Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Nie! On cię zabije!
Nie wiedział, co zadziałało, jego gest, ręce wyrzucone w przód czy sposób, w jaki wypluł z siebie te słowa, ale zamarła w pół ruchu, pochylona w dziwny sposób, niemal spadając z ławki. I zaraz nadeszła odpowiedź, coś w rodzaju gwałtownego szamotania w środku, jakby dziesięć tysięcy serc zabiło w nim jednocześnie, zawrót głowy i szybki, gwałtowny skurcz szarpiący przeponą. Smak krwi w ustach. Zaklął, splunął ognistą czerwienią i uderzył z całej siły krawędzią dłoni w burtę. Ból eksplodował, obejmując całe przedramię; uderzył jeszcze raz w to samo miejsce, mrowienie pomknęło w górę, objęło bark, zamachnął się…
Starcza dłoń złapała go za rękę, przytrzymała. Oczy wiedźmy nie przypominały już studni wypełnionych śmiercią.
– Połamiesz kości. – Jej chwyt miał siłę imadła. – A pogruchotana dłoń zawsze trudno się goi.
Puściła go powoli i usiadła na swoim miejscu. Poprawiła szatę.
– Jestem Gualara Erwos z klanu Udruich plemienia Uwerunków Białych – zaczęła spokojnie, jakby przed chwilą dopiero co się spotkali. – Od siedemdziesięciu lat jestem wiedźmą. Gdy stoję przed plemieniem, służę Udruim, gdy stoję przed radą plemion, służę Uwerunkom, gdy stoję przed całą wyspą, służę południu, gdy stoję przed światem, Seehijczycy są moimi panami.
Zatoczyła ręką dookoła.
– To moja wyspa, mój naród, moje plemię i klan. W takiej kolejności. Wiem, że walki między rodami nie mają znaczenia wobec walk klanowych, te muszą ustąpić wobec starć plemion, które są niczym, gdy północ ściera się z południem. A wszystko to znika, gdy rozlega się wezwanie do kameluuri, bo wróg depcze naszą ziemię.
Altsin odchrząknął.
– Twoja wyspa – słowa wychodziły opornie z puchnącego gwałtownie gardła – i twój bóg.
– Tak. Mój bóg. Stary, zmęczony… – W oczach wiedźmy pojawiło się coś, co Altsin dostrzegł po raz pierwszy. Miłość. – I umierający. Ostatnie wezwanie do kameluuri prawie wyczerpało jego moc. Jest z nami od początku, ocalił nas od śmierci i dał wszystko, co mógł. I nigdy nie zawiódł, choć my łamaliśmy wszystkie przysięgi i obietnice. Sądzisz, że nasze honorowe wojny, wendety, rajdy ka’hoon, ciągnące się pokoleniami zemsty to tysiącletnia tradycja? To szaleństwo ma mniej niż dwieście lat. Tyle tylko wystarczy, by durnie uznali chwilową aberrację za odwieczne, nienaruszalne prawo. Nikt nie wie, od czego się zaczęło, który przeklęty przez Niebiosa głupiec pierwszy uznał, że jego osobisty honor i honor plemienia to jedno. Ale to już bez znaczenia. Bo Oum stracił siły, by nas poprowadzić, a jego Moc z każdym pokoleniem słabnie.
– Pokoleniem?
– Bogowie długo umierają. Kiedyś słowo Ouma docierało do każdego zakątka wyspy, dziś ledwo je słychać w Dolinie Dhawii. Wszystko się zmienia. Prawa plemienne wyrastają ponad boskie, Czarne Wiedźmy muszą opierać swoją władzę na strachu i uzbrojonych po zęby osiłkach, a rady klanów coraz mocniej podważają władzę Doliny, traktując Ouma tak jak wy, na kontynencie, traktujecie swoich bogów, odległych i niedostępnych. W czasie ostatniego najazdu musieliśmy sprowadzić najbardziej zacietrzewionych wodzów przed jego oblicze, żeby uzyskać ich zgodę – słowo zasyczało w powietrzu – na kameluuri. Pięćset lat temu wystarczyłby jeden jego gest.
Altsin skupiał się na słowach wiedźmy, usiłując zapomnieć o bólu zmaltretowanej dłoni. Prawie mu się udało.
– Dlatego… – zaczął z wysiłkiem – … Czarne Wiedźmy handlują z ArMittar? To znaczy bez pośrednictwa Kamany. Bo wola waszego boga osłabła? Jeśli miasto się dowie, że łamią umowy, wpadnie w furię.
Gualara uniosła brwi.
– Już wspomniałeś, że coś spostrzegłeś w czasie uczty. – Uśmiechnęła się powściągliwie. – Obserwowałam cię, gdy weszła Euruvi, i widziałam zdumienie na twojej twarzy. Szybko starte, ale jednak. Jak się domyśliłeś?
– Nie odpowiedziałaś na pytanie.
– Racja. Szykują się na wojnę. O sukcesję. Gdy on… odejdzie, a niektóre z nich sądzą, że to już niedługo, będą chciały siłą narzucić swoją władzę reszcie wyspy. Och, zapewne ogłoszą, że Oum udał się do swojego królestwa, znajdującego się w innym miejscu Wszechrzeczy, a im powierzył rolę przewodniczek i opiekunek Seehijczyków. Założą świątynię albo zakon, ogłoszą się kapłankami i zaczną rządzić.
– Taka świątynia nie utrzymałaby się zbyt długo.
– Jesteś pewien? Religia, której bóg jest tylko czczym wymysłem, a nie Obecnością, taką, która może się w każdej chwili pochylić i zerknąć na ręce swoich kapłanów… Zapewniam cię, że miałaby się doskonale. Rządziłaby światem. Ale zanim do tego dojdzie, moje siostry poszukują sojuszników wśród klanów i plemion, które nie są zbyt bogate i silne, więc ich niezadowolenie czy też poczucie krzywdy da się łatwo przekuć w ostrze i skierować na bogatych sąsiadów. Tylko że ubodzy sprzymierzeńcy nie wystawią dobrze zaopatrzonej armii, więc trzeba ich dozbroić.
Stara wiedźma zatarła ręce, wywołując dźwięk, jakby dwa węże usiłowały zrzucić skórę i ocierały się o siebie.
– Moje siostry – dodała, a słowo „siostry” ociekało jadem – nie mogą kupować broni za pośrednictwem Kamany, bo wodzowie ważniejszych plemion szybko by się o tym dowiedzieli.
– Sami robicie dobrą broń.
– Tak. Ale w Dolinie ogień nie jest mile widziany, a jak bez niego wytapiać stal? Zresztą jeśli ubogie klany nagle zaczną kuć tysiące mieczy i toporów, ktoś też zada sobie pytanie, skąd mają pieniądze na metal, nowe kowadła i narzędzia. Nie. One starają się działać cicho i dyskretnie. Oczywiście to tylko plotki, bo na razie nikt ich nie złapał z… hm, u nas powiedzieliby z głową na włóczni, na pamiątkę pewnych niemal już zapomnianych wojennych zwyczajów. Ale pogłoski o tym, że Dolina się zbroi, pełzają po lesie od lat. Jednak na razie nikt nie ma na to dowodów – jej głos wypełnił lód. – Więc zapytam jeszcze raz, skąd wiesz, że przemycają broń?
Ból dłoni przeszedł w tępe pulsowanie. Irytujące i niepozwalające się skupić.
– Nie spodziewasz się, że wyjdę z waszej Doliny żywy, prawda? – Złodziej spojrzał Gualarze w oczy, szukając potwierdzenia swoich podejrzeń. – Ofiarowujesz szczerość trupowi i jednocześnie próbujesz wyciągnąć ze mnie informacje.
Wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, czy zginiesz, czy nie. Oum zdecyduje. Jeśli każe cię zabić, będziemy z tobą walczyć. Jeśli każe uwolnić, wypuścimy. Jego wola będzie najważniejsza. Jak się domyśliłeś, że kupują broń z zewnątrz? – powtórzyła. – Wiem, że wpadłeś na to już w zamku.
– Psi pysk na głowicach tasaków. To znak cechowy jednej z mittarskich gildii płatnerskich. Znam tę gildię z PonkeeLaa i wiem, że nie ma w Kamanie swojego przedstawiciela. A żaden z miejscowych rzemieślników nie podrabia ich rękojeści, słyszałbym o tym. Więc to broń z przemytu. Poza tym galera, która porwała tę dziewczynę, Ynao, płynęła wokół wyspy dwa razy dłużej, niż powinna. To znaczy, że zatrzymywała się po drodze, żeby wyładować towar. Najpewniej, by uniknąć nieproszonych świadków, spotkała się na pełnym morzu z kilkoma łodziami, na które przeniesiono ładunek. Ja bym tak zrobił.
Uśmiechnęła się łagodnie.
– Tak myślałam. Trudno nam udowodnić, że nasze siostry łamią umowę z Kamaną, ale to powinno pomóc. Jest wielu ludzi, których poważnie zaniepokoi potwierdzenie tych plotek. Zresztą od wielu lat działalność moich sióstr z Doliny mocno ich drażni. Zwłaszcza…
– … że do tego też trzeba pieniędzy. I stąd naciski na wodzów takich jak ojciec Ynao, by pozwolili zakładać kopalnie na swojej ziemi.