Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Spotkać tu można było najróżniejsze indywidua. Dwie skańskie wiedźmy, przywiezione – bogowie wiedzą kiedy – przez jakiegoś pirata, sąsiadowały z bokheńskim nekromantą. Stary zaklinacz pogody zajmował tę samą kamieniczkę, co trójka młodych, całkiem urodziwych zielarek, których miłosne eliksiry znane były daleko poza miastem. Mieszkała tu też stara czarownica Mentelle, powszechnie posądzana o trucicielstwo, i pewien adept tajemniczej garreńskiej sztuki przyzywania zmarłych, ponoć były kapłan. Oraz wielu, wielu innych.
W D’Artweenie można było znaleźć radę na większość kłopotów i przypadłości dręczących zwykłych ludzi. Można też było, jeśli ktoś zachowywał się nieodpowiednio, nabawić się kłopotów i przypadłości, nieznanych większości zwykłych ludzi. W kontaktach z jej mieszkańcami liczył się przede wszystkim takt i umiar. Nawet potężna Liga Czapki starała się unikać zatargów z nimi. Każdy złodziej, rabuś czy morderca działał tu wyłącznie na własną rękę.
Altsin zaglądał tu dość często. Głównie dlatego, że Cetron utrzymywał nie najgorsze kontakty z większością mieszkających tu czarowników i czarownic, a kilku nawet zatrudniał na stałe. Jego dzielnica sąsiadowała z D’Artweeną i obie części miasta bardzo na tym korzystały, często więc posługiwał się młodym złodziejem jako posłańcem. Chłopak zamierzał zatem wykorzystać teraz te znajomości i odwiedzić Zorstean.
Zapukał do jej drzwi, starając się obojętną miną ukryć niepokój. Otworzyła osobiście. Z tego, co wiedział, przez ostatnie piętnaście lat tylko raz zatrudniła służącego, a i to na krótko.
Wyglądała jak sprzedawczyni słodyczy, żona piekarza, handlarka bakaliami. Niska, lekko przy kości, na oko koło czterdziestki. Altsin wiedział, że niejeden klient, przychodzący tu po raz pierwszy, brał ją za służącą albo kucharkę pani Zorstean-wal-Laweb – czarodziejki. Błąd, który kilku zarozumialców kosztował odprawienie z kwitkiem. Dopiero gdy ktoś spojrzał jej w oczy, ciemnoszare, spokojne i pewne jak ocean o świcie, wiedział, z kim ma do czynienia. To nie były oczy kogoś przywykłego do wykonywania poleceń.
Na jego widok uśmiechnęła się szeroko i od razu poczuł się niepewnie.
– Witaj, Zorstean.
Uśmieszek zgasł, cofnęła się o krok, wachlując dłonią.
– Fuj! Wystroiłeś się jak fircyk, a śmierdzi od ciebie gorzej niż od pijanego garbarza.
Jęknął.
– Ty też? Miałem ciężką noc i naprawdę paskudny poranek.
– Chyba nie przez ostatnie pół roku?
Rozejrzał się.
– Potrzebuję pomocy i nie mam czasu na kłótnie. Wpuścisz mnie?
Uniosła pięknie zarysowane brwi.
– Kłótnie? Kto mówi o kłótniach? Oczywiście, wejdź.
Zgodnie z niepisanymi prawami w domu czarownicy powinno być ciemno i duszno, z sufitu mają się zwieszać pajęczyny, a na półkach stać słoje ze zmumifikowanymi okropieństwami. Oczywiście przydałoby się też kilka wielkich ksiąg magicznych, osmolony kocioł i jakiś zwierzak.
Najlepiej kot. Czarny.
Zorstean nie lubiła ciemności, brzydziła się pająków, a na widok tego, co niektórzy trzymali w słojach, brały ją mdłości, nawet jeśli były to tylko nóżki w galarecie.
Poza tym nie afiszowała się z księgami, a garnki zawsze szorowała do czysta.
No i nigdy nie miała cierpliwości do zwierząt.
– Siadaj tam – wskazała mu niską sofę w stylu Imperium – i niczego nie ruszaj.
– Dobrze, o pani – mruknął, siadając.
Pogroziła mu palcem.
– Nie błaznuj mi tu, Alt. Jesteś dla mnie tym samym gówniarzem, który próbował tu kiedyś zwędzić trochę srebra.
– Szorowałem za to gary i podłogi przez pół roku.
– To niska cena. Gdybyś próbował okraść kogoś innego na tej ulicy, oglądałbyś już świat z wnętrza jakiegoś brudnego słoja. Twoje szczęście, że znałam Cetrona.
Ich znajomość zaczęła się właśnie od takiego incydentu. Zaraz po tym, jak trafił pod skrzydła Cetrona, a miał wtedy niespełna jedenaście lat, założył się z koleżkami rzezimieszkami, że ukradnie coś w D’Artweenie. To był zły pomysł, a kiedy rzucał się po podłodze w ataku wywołanej zaklęciem padaczki, zjawiła się Zorstean. Rzeczywiście, miał szczęście, że znała jego patrona. Za karę jednak przez pół roku był jej służącym. I nie oszczędziła mu żadnej, najpaskudniejszej nawet pracy.
– Potrzebuję twojej pomocy.
– Pewnie, inaczej nie zaszczyciłbyś mnie wizytą. Po co odwiedzać starą czarownicę, jak ma się koleżków do wypitki i zabawy pod ręką. Czekaj tu.
Wyszła.
Rozejrzał się po komnatce. Niewiele się tu zmieniło, bielone ściany, dwie sofy, niski stolik z ciemnego drewna, kilka półek z kwiatami i duże okno wychodzące na rzekę. Właściwe pracownie Zorstean znajdowały się na poddaszu i w piwnicy.
Po odbyciu kary został łącznikiem między Cetronem a czarodziejką. Przez następne lata bywał w D’Artweenie tak często, że niektórzy zaczęli nawet podejrzewać, iż uczy się magii. Rzeczywiście liznął nieco wiedzy o czarach, ale ani go nie ciągnęło do tego, ani Zorstean nie próbowała zyskać ucznia. Po prostu polubili się z czarodziejką, on czasami przynosił jej jakiś drobiazg, fant ukradziony na boku, ona zawsze miała dla niego kubek gorącego mleka z miodem. Zanim się spostrzegł, zaczęła mu matkować, czasem w sposób niemal zaborczy. Skończyło się to na kilku awanturach, po których zazwyczaj znikał na długie dni, i po paru latach powstała między nimi luźna więź. Ona nie próbowała już go wychowywać, on nie nadużywał jej gościnności. Po prawdzie Altsin od jakiegoś czasu podejrzewał, że jeśli czarodziejka miała jakiegoś kota, to właśnie on spełniał tę rolę. Był dachowcem, przybłędą pojawiającym się od czasu do czasu, żeby wypić miskę ciepłego mleka i wylizać rany przy kominku.