając rękę. Trofeum polizał moją dłoń, otarł się o nią grzbietem, potem położył się u moich nóg z absolutnie szczęśliwą minę.
– Cieszę się, że wszystko w porządku – powiedział Lans. – Załoga się zbiera.
Przyjrzałem mu się uważnie. Bardzo wydoroślał przez te dwa lata. Ale nadal stał przede mną na baczność – byłem jego księciem.
– Współpracujesz z Siewcami? – zapytałem wprost.
Lans skinął głową.
– Książę, to była najprostsza i najpewniejsza droga. Wiedziałem, że pan i Terry będziecie potrzebowali wsparcia…
– Uważasz się za piątą kolumnę?- Pozwoliłem sobie na uśmiech i wyciągnąłem dłoń do Lansa.
8. Księga Gór
Życie cię wybrało, ale masz prawo odrzucić wyzwanie. Jaki byłby świat bez dzikich winogron i jesiennego dżdżu? Czym stanie się droga bez pyłu i stal bez rdzy? Kim staniesz się ty bez ludzi? Sobą.
Nie pytano nas, czy chcemy żyć. Ale tylko nam dano wybór drogi. Chwyć swoją drogę, złap swój wiatr. Nawet jeśli świat stanie się równiną, ty musisz być skałą. Dopóki jest światło, możesz rzucać cień. Dopóki jest słońce i powietrze, zawsze będzie wiatr. To dobrze, że czasem wieje w twarz.
Opowiem o sobie, ale to będzie twoja historia. Masz prawo napisać ją na nowo, i tego właśnie chcę. Naucz się pisać na opadłych liściach i w nurcie górskiej rzeki. Naucz się odpowiadać za siebie i zadawać pytania innym.
Zaczynam. Sam postawisz kropkę w miejscu, które uznasz za stosowne.
Zamknąłem książkę i w zadumie obróciłem ją w rękach. Nieduża, może ze sto stron… Ale w twardej okładce z ciemnozielonego aksamitu, z tłoczonymi złotymi literami: Księga Gór. Nazwiska autora nigdzie nie było. Czyżby ta domorosła filozofia była Biblią całego pokolenia? A może to ja czegoś nie rozumiem? Może nie dorosłem do tej książki, tak jak wyrosło z niej poprzednie pokolenie? Zapewne był taki czas, gdy ludzie – dorośli i dzieci – chcieli się poczuć kimś, niechby tylko dzikimi winogronami, pyłem drogi czy rdzą na stali społeczeństwa…
Zerknąłem za zegarek – było jeszcze wcześnie – i znowu otworzyłem mały tomik. Na chybił trafił, w środku…
Wspominałam. Ostatnia noc w ostatnim rodzinnym domu, czas pamięci. Łagodne światło lampki nocnej, błądzące po korytarzach kroki – nie mogłam ich słyszeć, ale wiedziałam, że są. Nie mówcie, że nie umiem kochać. Nie myślcie, że nie chciałam być wdzięczna. Ale wolność nie ma ram, więc nie mam innego wyjścia. Brałam książki z półek – stare książki, zatopione w przezroczystym plastiku. Można je oglądać, ale gdy rozedrze się plastikową osłonę, papier spłonie. Nie chcę podzielić losu zakonserwowanych ksiąg. Lepsze szybkie życie niż powolna śmierć.
Wzięłam z drugiej półki reprinty – mocne i trwałe, niebojące się ognia i wody. Nikt nie odróżni ich od oryginałów. Może to nawet lepiej. W książce ważne są dwa kolory – czarny i biały. Żółtej patyny czasu potrzebuje tylko nasza ambicja. Otwierałam książki na chybił trafił i czytałam to, co miałam przeczytać tej ostatniej nocy. Przeczytać, żeby odrzucić. Przeczytać, żeby uwierzyć.
Pozostać sobą.
Nie myśl, że za pomocą słów możesz usunąć swoje wady albo przydać blasku swym zaletom… Człowiekowi, który nic o sobie nie mówi albo mówi wszystko, nikt niczego nie powierzy.
Użyłam słów, żeby opowiedzieć wszystko. Nie wierzcie mi. Nie ufajcie swojej duszy. Ale mam na dłoniach gorący wosk słów. A gdy słowa ostygną, przemienia się w czarne cienie na białym tle, zachowają odcisk dłoni.
Czytajcie z moich rąk… Te książki, negujące władzę słowa, są śmieszne i tak mi drogie. Szalone słowa, odrzucające władzę książek. Żyłam ich życiem, nim zaczęłam żyć swoim. Słowa, które pokonały wieki, uczyły mnie miłości. Wiedziałam, że to o mnie.
Zrobili ze mnie żywy kwiatek, szczęśliwy kwiatek i czekałam na ciepło, które sprawi, że się rozwinę. Ale ciepła nie było. Może pozostało przy tych, którzy umieli kochać i cierpieć. Przy tych, którzy widzieli w miłości żywy kwiatek, przy tych, którzy znajdowali w miłości słowa zmuszające do miłości, przy tych, którzy mówili o śmierci i miłości tak, że chciało się umrzeć.
Jakże nienawidziłam tych pisarzy, zmuszających do wymyślania dobrych zakończeń do swoich książek! Jakże ich kochałam – bo nie umieli kłamać. I kochałam ich bohaterów – pisarze mogli umrzeć, a książki żyły…
„Zrozumiał, że trzeba rozpalać ogień” – powiedzieli o moim bohaterze, mojej książkowej miłości. W naszych czasach nikt nie lubi rozpalać ognia. Mówią, że płomień zestarzał się wraz z kołem.
Nauczę się rozpalać ogień. A koła mi nie żal. Lepiej chodzić po ziemi.
Powoli odłożyłem Księgę Gór. To jakiś obłęd. Żyjąca wiek po mnie Sally Jennings nie mogła lubić tych samych książek co ja… A cytaty z Chesterfielda… Młody geniusz, cudowne dziecko, roader numer 1. Sally Jennings mogła oczywiście czytywać filozofa z XVIII wieku. Mnie ta książka wpadła w ręce przypadkiem. Każdy z moich kumpli w tym jakże dalekim – jak strasznie dalekim! – XX wieku, słysząc słowo „Chesterfield”, wykrzyknąłby: „Znakomite papierosy!” Wychodzi na to, że Księgę Gór napisano specjalnie dla mnie.
Myśl wpełzła do mojej świadomości niczym zimna żmijka. Nie uciekłem przed fatalizmem, przed wszystkowiedzącymi Siewcami. Wszystko było obliczone na mnie… było prowokacją…
Bzdura! Zerwałem się z łóżka, na którym odpoczywałem przed „rodzinną kolacją”. Po prostu Księga Gór została napisana z talentem. Jest genialna, jest dla wszystkich – dla mnie też. To coś, czego zawsze szukałem. Spokój i odpowiedź na wszystkie pytania. Trzeba dać ją Terry i Lansowi… i Trofeum.