Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Rand!
Jakby nic go nie ponaglało, dołączył do Loiala przy koniach. Ogir przywiązywał szkatułę do siodła paskami od sakwy. Pod spód wepchnął swój płaszcz, by szkatuła mogła bezpiecznie utrzymać się na okrągłym siedzeniu siodła.
Saidin przestał śpiewać. Wywracająca żołądek łuna była tam, ale cofała się, jakby rzeczywiście odparł jej napór. Przejęty zdziwieniem pozwolił pustce zniknąć.
— Ja chyba popadam w obłęd — powiedział.
Nagle uświadamiając sobie, gdzie są, obejrzał się w stronę, z której przyszli. Z kilkunastu różnych kierunków dobiegały go krzyki i wycia, oznaki poszukiwań, ale nie pościgu. Na razie. Dosiadł grzbietu Rudego.
— Czasami nie rozumiem połowy tego, co mówisz — oświadczył Loial. — Skoro już musisz popaść w obłęd, to czy nie możesz tego zrobić dopiero wtedy, jak już wrócimy do lady Selene i Hurina?
— Jak masz zamiar jechać z tym w siodle?
— Będę biegł! — Na poparcie swych słów narzucił szybki krok, ciągnąc za sobą konia. Rand ruszył zaraz za nim.
Tempo narzucone przez Loiala dorównywało końskiemu cwałowi. Rand był przekonany, że Ogirowi nie uda się w ten sposób biec długo, jednakże nogi Loiala bynajmniej nie osłabły. Rand stwierdził, że być może wcale nie kłamał, przechwalając się kiedyś, że potrafi prześcignąć konia. Podczas biegu Loial oglądał się za siebie co jakiś czas, jednakże okrzyki Sprzymierzeńców Ciemności i wycia trolloków cichły w oddali.
Mimo że teren zaczął się już lekko wznosić w górę, Loial prawie wcale nie zwolnił kroku, wbiegł do ich obozowiska na zboczu góry, lekko tylko zadyszany.
— Macie go! — W głosie Selene słychać było triumf, gdy jej wzrok padł na ozdobną szkatułę przymocowaną do siodła Loiala. Znowu miała na sobie suknię, Randowi wydawała się biała jak śnieg. — Wiedziałam, że dokonasz właściwego wyboru. Czy ja mogę... na niego popatrzeć?
— Czy któryś z nich was ścigał, mój panie? — spytał z niepokojem Hurin. Popatrzył na szkatułę ze zgrozą, lecz jego oczy ześlizgnęły się w mrok, w dół zbocza. — Jeśli ruszyli w pogoń, musimy jak najszybciej stąd uciekać.
— Moim zdaniem nie. Idź na ten występ skalny i sprawdź, czy coś widzisz. — Gdy Hurin pobiegł na zbocze góry, Rand wyskoczył z siodła. — Selene, nie wiem, jak się otwiera tę szkatułę. Loial, a ty?
Ogir pokręcił głową.
— Daj, to spróbuję... — Słuszny, jak na kobietę, wzrost nie pomógł, siodło Loiala znajdowało się bardzo wysoko ponad ziemią. Selene wyciągnęła się do góry, by dotknąć misternie wyrytych wzorów na szkatule, pogładziła je dłońmi, nacisnęła. Rozległ się szczęk, Selene podważyła i otwarła wieko.
Gdy stawała na palcach, by włożyć rękę do środka, Rand sięgnął ponad jej ramieniem i uniósł Róg Valere. Już raz go widział, ale nigdy nie dotknął. Mimo iż pięknie wykonany, nie sprawiał wrażenia czegoś bardzo starego, ani obdarzonego wielką mocą. Skręcony złoty róg, połyskujący bladym blaskiem, z inkrustowanym srebrnym napisem wijącym się wokół czaszy. Dotknął palcem dziwacznych liter. Wydały się wchłaniać promienie księżyca.
— Tia mi aven Moiridin isainde vadin — odczytała Selene. — „Grób nie będzie przeszkodą na moje wezwanie”. Czeka cię jeszcze większa sława niż Artura Hawkinga.
— Zabieram go do Shienaru, do lorda Agelmara.
„Powinien trafić do Tar Valon — pomyślał — ale ja już skończyłem z Aes Sedai. Niech Agelmar albo Ingtar go do nich zawiezie”.
Schował Róg z powrotem do szkatuły, przykuwał wzrok odbitym światłem księżyca.
— To obłęd — orzekła Selene.
Rand wzdrygnął się, słysząc te słowa.
— Obłęd, nie obłęd, to mam właśnie zamiar zrobić. Mówiłem ci, Selene, nie pragnę udziału w sławie. Jeszcze dzisiaj, w tym miejscu, wydawało mi się, że pragnę. Przez jakiś czas wydawało mi się, że chcę...
„Światłości, jest taka piękna. Egwene. Selene. Nie jestem wart żadnej z nich”.
— Coś mnie chyba opętało.
"Saidin przybył po mnie, ale odpędziłem go mieczem. A może to też obłęd?”
Zrobił głęboki wdech.
— Róg Valere należy do Shienaru. A jeśli nawet nie, to lord Agelmar będzie wiedział, co z nim zrobić.
Wrócił z gór Hurin.
— Znowu zapłonęło tam ognisko, lordzie Rand, tym razem o wiele większe. I wydało mi się, że słyszę krzyki. Chyba jeszcze nie wyruszyli w góry.
— Źle mnie zrozumiałeś, Rand — powiedziała Selene. — Nie możesz teraz wracać. Zobowiązałeś się. Ci Sprzymierzeńcy Ciemności nie odejdą z pokorą, ponieważ zabrałeś im Róg. Na pewno nie. O ile nie znasz jakiegoś sposobu, żeby ich wszystkich zabić, będą na ciebie polować tak samo, jak ty polowałeś na nich.
Długie włosy Selene zafalowały, gdy potrząsnęła głową.
— Dlatego nie możesz się cofać, tylko jechać do przodu. O wiele wcześniej dotrzesz do bezpiecznych murów Cairhien niż do Shienaru. Czy myśl o paru dniach spędzonych w moim towarzystwie jest dla ciebie aż tak przykra?
Rand zapatrzył się na szkatułę. Towarzystwo Selene żadną miarą nie było uciążliwe, jednakże w jej obecności nie umiał się wystrzec nie pożądanych myśli. Niemniej jednak jazda z powrotem na północ wiązała się z ryzykiem napotkania Faina i jego świty. Tu miała rację. Fain nigdy nie zrezygnuje. Ingtar też nigdy nie zrezygnuje. Jeśli Ingtar będzie nadal podążał na południe, a Rand nie znał powodów, dla których miałby zboczyć z obranej drogi, wówczas przybędzie do Cairhien, prędzej lub później.
— Cairhien — zgodził się. — Będziesz musiała mnie zawieźć do miejsca, w którym mieszkasz, Selene. Nigdy nie byłem w Cairhien. — Wyciągnął rękę, by zamknąć szkatułę.
— Czy zabrałeś coś jeszcze Sprzymierzeńcom Ciemności? — spytała Selene. — Wspominałeś wcześniej o jakimś sztylecie.
„Jak mogłem zapomnieć?”
Pozostawił szkatułę i wyciągnął sztylet zza pasa. Nagie ostrze zakrzywiało się jak róg, rękojeść tworzyły złote smoki. Osadzony w niej, wielki jak paznokieć kciuka, rubin zamrugał w świetle księżyca niby złowrogie oko. Ozdobny, nie różnił się niczym od innych noży, Rand jednak znał jego skazę.
— Bądź ostrożny — powiedziała Selene. — Nie skalecz się.
Rand poczuł, jak przeszywa go dreszcz. Skoro zwykłe noszenie go przy sobie było takie niebezpieczne, to nie chciał myśleć, co mogła spowodować zadana przez niego rana.
— To sztylet z Shadar Logoth — wyjaśnił wszystkim. — Zniekształca każdego, kto nosi go długo przy sobie, przenika do kości skazą, jaką naznaczone jest Shadar Logoth. Bez Uzdrowienia Aes Sedai ta skaza w końcu zabija.
— A więc to właśnie dolega Matowi — powiedział cicho Loial. — Nigdy nie podejrzewałem.
Hurin popatrzył ma sztylet w ręku Randa i otarł swoje ręce o przód kaftana. Węszyciel nie miał najszczęśliwszej miny.
— Nikt z nas nie powinien dotykać go, o ile to nie jest konieczne — ciągnął Rand. — Wymyślę jakiś sposób, by można go było nieść...
— To niebezpieczne. — Selene popatrzyła, krzywiąc się na ostrze, jakby te węże były prawdziwe i jadowite. — Wyrzuć go. Zostaw albo zakop, jeśli nie chcesz, by wpadł w czyjeś ręce, ale pozbądź się go.
— Mat go potrzebuje — odparł stanowczo Rand.
— Jest zbyt niebezpieczny. Sam tak powiedziałeś.
— On go potrzebuje. Amy... Aes Sedai powiedziały, że on umrze, jeśli nie będzie można użyć sztyletu do Uzdrawiania.
„One nadal trzymają go na sznurku, ale to ostrze przetnie ten sznurek. Dopóki nie pozbędę się sztyletu i Rogu, też będą mnie trzymały na sznurku, ale ja nie będę tańczył, choćby nie wiadomo jak zań ciągnęły”.
Ułożył sztylet na szkatule, w skręcie Rogu — dokładnie się w nim mieścił — i zamknął wieko. Rozległ się głośny trzask.