Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Gdy wreszcie dostrzegł w oddali wieś, w kilku oknach migotały już światła zwiastujące nadchodzącą noc.
— Dzisiaj będziemy spali w łóżkach — obiecał.
— To mi się podoba, lordzie Rand.
Hurin zaśmiał się. Loial pokiwał głową na znak aprobaty.
— Wiejska gospoda — powiedziała z pogardą Selene. — Brudna bez wątpienia i pełna nie umytych ludzi żłopiących piwo. Dlaczego nie przespać się znowu pod gołym niebem? Uwielbiam spanie pod gwiazdami.
— Przestaniesz je tak uwielbiać, gdy podczas snu dopadnie nas Fain i jego trolloki — odparł Rand. — On mnie ściga, Selene. Chce mieć Róg, ale przede wszystkim może znaleźć mnie. Jak ci się wydaje, dlaczego nas tak pilnie strzegłem podczas ostatnich nocy?
— Jeśli Fain nas złapie, to ty z pewnością dasz mu radę. — W jej głosie słychać było chłodne przekonanie. — A we wsi też mogą być Sprzymierzeńcy Ciemności.
— Ale nawet gdyby wiedzieli, kim jesteśmy, nie będą mogli zbyt wiele zdziałać na oczach całej wsi. Chyba że, twoim zdaniem, wszyscy tutejsi mieszkańcy są Sprzymierzeńcami Ciemności.
— A jeśli odkryją, że wieziesz Róg? Nieważne, czy ty sam pragniesz sławy, czy nie, nawet chłopi o niej marzą. — Selene ma rację, Rand — orzekł Loial. — Obawiam się, że nawet wieśniacy będą go chcieli zdobyć.
— Rozwiń swój koc, Loial, i okryj nim szkatułę. Niech cały czas pozostaje zakryta.
Loial wykonał polecenie i Rand skinął głową. Było widać, że pod prążkowanym kocem Loiala znajduje się jakaś skrzynia albo szkatuła, nic jednak nie sugerowało, że jest to coś więcej niż kufer podróżny.
— Kufer z przyodziewkiem mojej lady — powiedział Rand z szerokim uśmiechem i ukłonem.
Selene przyjęła ten docinek milczeniem i nieodgadnionym spojrzeniem. Po chwili znowu ruszyli w drogę.
Nieomal zaraz, po lewej stronie Randa, promień zachodzącego słońca odbił się od czegoś, leżącego na ziemi. Od czegoś wielkiego. Czegoś ogromnego, sądząc po błysku. Zaciekawiony, skierował konia w tamtym kierunku.
— Mój panie? — powiedział Hurin. — A wioska?
— Chcę najpierw to zobaczyć — odparł Rand.
„To jaśniejsze niż odbicie słońca na wodzie. Co to może być?”
Nie odrywając wzroku od blasku, zdziwił się, gdy Rudy nagle się zatrzymał. Już miał pognać go do przodu, gdy odkrył, że stoją na skraju glinianego urwiska, tuż nad ogromnym wykopem. Większa część zbocza wzgórza była wydrążona na głębokość co najmniej stu kroków. Z całą pewnością było tu kiedyś jeszcze jedno wzgórze i być może pola uprawne, szerokość jamy była bowiem dziesięciokrotnie większa niż jej głębokość. Przeciwległy kraniec wydawał się tak mocno ubity, że tworzył rodzaj pochyłej ściany. Na samym dnie znajdowało się kilkunastu mężczyzn, zabierali się właśnie do rozpalania ogniska, tam w dole noc już zapadała. Ich zbroje co jakiś czas rzucały błyski, u boków kołysały się miecze. Ledwie na nich spojrzał.
Z gliny na samym dnie wykopu wystawała gigantyczna kamienna dłoń trzymająca kryształową kulę i to właśnie ona odbijała ostatni blask dnia. Rand otworzył usta ze zdziwienia na widok rozmiarów tej gładkiej kuli — był przekonany, że jej powierzchnia nie jest skażona nawet najdrobniejszą rysą — o średnicy co najmniej dwudziestu kroków.
W pewnej odległości od dłoni odkopano kamienną twarz, proporcjonalnej wielkości. Twarz mężczyzny z brodą wystawała z ziemi z godnością wielu lat, silne rysy wydawały się zawierać mądrość i wiedzę.
Nagle, zupełnie nieproszona, zaczęła się formować pustka, całkowita i kompletna, saidin jarzył się i przyzywał. Tak był pochłonięty widokiem tej twarzy i dłoni, że nawet nie zauważył, co się stało. Słyszał kiedyś, jak kapitan statku, Bayle Domon, opowiadał o ręce trzymającej ogromną kryształową kulę; twierdził, że wystaje ona ze wzgórza na wyspie Tremalking.
— To niebezpieczne — powiedziała Selene. — Odjedźmy stąd, Rand.
— Myślę, że potrafię znaleźć prowadzącą do niej drogę — odparł roztargnionym głosem. Słyszał śpiewającego saidina. Ogromna kula zdawała się jarzyć bielą światła zachodzącego słońca. Miał wrażenie, że w głębi kryształu światło wiruje i tańczy w takt pieśni saidina. Dziwiło go, że ludzie znajdujący się w dole tego nie zauważyli.
Selene podjechała bliżej i ujęła go za ramię.
— Błagam, Rand, musisz stąd odejść.
Popatrzył na jej rękę, zaskoczony, po czym powiódł wzrokiem poprzez ramię aż do twarzy. Wyglądała na autentycznie zaniepokojoną, może nawet przestraszoną.
— Nawet jeśli ten występ nie zawali się pod ciężarem naszych koni i nie połamiemy sobie karków przy upadku, to i tak widać, że ci ludzie to strażnicy, a nikt nie ustawia straży przy czymś, by potem pozwalać byle przechodniowi to oglądać. Co ci przyjdzie z uciekania przed Fainem, jeśli strażnicy cię aresztują. Chodź stąd.
Nagle — dryfująca, daleka myśl — uświadomił sobie, że otacza go pustka. Saidin śpiewał, a kula pulsowała — nie musiał nawet patrzeć, by o tym wiedzieć — i wtedy przyszło mu do głowy, że jeśli on podejmie pieśń, śpiewaną mu przez saidina, wówczas ta ogromna kamienna twarz otworzy się i zaśpiewa razem z nim. Razem z nim i saidinem. Wszyscy razem.
— Błagam, Rand — powiedziała Selene. — Pojadę z tobą do wsi. Już nic nie będę mówiła o Rogu. Tylko odejdź stąd!
Uwolnił pustkę... ale ona nie chciała odejść. Saidin nucił, a światło wypełniające kulę tętniło niczym serce. Jak jego serce. Loial, Hurin, Selene, wszyscy troje wpatrywali się w niego, lecz najwyraźniej nie zauważali wspaniałości blasku, jaki bił od kryształu. Usiłował odepchnąć od siebie pustkę. Była nieugięta jak granit. Unosił się wśród otaczających ją ścian, niczym pośród kamienia. Pieśń saidina, pieśń kuli, czuł, jak one wibrują po jego kościach. Zaciskając zęby, nie chciał się poddać, sięgnął do głębi samego siebie...
„Nie zrezygnuję...”
— Rand.
Nie wiedział, czyj to głos.
...dotarł do źródła własnej istoty, źródła tego, czym był...
„...nie poddam się...”
— Rand.
Pieśń wypełniała go całego, wypełniała całą przestrzeń pustki.
...dotknął kamienia, rozżarzonego od bezlitosnego słońca, zlodowaciałego od bezlitosnej nocy...
„...nie...”
Poczuł, jak go wypełnia, jak oślepia go światło.
— Póki cień nie zniknie — powiedział półgłosem — póki wody nie ustąpią...
Wypełniła go Moc. Stał się jednym z kulą.
— ...w Cień z obnażonymi zębami.
Moc należała do niego. Jedyna Moc.
— ...by splunąć w oko Temu, Który Odbiera Wzrok...
Moc od której Pęka Świat.
— ...ostatniego dnia!
To zabrzmiało jak krzyk i pustka zniknęła. Rudy spłoszył się, grudy gliny trysnęły spod jego kopyt, sypiąc się na dno wykopu. Wielki gniadosz padł na kolana. Rand pochylił się do przodu, chwytając mocno wodze, a Rudy uniósł niezdarnie, cofając w bezpieczne miejsce, z dala od skraju urwiska.
Zauważył, że wpatrują się w niego. Selene, Loial, Hurin, wszyscy troje.
— Co się stało?
„Pustka...”
Dotknął swojego czoła. Pustka nie zniknęła, gdy chciał ją uwolnić, a łuna saidina stała się jeszcze silniejsza, i... Nie mógł sobie przypomnieć nic więcej. Saidin. Czuł chłód.