Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Nie widziałem tu żadnych obcych — powiedział, siadając sztywno na krześle. — Z wyjątkiem ciebie i twojej pani, mój panie. Mało tu bywa ludzi szlachetnie urodzonych.
Jego oczy błysnęły w stronę Loiala, na czole pojawił się przelotny mars, Hurina ignorował całkowicie.
— Tylko tak sobie pomyślałem.
— Pod Światłością, mój panie, nie chciałbym okazać braku szacunku, ale czy mógłbym poznać twoje miano? Tak mało tu bywa obcych, że chętnie poznaję każdego z nich.
Rand przedstawił się — nie podał tytułu, lecz oficer jakby tego nie zauważył — i podobnie jak karczmarce, dodał: — Z Dwu Rzek w Andorze.
— Słyszałem, że to zdumiewające miejsce, lordzie Rand. Wolno mi cię tak nazywać? I że ludzie Andoru są wspaniali. Nigdym nie widział Cairhienina równie młodego z ostrzem przynależnym mistrzowi miecza. Poznałem kiedyś kilku ludzi z Andoru, między innymi Kapitana Generała Gwardii Królowej. Nie pamiętam jego nazwiska, cóż za wstyd. Może ty mi je łaskawie podpowiesz?
Rand czuł za swoimi plecami obecność młodych posługaczek, które przyszły już sprzątać ze stołów i zamiatać. Caldevwin wydawał się tylko podtrzymywać konwersację, niemniej jednak jego spojrzenie było wyraźnie badawcze.
— Gareth Bryne.
— Naturalnie. Młody, jak na kogoś obciążonego taką odpowiedzialnością.
Rand starał się odpowiedzieć obojętnym tonem.
— Gareth Bryne ma dość siwych pasem we włosach, by móc być twoim ojcem, kapitanie.
— Wybacz mi, lordzie Rand. Chciałem rzec, że wcześnie mu przyszło się za to wziąć. — Caldevwin odwrócił się w stronę Selene i przez chwilę tylko się w nią wgapiał. W końcu otrząsnął się, jakby wychodził z transu. — Wybacz, że tak ci się przypatrywałem, moja lady i wybacz, że tak do ciebie przemawiam, ale Łaska z pewnością cię sobie upodobała. Czy powiesz mi, jak zowią taką piękność?
Selene zdążyła tylko otworzyć usta, gdy jedna z dziewcząt wydała głośny okrzyk i upuściła lampę, którą właśnie zdejmowała z półki. Oliwa rozlała się po podłodze i w mgnieniu oka kałuża zajęła się ogniem. Rand poderwał się na równe nogi, podobnie jak pozostali zasiadający przy stole, lecz zanim podbiegli w tamtą stronę, pojawiła się pani Madwen i razem z dziewczyną ugasiły ogień fartuchami.
— Mówiłam ci, że masz uważać, Catrine — skarciła ją karczmarka, potrząsając okopconym fartuchem przed nosem dziewczyny. — Mogłaś spalić całą karczmę i siebie razem z nią.
Dziewczyna była wyraźnie bliska płaczu.
— Ja naprawdę uważałam, proszę pani, ale nagle poczułam skurcz w ramieniu.
Pani Madwen wyrzuciła ręce w górę gwałtownym gestem.
— Wiecznie masz jakieś wymówki, a i tak bijesz więcej naczyń niż pozostałe. Ach, już dobrze. Posprzątaj to, tylko się nie poparz. — Karczmarka odwróciła się w stronę Randa i pozostałych, nadal stojących przy stole. — Mam nadzieję, że nikt z was nie weźmie tego za złe. Dziewczyna naprawdę nie chciała spalić karczmy. Ciężko jej idzie z naczyniami, jak sobie zacznie marzyć o jakimś młodym chłopcu, ale nigdy przedtem nie upuściła lampy.
— Chciałabym zostać zaprowadzona do swojej izby. Nie czuję się najlepiej. — Głos Selene brzmiał słabo, jakby nie była pewna swojego żołądka, ale poza tym wyglądała i mówiła chłodno, spokojnie, jak zawsze. — To przez podróż i ten pożar.
Karczmarka rozgdakała się jak kwoka.
— Naturalnie, moja lady. Mam dla ciebie i twojego lorda wspaniałą izbę. Czy mam posłać po matkę Caredwain? Ona ma dobrą rękę do uspokajających ziół.
Głos Selene zabrzmiał ostrzej.
— Nie. I życzę sobie mieć osobną izbę.
Pani Madwen obejrzała się na Randa, ale już w następnej chwili troskliwie prowadziła Selene do schodów.
— Jak sobie życzysz, moja pani. Lidan, bądź tak miła i weź rzeczy lady.
Jedna z dziewcząt podbiegła do Hurina, by odebrać od niego sakwy Selene i obydwie kobiety zniknęły na górze, Selene sztywno wyprostowana, milcząca.
Caldevwin odprowadzał je wzrokiem, dopóki nie zniknęły, po czym otrząsnął się. Zajął swoje krzesło dopiero wtedy, gdy Rand usiadł pierwszy.
— Wybacz mi, lordzie Rand, że tak się wgapiałem w twoją panią, ale Łaska z pewnością obdarowała cię jej osobą. Tylko nie przyjmuj tego jako zniewagę.
— To dla mnie żadna zniewaga — odparł Rand. Zastanawiał się, czy wszyscy mężczyźni czują to samo co on, gdy patrzą na Selene. — W drodze do wsi, kapitanie, widziałem ogromną kulę. Wyglądała na kryształową. Co to takiego?
Wzrok Cairhienina nabrał ostrości.
— To część posągu, lordzie Rand — powiedział wolno. Jego wzrok pomknął w stronę Loiala, przez chwilę wyraźnie rozważał coś na nowo.
— Posąg? Widziałem dłoń i twarz. Musi być ogromny.
— Jest ogromny, lordzie Rand. I stary. — Caldevwin urwał. — Mówiono mi, że pochodzi z Wieku Legend.
Rand poczuł zimny dreszcz. Wiek Legend, kiedy wszędzie używano Jedynej Mocy, o ile wierzyć opowieściom.
„Co się tam stało? Wiem, że tam coś zaszło”.
— Wiek Legend — wtrącił się Loial. — Tak, na pewno. Nikt od tamtych czasów nie robił równie wielkich dzieł. Wykopywanie tego posągu musi pewnie kosztować sporo pracy, kapitanie.
Hurin siedział i nie odzywał się ani słowem, jakby wcale nie słuchał, jakby wręcz w ogóle go nie było w izbie.
Caldevwin przytaknął z niechęcią.
— W obozowisku za wykopem umieściłem pięciuset robotników, ale i tak zdąży minąć lato, zanim zupełnie odkopiemy posąg. To są ludzie z Foregate. Moja praca polega na pilnowaniu ich, by kopali i jednocześnie nie zbliżali się do wsi. Mieszkańcy Foregate znajdują upodobanie w piciu i hulance, rozumiecie, a tutejsi ludzie wiodą spokojny żywot. — Ton jego głosu mówił, że jego sympatie są całkowicie po stronie mieszkańców wioski.
Rand przytaknął. Ludzie z Foregate zupełnie go nie interesowali.
— Co z nim potem zrobicie?
Kapitan zawahał się, ale Rand tylko popatrzył na niego, gdy mu odpowiedział.
— Sam Galldrian przykazał, by go odwieziono do stolicy.
Loial zamrugał.
— To wielkie dzieło. Nie wyobrażam sobie, jakim sposobem można przewieźć coś tak dużego i to tak daleko.
— Jego Królewska Mość przykazał — odparł ostrym tonem Caldevwin. — Zostanie ustawiony za miastem, jako pomnik na chwałę Cairhien i Dynastii Riatin. Nie tylko Ogirowie wiedzą, jak poruszać kamienie.
Loial wyglądał na zbitego z tropu, kapitan zaś wyraźnie odzyskał panowanie nad sobą.
— Przyjmij przeprosiny, przyjacielu Ogirze. Mówiłem pośpiesznie i nieokrzesanie. — Nadal mówił nieco gburowatym tonem. — Czy długo zostaniesz w Tremonsien, lordzie Rand?
— Rankiem wyjeżdżamy — odparł Rand. — Jedziemy do Cairhien.
— Przypadkiem wysyłam jutro kilku swoich ludzi do miasta. Muszę ich kolejno zmieniać, jak za długo przypatrują się ludziom wymachującymi kilofami i łopatami, to robią się gnuśni. Nie przeszkodzi ci, jeśli dotrzymają wam towarzystwa? — Ubrał to w formę pytania, ale wyraźnie uważał, że zgoda jest już przesądzona. Wstał, gdy na schodach pojawiła się pani Madwen. — Wybaczysz mi, lordzie Rand, ale muszę jutro wstać wcześnie. Do jutra zatem. Oby Łaska miała was w swej opiece.
Ukłonił się Randowi, skinął głową w stronę Loiala i wyszedł.
Gdy drzwi za Cairhieninem zamknęły się, karczmarka podeszła do stołu.
— Umieściłam już twoją lady w jej izbie. Mam też przygotowane pokoje dla ciebie i twego człowieka, a także ciebie, przyjacielu Ogirze. — Urwała, lustrując wzrokiem Randa. — Wybacz mi, jeśli jestem zbyt śmiała, mój panie, ale chyba mogę przemawiać tak swobodnie do lorda, który pozwala odzywać się swemu człowiekowi. Jeśli się mylę... cóż, nie chciałam urazić. Przez dwadzieścia trzy lata Barin Madwen i ja, jak się nie kłóciliśmy, tośmy się całowali, że się tak wyrażę. Chcę przez to powiedzieć, że mam pewne doświadczenie. Tobie się teraz wydaje, że twoja pani już nigdy nie będzie chciała spojrzeć na ciebie, ale ja to sobie myślę, że jak zastukasz dziś nocą do jej drzwi, to ona cię przyjmie. Uśmiechnij się i powiedz, że to wszystko twoja wina, nieważne, czy tak było naprawdę.