Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 173
Перейти на страницу:

Spo­tkać tu moż­na było naj­róż­niej­sze in­dy­wi­dua. Dwie skań­skie wiedź­my, przy­wie­zio­ne – bo­go­wie wie­dzą kie­dy – przez ja­kie­goś pi­ra­ta, są­sia­do­wa­ły z bo­kheń­skim ne­kro­man­tą. Sta­ry za­kli­nacz po­go­dy zaj­mo­wał tę samą ka­mie­nicz­kę, co trój­ka mło­dych, cał­kiem uro­dzi­wych zie­la­rek, któ­rych mi­ło­sne elik­si­ry zna­ne były da­le­ko poza mia­stem. Miesz­ka­ła tu też sta­ra cza­row­ni­ca Men­tel­le, po­wszech­nie po­są­dza­na o tru­ci­ciel­stwo, i pe­wien adept ta­jem­ni­czej gar­reń­skiej sztu­ki przy­zy­wa­nia zmar­łych, po­noć były ka­płan. Oraz wie­lu, wie­lu in­nych.

W D’Ar­twe­enie moż­na było zna­leźć radę na więk­szość kło­po­tów i przy­pa­dło­ści drę­czą­cych zwy­kłych lu­dzi. Moż­na też było, je­śli ktoś za­cho­wy­wał się nie­od­po­wied­nio, na­ba­wić się kło­po­tów i przy­pa­dło­ści, nie­zna­nych więk­szo­ści zwy­kłych lu­dzi. W kon­tak­tach z jej miesz­kań­ca­mi li­czył się przede wszyst­kim takt i umiar. Na­wet po­tęż­na Liga Czap­ki sta­ra­ła się uni­kać za­tar­gów z nimi. Każ­dy zło­dziej, ra­buś czy mor­der­ca dzia­łał tu wy­łącz­nie na wła­sną rękę.

Alt­sin za­glą­dał tu dość czę­sto. Głów­nie dla­te­go, że Ce­tron utrzy­my­wał nie naj­gor­sze kon­tak­ty z więk­szo­ścią miesz­ka­ją­cych tu cza­row­ni­ków i cza­row­nic, a kil­ku na­wet za­trud­niał na sta­łe. Jego dziel­ni­ca są­sia­do­wa­ła z D’Ar­twe­eną i obie czę­ści mia­sta bar­dzo na tym ko­rzy­sta­ły, czę­sto więc po­słu­gi­wał się mło­dym zło­dzie­jem jako po­słań­cem. Chło­pak za­mie­rzał za­tem wy­ko­rzy­stać te­raz te zna­jo­mo­ści i od­wie­dzić Zor­ste­an.

Za­pu­kał do jej drzwi, sta­ra­jąc się obo­jęt­ną miną ukryć nie­po­kój. Otwo­rzy­ła oso­bi­ście. Z tego, co wie­dział, przez ostat­nie pięt­na­ście lat tyl­ko raz za­trud­ni­ła słu­żą­ce­go, a i to na krót­ko.

Wy­glą­da­ła jak sprze­daw­czy­ni sło­dy­czy, żona pie­ka­rza, han­dlar­ka ba­ka­lia­mi. Ni­ska, lek­ko przy ko­ści, na oko koło czter­dziest­ki. Alt­sin wie­dział, że nie­je­den klient, przy­cho­dzą­cy tu po raz pierw­szy, brał ją za słu­żą­cą albo ku­char­kę pani Zor­ste­an-wal-La­web – cza­ro­dziej­ki. Błąd, któ­ry kil­ku za­ro­zu­mial­ców kosz­to­wał od­pra­wie­nie z kwit­kiem. Do­pie­ro gdy ktoś spoj­rzał jej w oczy, ciem­no­sza­re, spo­koj­ne i pew­ne jak oce­an o świ­cie, wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia. To nie były oczy ko­goś przy­wy­kłe­go do wy­ko­ny­wa­nia po­le­ceń.

Na jego wi­dok uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko i od razu po­czuł się nie­pew­nie.

– Wi­taj, Zor­ste­an.

Uśmie­szek zgasł, cof­nę­ła się o krok, wa­chlu­jąc dło­nią.

– Fuj! Wy­stro­iłeś się jak fir­cyk, a śmier­dzi od cie­bie go­rzej niż od pi­ja­ne­go gar­ba­rza.

Jęk­nął.

– Ty też? Mia­łem cięż­ką noc i na­praw­dę pa­skud­ny po­ra­nek.

– Chy­ba nie przez ostat­nie pół roku?

Ro­zej­rzał się.

– Po­trze­bu­ję po­mo­cy i nie mam cza­su na kłót­nie. Wpu­ścisz mnie?

Unio­sła pięk­nie za­ry­so­wa­ne brwi.

– Kłót­nie? Kto mówi o kłót­niach? Oczy­wi­ście, wejdź.

Zgod­nie z nie­pi­sa­ny­mi pra­wa­mi w domu cza­row­ni­cy po­win­no być ciem­no i dusz­no, z su­fi­tu mają się zwie­szać pa­ję­czy­ny, a na pół­kach stać sło­je ze zmu­mi­fi­ko­wa­ny­mi okro­pień­stwa­mi. Oczy­wi­ście przy­da­ło­by się też kil­ka wiel­kich ksiąg ma­gicz­nych, osmo­lo­ny ko­cioł i ja­kiś zwie­rzak.

Naj­le­piej kot. Czar­ny.

Zor­ste­an nie lu­bi­ła ciem­no­ści, brzy­dzi­ła się pa­ją­ków, a na wi­dok tego, co nie­któ­rzy trzy­ma­li w sło­jach, bra­ły ją mdło­ści, na­wet je­śli były to tyl­ko nóż­ki w ga­la­re­cie.

Poza tym nie afi­szo­wa­ła się z księ­ga­mi, a garn­ki za­wsze szo­ro­wa­ła do czy­sta.

No i ni­g­dy nie mia­ła cier­pli­wo­ści do zwie­rząt.

– Sia­daj tam – wska­za­ła mu ni­ską sofę w sty­lu Im­pe­rium – i ni­cze­go nie ru­szaj.

– Do­brze, o pani – mruk­nął, sia­da­jąc.

Po­gro­zi­ła mu pal­cem.

– Nie bła­znuj mi tu, Alt. Je­steś dla mnie tym sa­mym gów­nia­rzem, któ­ry pró­bo­wał tu kie­dyś zwę­dzić tro­chę sre­bra.

– Szo­ro­wa­łem za to gary i pod­ło­gi przez pół roku.

– To ni­ska cena. Gdy­byś pró­bo­wał okraść ko­goś in­ne­go na tej uli­cy, oglą­dał­byś już świat z wnę­trza ja­kie­goś brud­ne­go sło­ja. Two­je szczę­ście, że zna­łam Ce­tro­na.

Ich zna­jo­mość za­czę­ła się wła­śnie od ta­kie­go in­cy­den­tu. Za­raz po tym, jak tra­fił pod skrzy­dła Ce­tro­na, a miał wte­dy nie­speł­na je­de­na­ście lat, za­ło­żył się z ko­leż­ka­mi rze­zi­miesz­ka­mi, że ukrad­nie coś w D’Ar­twe­enie. To był zły po­mysł, a kie­dy rzu­cał się po pod­ło­dze w ata­ku wy­wo­ła­nej za­klę­ciem pa­dacz­ki, zja­wi­ła się Zor­ste­an. Rze­czy­wi­ście, miał szczę­ście, że zna­ła jego pa­tro­na. Za karę jed­nak przez pół roku był jej słu­żą­cym. I nie oszczę­dzi­ła mu żad­nej, naj­pa­skud­niej­szej na­wet pra­cy.

– Po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy.

– Pew­nie, ina­czej nie za­szczy­cił­byś mnie wi­zy­tą. Po co od­wie­dzać sta­rą cza­row­ni­cę, jak ma się ko­leż­ków do wy­pit­ki i za­ba­wy pod ręką. Cze­kaj tu.

Wy­szła.

Ro­zej­rzał się po kom­nat­ce. Nie­wie­le się tu zmie­ni­ło, bie­lo­ne ścia­ny, dwie sofy, ni­ski sto­lik z ciem­ne­go drew­na, kil­ka pó­łek z kwia­ta­mi i duże okno wy­cho­dzą­ce na rze­kę. Wła­ści­we pra­cow­nie Zor­ste­an znaj­do­wa­ły się na pod­da­szu i w piw­ni­cy.

Po od­by­ciu kary zo­stał łącz­ni­kiem mię­dzy Ce­tro­nem a cza­ro­dziej­ką. Przez na­stęp­ne lata by­wał w D’Ar­twe­enie tak czę­sto, że nie­któ­rzy za­czę­li na­wet po­dej­rze­wać, iż uczy się ma­gii. Rze­czy­wi­ście li­znął nie­co wie­dzy o cza­rach, ale ani go nie cią­gnę­ło do tego, ani Zor­ste­an nie pró­bo­wa­ła zy­skać ucznia. Po pro­stu po­lu­bi­li się z cza­ro­dziej­ką, on cza­sa­mi przy­no­sił jej ja­kiś dro­biazg, fant ukra­dzio­ny na boku, ona za­wsze mia­ła dla nie­go ku­bek go­rą­ce­go mle­ka z mio­dem. Za­nim się spo­strzegł, za­czę­ła mu mat­ko­wać, cza­sem w spo­sób nie­mal za­bor­czy. Skoń­czy­ło się to na kil­ku awan­tu­rach, po któ­rych za­zwy­czaj zni­kał na dłu­gie dni, i po paru la­tach po­wsta­ła mię­dzy nimi luź­na więź. Ona nie pró­bo­wa­ła już go wy­cho­wy­wać, on nie nad­uży­wał jej go­ścin­no­ści. Po praw­dzie Alt­sin od ja­kie­goś cza­su po­dej­rze­wał, że je­śli cza­ro­dziej­ka mia­ła ja­kie­goś kota, to wła­śnie on speł­niał tę rolę. Był da­chow­cem, przy­błę­dą po­ja­wia­ją­cym się od cza­su do cza­su, żeby wy­pić mi­skę cie­płe­go mle­ka i wy­li­zać rany przy ko­min­ku.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)