Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Popatrzyłem na niego podejrzliwie i zapytałem wprost:
– Czyta pan emocje?
– Nie… po prostu dobrze wyczuwam cudze nastroje. Ja też mam prezent dla pana i dla Terry.
Dwa futerały z czarnego szkła ze złocistymi monogramami splecionymi w kształt korony na wieczku. I kryształowe flakoniki z cytrynowożółtym płynem w środku.
– Perfumy i woda kolońska – domyśliłem się. – Też indywidualna produkcja?
– Oczywiście. Byłem projektantem zapachów. Uruchamiałem masową produkcję serii Honor, Czerwień na błękicie, Czarodziejka Północy… Zresztą, nic to panu nie powie. Te pochodzą ze starych zapasów… Nie weszły do serii. Nawet nie mają nazwy, nazwaniem roboczym było jin i jang.
Wyciągnąłem rękę do flakonika, ale Michaił mnie powstrzymał.
– Niech pan wypróbuje zapach razem z księżniczką. Tak będzie… lepiej. To bardzo intymny prezent, wyłącznie dla ludzi, którzy się kochają. Właśnie z tego powodu nie puszczono ich w serii. Sam pan zrozumie.
Nie pytałem więcej. Michaił nie wzbudzał podejrzeń. Przeciwnie, było w nim coś sympatycznego, bliskiego.
Może zdławiony głęboko ból?
Jak powiedział Vic: „Nie chcę stracić tajemnicy”. Niech i dla mnie ten stary projektant zapachów pozostanie tajemnicą.
– Zapraszam do stołu – powiedziała raźno Terry. – Szanowny Nurlan odstąpił mi na dzisiejszy wieczór prawa gospodyni… Wszystko zostało przygotowane według moich przepisów. Uznajcie to za mój prezent dla was.
Lans odebrał jej nóż i zaczął kroić gigantyczną pizzę. Nalałem wina sobie i Terry, Nurlan po przeciwnej stronie stołu obsługiwał swoich przyjaciół. Wiał lekki wiaterek. Pachniało stepem. Iluzja, jak w gabinecie Maestra Stasa. Za to wino było prawdziwe. Upiłem duży łyk, cierpka słodycz lekko szczypała w gardle.
– Za spotkanie – powiedział Nurlan, wstając. – Spotkanie czasów i planet, ludzi i dróg.
Stuknęliśmy się kielichami.
– Nie opowie pan nam o sobie? – zapytał mnie Igor. – O locie „Terry”?
Wiedziałem, że tak będzie…
– Niech pan opowie to, co było dla pana przyjemne – odezwał się nieoczekiwanie Michaił. – Wiem, że przeżyliście bardzo dużo bólu. Wszystko się pomieszało: przyjaciele i wrogowie, Siewcy i chronokoloniści. A jednak nawet w smutku jest radość, a w trwodze pamięć. Podobno był pan przyjacielem Klenijczyka… rozmawiał pan z Daniiłem Nazarowem…
Uśmiechnąłem się.
– Byłem i rozmawiałem. A właściwie… Aler-Il z planety Kleń i Dańka to moi przyjaciele. Chociaż już ich nie ma. Dobrze, opowiem…
W głowie mi lekko szumiało. Leżałem na łóżku zmienionym z „agregatu do snu” w najzwyklejszy mebel i czekałem na Terry. Z łazienki dochodził szum wody. Zamknąłem oczy, wspominając dzisiejszy wieczór. Wszystko było wspaniałe, poczynając od przyjaciół Nurlana, a kończąc na przygotowanych przez Terry daniach.
Zapadałem w sen. Zbyt dużo informacji jak na jeden dzień. Zbyt dużo spotkań i wspomnień.
Lot „Terry”. Handel i starcia z piratami, poszukiwania Ziemi… Stary łajdak Redrak… Dańka, podrzucony do mojego gwiazdolotu. Kleń z planety Kleń. „Biały Raider”. Świątynie, Maestro Staś…
Sen. To tylko sen. Czy to naprawdę się wydarzyło? Niebieski płomień na mieczach płaszczyznowych, bitwa wiszących nad Shedmonem statków. Świątynia posłuszna moim rozkazom, mentalny pojedynek z jej twórcą. Piknik z Dańką pod różnokolorowymi księżycami Rayswaya…
– Ty już śpisz.
– Śpię – przyznałem.
Szliśmy przez pustynię. Drobny piasek zasysał nogi jak bagno. Białe słońce nieruchomo wisiało w zenicie. Popatrzyłem na swojego towarzysza. Ernado czy Lans… a może Redrak… albo Kleń?
Sen wydawał się jawą, jak każdy porządny sen. Dopiero po przebudzeniu rozwieje się wrażenie piasku pod nogami i gorącego słońca nad głową. Może pozostanie pragnienie. Za dużo wypiłem.
– Dokąd idziemy?
– Naprzód – rzekł obojętnie mój towarzysz. – Do celu. Przecież wiesz, że najpewniejsza droga to ta najprostsza.
– To trudna droga – sprzeciwiłem się uparcie.
– Trudna, ale prosta. Myślisz, że łatwa, ale skomplikowana jest lepsza?
– Nie mieszaj mi.
– Dlaczego? Zawsze lubiliśmy jasność.
– Jacy my?
Idący obok mnie roześmiał się.
– Powiedzmy tak: twoje sumienie i honor.
– I umysł.
– Nie dowcipkuj. Lepiej słuchaj i zapamiętuj. Dekoncentrujesz się. Schodzisz z drogi. Ziemia to nie miejsce dla ciebie.
– A gdzie jest moje miejsce? Na Somacie? Na Tarze? W szeregach Siewców?
– Wszędzie. Dróg jest wiele, nie zatrzymuj się.
Mój towarzysz obejrzał się nagle.
– Odchodzę…
I rozpłynął się w przezroczystym powietrzu. Pozostała tylko żółta pustynia i białe słońce na wyblakłym niebie.
– Siergiej… Sieriożka…
Otworzyłem oczy. Nade mną pochylała się Terry owinięta w miękki błękitny szlafrok. Czule pogładziła mnie po twarzy.
– Miałeś koszmary? Jęczałeś.
Skinąłem głową i wstałem. Dziwne, ale upojenie zupełnie przeszło. Tylko chciało mi się pić.
– Zaraz…
W łazience, nadal działającej w trybie iluzji, wsunąłem głowę pod miniaturowy wodospad. Chciwie napiłem się letniej wody, otrząsnąłem się. Powiał ciepły wietrzyk, susząc włosy.
– Dziękuję – powiedziałem słabo.
Zdejmując po drodze koszulę, wróciłem do sypialni. Terry siedziała na łóżku, kartkując Księgę Gór.
– Wyrzuć to draństwo – poradziłem. – To zestaw tekstów działających na podświadomość.
– No i co? Mogę się im oprzeć. Za to dowiem się czegoś o sobie. Wezmę tę książkę na Tar.
– Jak chcesz. – Usiadłem obok.
– Miły wieczór, prawda? – Terry otworzyła futerał z czarnego szkła i wyjęła flakonik z perfumami. – I takie piękne prezenty.
Z lekkim niepokojem patrzyłem, jak otwiera przezroczysty flakonik, odruchowo dotyka włosów i czoła.
– Przyjemny zapach… Co to za symbole?
– Jin i jang. Jin to pradawny znak kobiety, kobiecej siły. – Przysunąłem się do Terry, wciągnąłem aromat perfum. Gęsty, pełny, ale niezbyt ciężki. Trochę piżma, trochę rozkwitłych róż. Przyjemny, ale tylko tyle. Nic szczególnego. Sięgnąłem po swój flakonik, odkręciłem zakrętkę. Jang – symbol pierwiastka męskiego. Ledwie uchwytny aromat cytrusów, miodu i…
Świat wokół nas zawirował, jakby ściany ktoś przykrył gęstą mgłą. Światło przygasło. Wszystko znikało, drżało, oddalało się w nieskończoność. Tylko Terry była obok.
– Terry…
– Siergiej…
Wyciągnęliśmy do siebie ręce – jakby przez pustkę, przez przezroczystą mgiełkę. Jej dłonie dotykały mojej twarzy, gładziły mnie czule, delikatnie, nieśmiało… I nie było już nic prócz tych dłoni, ciepłych, niemal gorących; nic prócz otwartych błękitnych oczu, prócz nagiego ciała pod szlafrokiem, który zaraz opadł.
– Siergiej…
Zrzuciłem ubranie pospiesznym szarpnięciem tonącego, skutego niewolnika zrywającego nienawistne łańcuchy. Nie było barier między naszymi ciałami, nie było samych ciał, nie było nic prócz niepowstrzymanej siły łączącej nas w jedną całość. Jin i jang, jin i jang…
I już nie było słów, nie było potrzeby słów. Czytaliśmy w sobie nawzajem jak w otwartych księgach.
„To narkotyk, Siergiej?”
„Nie. To wolność, to taran rozwalający ściany. Jin i jang. Dwie siły”.
„Więc były jakieś ściany?”
„Nie wiem”.
„To już na zawsze?”
„Nie wiem”.
Brałem ją tak, jak tysiące razy przedtem, jak za pierwszym razem, jak mógłbym ją wziąć ostatniego dnia przed rozłąką. Jak swoją pierwszą kobietę, jak wszystkie kobiety, które miałem przed nią. Jak wszystkie, których nie pokocham i których nigdy nie posiądę. Dlatego że nikogo nie potrzebowałem, dlatego że nie było nikogo prócz nas.