Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Wielkie Polowanie
Wielkie Polowanie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielkie Polowanie

Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:

Wielkie Polowanie
1 ... 90 91 92 93 94 95 96 97 98 ... 217
Перейти на страницу:

Gestem ręki nakazując Loialowi, by szedł za nim, Rand położył się na brzuchu i zaczął się czołgać w stronę szkatuły. Usłyszał zduszony jęk Ogira, nie spuszczał jednak wzroku ze znajdującego się przed nim ciemnego wzgórka.

Sprzymierzeńcy Ciemności i trolloki leżeli po lewej i prawej stronie, on jednak widział kiedyś, jak Tam podkradł się do jelenia tak blisko, że zdołał położyć dłoń na jego boku, zanim zwierzę uciekło. Próbował nauczyć się tego od Tama.

„Obłęd!”

Myśl przeleciała obok, niewyraźna, nieomal poza zasięgiem.

„To obłęd! Popadasz-w-obłęd!”

Ciemne myśli, cudze myśli.

Powoli, bezszelestnie podpełzł do tego jedynego, wyjątkowego cienia i wyciągnął rękę. Poczuł pod palcami skomplikowane zdobienia wyryte w złocie. To była szkatuła, w której krył się Róg Valere. Dotknął jeszcze innego przedmiotu, leżącego na wieku. Sztylet, nie schowany do pochwy. Wytrzeszczył oczy, próbując przebić mrok. Przypomniawszy sobie, co ten sztylet zrobił z Matem, cofnął się natychmiast, a pustka zachybotała pod wpływem zdenerwowania.

Śpiący nie opodal człowiek — w odległości nie więcej niż dwa kroki od szkatuły, nikt z pozostałych nie spał tak blisko — jęknął przez sen i zaczął się gwałtownie wiercić pod kocami. Rand czekał, aż pustka wymiecie myśl i lęk z umysłu. Pomrukując coś z niepokojem przez sen, mężczyzna znieruchomiał.

Rand jeszcze raz wyciągnął dłoń w stronę sztyletu, nie dotykając go jednak. Na samym początku nie zrobił Matowi nic złego. W każdym razie niewiele, nie w szybkim tempie. Jednym zdecydowanym ruchem uniósł sztylet, schował go za pas i oderwał rękę, jakby to miało skrócić czas, w trakcie którego stykał się z jego nagą skórą. Gdyby jednak mu zaszkodził, wówczas Mat umarłby bez sztyletu. Czuł go na sobie, jakby to był ciężar ciągnący w dół. Przygniatający go. Niemniej jednak w pustce wrażenia zmysłowe były czymś równie odległym jak myśli, toteż dotknięcie sztyletu prędko wyblakło, jakby z dawna był do niego przyzwyczajony.

Jeszcze chwilę tylko zmarnował na wpatrywanie się w spowitą w cień szkatułę — Róg na pewno był w środku, ale nie wiedział, jak się ją otwiera, a sam nie dałby rady jej udźwignąć — pa czym odwrócił się w poszukiwaniu Loiala. Ogir przykucnął niedaleko od niego, ogromna głowa obracała się na wszystkie strony, gdy patrzył to na ludzkie kształty Sprzymierzeńców Ciemności, to na śpiące trolloki. Nawet pomimo mroku widać było wyraźnie, że oczy Loiala już nie mogą być szerzej otwarte, w świetle księżyca przypominały spodki. Rand wyciągnął rękę i ujął jego dłoń.

Ogir drgnął i głośno wciągnął powietrze. Rand przyłożył palec do ust, ułożył rękę Loiala na szkatule i wykonał gest naśladujący podnoszenie. Przez jakiś czas — wydawał się trwać wieczność, w samym środku nocy, zewsząd otoczeni Sprzymierzeńcami Ciemności i trollokami, mimo że nie mogło to trwać dłużej niż kilka uderzeń serca — Loial tylko wytrzeszczał oczy. Potem powoli objął ramionami złotą skrzynkę i wstał. Wydawało się, że zrobił to bez najmniejszego wysiłku.

Równie ostrożnie, a nawet jeszcze ostrożniej niż wchodząc tu, Rand zaczął się wycofywać z obozu, w ślad za Loialem i szkatułą. Ściskając oburącz rękojeść miecza, obserwował śpiących Sprzymierzeńców Ciemności, znieruchomiałe sylwetki trolloków. W miarę jak oddalali się od obozu, wszystkie te cieniste postacie pozwalały wchłaniać się coraz mocniej mrokowi.

„Prawie wolni. Udało się!”

Człowiek, który spał obok szkatuły, znienacka usiadł ze zduszonym jękiem, po czym poderwał się na równe nogi.

— Zniknął! Budzić się, plugawcy! Zniiiknąąął!

Był to głos Faina, Rand rozpoznał go nawet w pustce. Pozostali wstawali z ziemi, Sprzymierzeńcy Ciemności i trolloki pytali głośno, co się stało, pomrukiwali i powarkiwali. Głos Faina przeszedł we wściekłe wycie.

— Wiem, że to ty, al’Thor! Ukrywasz się przede mną, ale ja wiem, że tam gdzieś jesteś! Znajdźcie go! Znajdźcie go! Al’Thoooor!

Ludzie i trolloki pierzchali na wszystkie strony.

Otulony w przestrzeń pustki Rand na moment nie przestawał iść. Nieomal zapomniany podczas wchodzenia do obozowiska saidin zaczął w nim pulsować.

— On nas nie widzi — szepnął Loial. — Jak już dotrzemy do koni...

Z ciemności wyskoczył na nich trollok, mimo ludzkiej twarzy, w miejscu, gdzie powinny być usta i nos, miał okrutny orli dziób. W powietrza rozległ się świst przypominający cięcie sierpem.

Rand poruszał się nie zwiedziony żadnymi myślami. Stał się jednym z ostrzem. Kot Tańczy na Murze. Trollok krzyknął przeraźliwie, gdy upadał, krzyknął raz jeszcze, gdy zdychał.

— Biegnij, Loial! — rozkazał Rand. Słyszał wołanie saidina. — Biegnij!

Niewyraźnie zauważył, jak Loial przechodzi w niezdarny galop, w mroku nocy bowiem zamajaczyła sylwetka następnego trolloka, obdarzonego pyskiem i kłami dzika, z uniesionym toporem. Rand gładko wślizgnął się między trolloka i Ogira, Loial musiał wynieść Róg. Wyższy od Randa o całą głowę i ramiona, o połowę szerszy, trollok napadł go z tłumionym warkotem. Tym razem nie wydał żadnego krzyku. Cofał się tyłem w ślad za Loialem, lustrując wzrokiem noc. Saidin śpiewał do niego, jakże słodko brzmiała jego pieśń.

„Niechaj Moc spali ich wszystkich, niech spali Faina i pozostałych na popiół. Nie!”

Oto jeszcze dwóch trolloków, wilk i baran, połyskujące zęby, skręcone rogi. Jaszczurka na Gałęziach Głogu. Uniósł się gładko na kolano, gdy drugi zwalił się na ziemię, nieomal ocierając rogami o jego ramię. Pieśń saidina pieściła go uwodzicielsko, ciągnęła go za tysiąc jedwabnych sznurów.

„Spalić ich wszystkich Mocą. Nie. Nie! Lepiej samemu umrzeć. Gdybym sam zginął, wszystko by się skończyło”.

Pojawiła się cała grupa trolloków, rozglądali się niepewnie. Było ich trzech, czterech. Nagle jeden z nich wskazał Randa, pozostali podjęli jego wycie i ruszyli do szarży.

— Niech się to skończy! — krzyknął Rand i skoczył im na spotkanie.

Na moment, jakby zaskoczeni, zwolnili, po czym znowu ruszyli, wydając gardłowe okrzyki, żądni krwi, z wzniesionymi mieczami i toporami. Zatańczył między nimi w takt pieśni saidina. Koliber Całuje Różę. Jaka śliczna pieśń. Kot na Gorącym Piasku. Jak nigdy przedtem miecz wydawał się żyć w jego rękach, walczył, jakby ostrze ze znakiem czapli miało nie dopuszczać do niego saidina. Czapla Rozwija Skrzydła.

Rand zapatrzył się zdumiony na znieruchomiałe kształty leżące dokoła na ziemi.

— Lepiej samemu umrzeć — powiedział półgłosem. Podniósł oczy i spojrzał na wzgórze, na którym znajdował się obóz. Był tam Fain, Sprzymierzeńcy Ciemności i jeszcze inne trolloki. Nie pokona ich wszystkich. Nie uda mu się stawić im wszystkim czoło i przeżyć. Zrobił krok w tamtą stronę. Następny.

— Rand, chodź tu! — Naglące, wyszeptane wołanie Loiala napłynęło do niego przez pustkę. — Na życie i Światłość, Rand, chodź tutaj!

Rand pochylił się ostrożnie, by wytrzeć miecz o kaftan trolloka. Potem, równie ceremonialnie, jakby obserwował go Lan, schował ostrze do pochwy.

1 ... 90 91 92 93 94 95 96 97 98 ... 217
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)