Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 152
Перейти на страницу:

Złość uderzyła jej falą gorąca do głowy.

– Wdarli się, przynajmniej do jednego wozu, słyszałam. I rąbią zewnętrzne burty toporami... i uderzyli pieszo... Tam są moi bracia, i zaraz zginą przez takich tępych... głupich... wołów... którzy wolą się kryć za tarczami!

Anaho’la szarpało się jej w dłoniach w rytm słów, które zdawały się wyskakiwać z ust, jak gorące węgle z pieca. Wojownik poczerwieniał i sięgnął ku niej ręką. Nim jednak pancerna dłoń zdołała ją pochwycić, wślizgnęła się znów do szczeliny i wypadła na przedpole.

Wokół nadal świstały strzały. Pochyliła głowę i runęła przed siebie, ku łamiącej się jak zęby piły linii wozów bojowych, tam, gdzie rąbały topory.

Potrzebowali aż pięciu uderzeń serca, żeby za nią pobiec. Tępe woły w ciężkich zbrojach i z wielkimi tarczami. Mimo wszystko Verdanno nie zostawiają swoich dzieci na pewną śmierć.

Dogonili ją ledwo kilka kroków od najbliższego wozu. Trzech zbrojnych. Dwie tarcze znalazły się przed nią, jedna na górze. Stuk, stuk, stuk. Kolejna strzała uderzyła w żelazną krawędź tarczy z takim impetem, że drzewce poszło w drzazgi.

– Gdzie biegniesz, głupia?!

To był ten, z którym już rozmawiała. Tym razem jego uchwyt bolał, jakby mężczyzna chciał zmiażdżyć jej kości.

– Słuchaj! – Szarpnęła się, rozrywając rękaw. – Słuchaj!!!

Zza wozów bojowych dobiegał ryk, szczęk stali, wrzaski rannych i konających. Oraz odgłos wyłamywania desek, rąbania drewna.

Zastygli na mgnienie oka, wszyscy trzej.

– Tam nie ma konnych, atakują na piechotę! Z drabinami i czymś, co łamie burty wozów!

Wojownik trzymający tarczę nad ich głowami odwrócił się, zamachał coś jedną ręką w av’anaho. Szczeliny w drugiej linii wozów zaczęły wypluwać pancerną piechotę.

Za późno, zrozumiała to, gdy w najbliższym wozie ustał stuk toporów. Walka wciąż trwała, ryki i szczęk broni nie umilkły ani na chwilę, lecz ten wóz, ledwo kilka kroków przed nimi, zrobił się nagle bardzo, ale to bardzo cichy. I prawie w tej samej chwili deszcz strzał osłabł, a ona poczuła, jak ziemia drży. Ten, który ją trzymał, zbladł i wyszeptał:

– Idą.

Złapali ją za ramiona, poderwali się na nogi i rzucili do ucieczki.

Nie wiedziała, co oznacza takie drżenie, do chwili, gdy burta wozu opadła i klapnęła o ziemię, otwierając w szeregu pancernych pojazdów ogromne przejście. I to przejście zaczęło wypluwać konnych.

Wjeżdżali po czterech, pięciu naraz, łomotali kopytami o zakrwawione deski i frunęli w jej stronę. Trzy stopy to żadna wysokość dla dobrego wierzchowca. Widziała ich, jakby płynęli w powietrzu, jak w złym śnie – skórzane pancerze zwierząt, błysk kolczug, szpiczaste hełmy, okrągłe tarcze. Groty lanc wieńczące długie drzewca i szkarłatne proporce, tańczące wokół nich niczym płomienie.

Kopyta uderzyły o ziemię po tej stronie barykady i wszystko przyspieszyło.

Najechali na nich, przewracając i tratując, i cała czwórka poszła w rozsypkę. Ten, który miażdżył jej ramię w stalowym uścisku, gdzieś znikł, odrzucony na bok, i nagle leżała sama pośrodku pola śmierci, wokół pędziły konie, a ich kopyta waliły o ziemię z siłą kowalskich młotów. Ale żaden z jeźdźców nie pochylił lancy i żaden nie złamał szyku, by ją stratować. Czasem dobrze jest być kimś takim małym i nieważnym.

Pawęż zatoczyła krótki łuk i wylądowała obok. Złapała krawędź i nasunęła ją na siebie niczym ciężki koc, skuliła się, podciągając nogi pod szyję, pod wypukłym pancerzem było dość miejsca dla trzech takich chucher. Coś łupnęło z góry, raz i drugi, kopyto – zdążyła pomyśleć, tak walą podkute żelazem kopyta, a ten, który narzucił na nią tarczę, nie jest już chroniony przez warstwy drewna okutego metalem. I nagle do łoskotu kopyt dołączyły inne dźwięki, szczęk stali, krzyki ludzi, kwik ranionych koni... Obie strony dały się zaskoczyć. Verdanno szybkością ataku i sprawnością, z jaką koczownicy uderzyli na obóz, a Se-kohlandczycy tym, że za pierwszą linią obrony nie rozciąga się pogorzelisko, tylko mur z wozów mieszkalnych, skąd szyto do nich jak do słomianych tarcz i skąd wylewał się nieprzerwanie strumień ciężkiej piechoty. I to piechoty, która nie zamierzała uciekać ani opancerzać się tarczami, tylko atakowała zaciekle, dźgając włóczniami, ściągając konnych z siodeł hakami gizarm i rohatyn, tnąc wierzchowce po pęcinach i prując im brzuchy.

Odważyła się wysunąć głowę spod tarczy.

Nie dalej jak trzy kroki od niej leżał strzęp człowieka. Ręce i nogi rozrzucone pod dziwnym kątem, podziurawiona kolczuga, twarz zmiażdżona uderzeniem ciężkiego kopyta. Nie miał tarczy.

Odwróciła wzrok.

Walka trwała wzdłuż całej linii wozów mieszkalnych, lecz najwyraźniej koczownicy zorientowali się już, że ich atak się nie powiedzie, bo przez wyrwy w Rogatym Grodzie nie wlewały się kolejne fale jeźdźców. Część piechoty biła się z nimi na przedpolu, kłując, siekąc i dźgając. Z głębi obozu wciąż napływały posiłki, które tworzyły mur wzdłuż wozów mieszkalnych lub zajmowały pozycje na ich dachach. Kusze i łuki miały swoją chwilę.

Zabrzmiały ostre gwizdy i jeźdźcy zaczęli zawracać konie, sprawnie i bez paniki, która zakorkowałaby wąskie przejścia masą uciekających. Po dwóch, trzech odrywali się od kąśliwej piechoty i rozpędzając wierzchowce do skoku, znikali w wyrwach po zdobytych wozach. Niektórzy zatrzymywali się po kilkunastu krokach, zawracali i przyjmowali na siebie impet kontrataku, żeby ich towarzysze mogli się wycofać. Na oczach Key’li jeden z koczowników rzucił się do szaleńczej szarży i padł przeszyty kilkoma strzałami, a inny zeskoczył z konia, by wesprzeć podnoszącego się z ziemi towarzysza i razem, ramię w ramię, pokuśtykali przez usłane trupami pole.

Kto powiedział, że odwaga ma być przymiotem tylko jednej ze stron?

I w tym momencie jej szczęście się skończyło.

Koń jednego z galopujących do zbawczego wyjścia Se-kohlandczyków zarżał nagle i zaszurał tylnymi nogami po ziemi, jeździec zdążył wyrzucić stopy ze strzemion i zeskoczyć z siodła, nim nieszczęsne zwierzę przewróciło się na bok. Koczownik nawet się nie obejrzał, przetoczył tylko przez ramię i złapał za pierwszą osłonę, która mogła ochronić go przed strzałami.

Tarczę, pod którą leżała.

Pisnęła i zacisnęła kurczowo dłonie na uchwycie, ale był silny jak wół. Poderwał ją razem z pawężą, przez czas krótszy niż machnięcie skrzydeł wróbla widziała jego oczy, ciemne i gniewne, a potem machnął ręką na odlew i uderzył ją otwartą dłonią. Czuła, że upada, a potem, że unosi się w powietrzu i płynie, w głowie miała tylko szum i szelest, lecz gdzieś w oddali, ponad kakofonią pobliskiej bitwy, usłyszała je, długie rogi bojowe prowadzące rydwany do szarży, i coraz bardziej naglące gwizdki koczowników.

Wrócili...

Wiedziałam, że wrócą.

Porywacz przeskoczył przez wóz i poniósł ją w ciemność.

* * *

Rankiem Rogaty Gród już nie istniał.

Wozy rozpinano całą noc, a w tym czasie dwadzieścia Fal spychało koczowników coraz dalej na wschód. Awe’aweroh Mantom przyprowadził z powrotem przeszło cztery tysiące rydwanów, w samą porę, by uderzyć na wycofujące się po nieudanym szturmie a’keery. Dołączyło do niego pięć tysięcy rydwanów pozostających w obozie i odwrót koczowników zamienił się w rzeź, zwłaszcza w tych miejscach, gdzie zaatakowali pieszo. Wozakom udało się nawet zamknąć w Jedwabnych Kręgach dwa wielkie, liczące po tysiąc koni oddziały, które wystrzelano do ostatniego człowieka.

Ale to był ich największy sukces tej nocy.

Obóz stracił ponad sto wozów bojowych. Załogi pozostałych były mniej lub bardziej poharatane. Nie udało się wyprowadzić z niego Pancernych Węży, by wspomóc walczące Fale. Nie udało się wystarczająco szybko zmiażdżyć obozowiska Syna Wojny. Se-kohlandczycy stawiali opór na tyle długo, by umknąć, a choć stracili połowę stad i część tabunów, większość ich sił uciekła i rozproszyła się po wyżynie. Wszyscy wiedzieli, że nie miną trzy dni, a Kyh Danu Kredo zbierze ich z powrotem.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)