Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Dyżurny zerknął w bok i pokręcił głową.
– To przekracza pańskie pełnomocnictwa, poruczniku Lans. Mogę połączyć z pomocnikiem konsultanta…
Pochyliłem się nad stołem, licząc na to, że wchodzę w pole widzenia dyżurnego, i powiedziałem cicho:
– Nie proś się o kłopoty, koleś. Łącz. Sprawdź w swoim komputerze imię Siergiej, książę planety Tar. Jeśli nie znajdziesz, połącz się z Rajmundem sam. I powiedz mu, że chcę porozmawiać o operacji „Igła”.
To zrobiło na nim wrażenie. Znowu zerknął w bok (widocznie miał tam terminal informacyjny) i nagle stał się bardzo uprzejmy.
– Pańskie imię znajduje się na liście. Łączę.
Płynęły sekundy. Pojawiła się Terry z tacą zastawioną sałatkami. Zobaczyła włączony przekaźnik i w milczeniu usiadła przy stole.
– Witam na Ziemi, Siergiej.
Bez słowa patrzyłem na dowódcę służb bezpieczeństwa Siewców. Starszawy Europejczyk, o sympatycznych miękkich rysach. Gdyby przykleić mu bródkę, wyszedłby z niego doskonały Święty Mikołaj, w sam raz na przedstawienia dla przedszkolaków.
– Rajmund Maccord? – zapytałem na wszelki wypadek.
– Tak.
– Proszę mi wyjaśnić, po jaką cholerę jestem wam potrzebny.
Rajmund ze zdumieniem rozłożył ręce i rzekł z lekkim wyrzutem:
– Siergiej, postępował pan niesłusznie, izolując się od Ziemi. Jesteśmy pańskimi potomkami, nasza planeta jest panu bardzo wdzięczna…
– Na ile rozumiem normy waszej moralności – podkreśliłem słowo „waszej” – życie z dala od Ziemi to moje prawo.
– Naturalnie, naturalnie… Siergiej, bardzo chciałbym porozmawiać z panem w cztery oczy. Proszę mi wierzyć, nikt nie będzie stał na drodze pańskich pragnień. Chcemy panu zaproponować współpracę, ale może ją pan odrzucić. Księżniczka Terry uprzejmie zgodziła się nam pomóc, jesteśmy jej bardzo zobowiązani.
– Odrzucę każdą propozycję – oznajmiłem. – Ale porozmawiać możemy. Przybędę wraz z żoną, rzecz jasna… jak już się dowiem, w co ją wciągnęliście i jakimi metodami. Spotkamy się jutro.
Lans przerwał łączność natychmiast, na mój gest. Uśmiechnąłem się.
– Słuchaj, ty chyba nadal uważasz mnie za kapitana.
Lans skinął głową.
– Kontrakt z Siewcami mogę zerwać w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. A pan jest moim księciem… imperatorem.
Gdy Terry zapełniła już stół półmiskami i salaterkami, usiadła obok mnie.
– Jaką współpracę obiecałaś Siewcom? – zapytałem cicho.
– Wymianę ambasad. Możliwość zawarcia umowy o wzajemnej pomocy, o stworzeniu związku handlowego. Nic więcej. Regent sam powinien był to zrobić…
9. Jin i jang
Stosunki dyplomatyczne to jeszcze nic złego. Ale o umowach wojskowych, bez względu na terminologię, będziemy musieli jeszcze porozmawiać. Nie ufam Siewcom. Wcale nie są moimi potomkami – to tylko dzieci mojego czasu. Tego samego czasu, gdy z trybun rozlegały się uspokajające przemowy, a na ulicach miast serie z karabinów. Gdy gwałcono kobiety i rozstrzeliwano dzieci. Gdy ekspansywni lotnicy z Południa zatapiali statki pasażerskie z uciekinierami, a uprzejmi, akuratni mieszkańcy Północy zamieniali połowę ludności swoich krajów w pozbawionych praw niewolników. Mój XX wiek wyciągnął macki w stronę przyszłości i jeśli wtedy ogromnym państwem rządzili łapówkarze, alkoholicy i gaduły, to obecna władza na Ziemi wcale nie jest lepsza. Nie mówię o tej ponadpaństwowej, noszącej neutralną nazwę Ansambl, lecz o prawdziwej – o projekcie „Siewcy”. „Komunizm zwyciężył” – żartowałem sobie niedawno. Ale to nie komunizm, lecz cały XX wiek, okrutny i krwawy, kryjący pod maską cywilizacji tysiącletnią zwierzęcą agresję. Genetyczne anomalie zmusiły rasy i narody do przemieszania się, ratując Ziemię przed wojnami rasowymi. Ale pokój i dobrobyt na rozwiniętej Ziemi to tylko naszywka na wojskowym mundurze całej galaktyki. Tysiące planet trwają w wojowniczym średniowieczu tylko po to, by zostać sprzymierzeńcami w wielkiej wojnie z krwiożerczymi Fangami. Czy ci Fangowie naprawdę są nieprzyjaciółmi? Tak łatwo wymyślić sobie wroga, ulepić go własnymi rękami z miękkiej gliny czegoś niewiadomego…
– A oto i moi przyjaciele – powiedział wesoło Kislicyn. – Wchodźcie, wchodźcie…
Wstałem zza stołu. Przyjaciele Nurlana byli znacznie starsi od niego. Chyba nawet w moich czasach ustąpiono by im miejsca w przepełnionym autobusie. Obaj biali, w europejskim typie; jeden brunet bez jednego siwego włosa, drugi z jasnymi, wyraźnie naturalnymi włosami. Dwaj staruszkowie w szarych garniturach, staromodnych nawet dla mnie.
– Michaił – przedstawił się pierwszy.
– Igor – powiedział drugi, przyglądając mi się z ciekawością.
– Siergiej.
Wymieniliśmy symboliczne uściski dłoni, nieoczekiwanie mocne, choć przecież każdy z nich miał pewnie ponad sto lat…
Michaił podszedł do Terry, ceremonialnie ujął jej dłoń i podniósł do ust.
– Jestem szczęśliwy, że mogę poznać księżniczkę planety Tar.
Terry uśmiechnęła się i skinęła głową. Po Michaile podszedł do niej Igor, skłonił się i też pocałował ją w rękę.
– To starodawny ziemski zwyczaj powitania osób krwi królewskiej – wyjaśnił uprzejmie.
– Domyśliłam się – Terry znowu się uśmiechnęła. Goście Nurlana wyraźnie poprawili jej nastrój.
– Mamy dla was drobne upominki – powiedział Igor. – Nie wiedzieliśmy, że będzie również wasz przyjaciel, proszę nam wybaczyć…
– To nic – odparł serdecznie Lans. – Nie jestem osobą krwi królewskiej.
Gdy poznawali się z Lansem, zerknąłem na Nurlana. Pochwyciłem jego zakłopotane spojrzenie i uśmiechnąłem się uspokajająco. Wszystko w porządku.
Igor wyjął z kieszeni marynarki dwie płaskie szkatułki. W milczeniu podał je mnie i Terry.
– Jakie piękne! – wykrzyknęła Terry.
W szkatułkach były pierścienie z oksydowanego srebra, dość duże, o wyszukanym kształcie – nierozwinięty pąk róży na długiej, zawiniętej w pierścień łodyżce.
– To srebro, najcenniejszy metal ziemi – rzekł Igor. – Podobno lęka się go zło. Wiemy coś niecoś o waszej historii, o pierścieniach pomagających pokonać odległość…
– Mam nadzieję, że te pierścienie nie są aż tak wymyślne – powiedziałem.
Igor pokręcił głową.
– Nie ma w nich żadnej elektroniki. Zwyczajne pierścienie ręcznej roboty. Byłem kiedyś jubilerem. Teraz już nie pracuję, najwyżej przy takich okazjach.
– Wybacz. Dziękuję. – Włożyłem pierścień na palec wskazujący. Mimo finezyjnej formy prezentował się dobrze nawet na męskiej ręce. Rzeczywiście wspaniała robota.
Igor tymczasem zwrócił się do Lansa.
– Należy pan do Siewców? Oficer operacyjny?
Lans skinął głową.
– W takim razie pozwoli pan, że też wręczymy mu prezent. Oczywiście to nie tak oryginalna rzecz… ale pasuje do pańskiej specjalności.
Igor dotknął koszuli na piersi i otworzyła się ukryta kieszeń, z której wyjął cienki, również srebrny łańcuszek. A na nim… Skrzywiłem się mimo woli. Na łańcuszku, przyspawany albo przyklejony do ołowianej kulki, kołysał się pocisk. Bardzo znajomy pocisk kałasznikowa. Ile takich zużyłem dwieście lat temu? Gorące łuski, zapach prochu, drżenie automatu w rękach… I dokładnie takie same kule leciały w moją stronę. Ci, do których nie trafiłem, już nie żyją, rozpadły się w pył urządzenia odlewające kule. A ten pocisk przetrwał… Igor nie zauważył mojej reakcji; z ożywieniem wyjaśniał zaciekawionemu Lansowi, co to takiego pocisk, broń prochowa oraz automat Kałasznikowa. Ten nabój Igor nosił w dzieciństwie na szyi, jak amulet. Wszyscy mu zazdrościli. Głupki…
– Proszę się nie gniewać na mojego przyjaciela – szepnął do mnie Michaił. – Nie pomyślał, jakie skojarzenia wywoła u pana jego zabawka.