Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Suchi, ty sukinsynu.
Wojowniczka wysłuchała Owiyę spokojnie i pod byle pretekstem wyprosiła z komnaty, potem odesłała przestraszoną dziewczynę i zaczęła ćwiczyć. Godzinę, dwie, trzy… Pięć. Pot lał się z niej strumieniem, oddech świszczał w gardle, a sani raz po raz wybuchał i gasł. Widmowi przeciwnicy padali tuzinami.
Walczyć. Walczyć, walczyć, walczyć!
Nie myśleć.
Na myśl o tym, że Laweneres zacznie odwiedzać sąsiednie komnaty, by sparzyć się z jedną, dwoma albo i wszystkimi z tych dziewczyn, że zapłodni kobietę, która będzie miała zasłoniętą twarz, aby nikt nie mógł w niej później rozpoznać matki następnego Dziecięcia Ognia, czuła… czuła…
Sama nie wiedziała, co czuje.
Zapowiedź Suchiego spełniła się i Laweneres już jej nie odwiedzał. Najwyraźniej Deana nie doceniła roli i władzy, jaką miał w pałacu truciciel, którego nawet książę wydawał się słuchać. Chyba że ten przeklęty ślepiec zbierał po prostu siły na spotkanie z tymi dziewkami, a ona była tylko przelotną rozrywką.
Głupia, głupia, głupia!
Lot Czapli wykonała w czternaście uderzeń serca, a talhery cięły powietrze wokół z taką furią, że ich klingi zdawały się żarzyć.
Przerwała dopiero wtedy, gdy na korytarzach Domu Kobiet wybuchło zamieszanie.
Pierwsza Nałożnica.
Nie wiedziała, jakie ma szczęście, że dzielą je solidne drzwi.
Deana zwaliła się na łoże i zamknęła oczy.
Rozdział 8
Północna część Amonerii różniła się od południowej jak szczecina dzika od tyłka noworodka. Północ porastały gęste puszcze, ciemne, mroczące się odwiecznymi cieniami, gdzie najczęściej człowiek stawał przed ścianą zieleni, zastanawiając się, jakie licho go tu przygnało i czy kiedykolwiek jeszcze ujrzy niebo nad głową. Południe było otwarte, niemal bezdrzewne, a miejscowe plemiona pilnowały, by tak pozostało, traktując wypas bydła i trzody jako podstawy swojej gospodarki. I tak było, według słów Gualary, niemal wzdłuż całego biegu rzeki, która stanowiła naturalną granicę dla ekspansji lasu. Tylko w okolicach ujścia puszcza przelała się na drugą stronę Maluaryny, płachtą szeroką i głęboką na trzydzieści, czy czterdzieści mil, której postęp zatrzymały dopiero słone bagniska i niegościnne wzgórza. Żeby dotrzeć do jeziora, musieli zagłębić się w tę dzicz, na której skraju towarzyszący im przewodnicy zatrzymali się, mierząc wzrokiem każde drzewo i krzak. Mieszkające tu plemiona też uważano za północne, więc w gruncie rzeczy podział na wyspie nie przebiegał na linii prawy–lewy brzeg, lecz puszczański lub równinny styl życia. Odbijało się to – jak twierdziła stara wiedźma – na tradycjach wojennych obu części wyspy.
Północ, oprócz elity plemiennej, nie doczekała się ciężkozbrojnych wojowników ani dobrej konnicy, za to dysponowała znakomitymi łucznikami i najlepszą na świecie lekką piechotą, która nie miała sobie równych w walce w lesie. Ale jeśli północne klany, jakimś cudem chwilowo zjednoczone, przekraczały rzekę, stawały naprzeciw karnych szeregów włóczników i dosiadających dobrych koni jeźdźców, co zazwyczaj kończyło się równie paskudnie, jak próba wprowadzenia jazdy i władających długimi włóczniami tarczowników w gęstwinę puszczy. Od wielu więc lat nie doszło do prawdziwej, krwawej wojny między północą a południem i tylko rajdy ka’hoon, przeprawiających się przez rzekę lekkimi łodziami, podtrzymywały wzajemną nienawiść.
Altsin jechał na koniu, niezbyt okazałym, za to spokojnym i wytrzymałym. Po prawej stronie miał Gualarę, a przed sobą Czarną Wiedźmę. Przód i tył ich małej kolumny zamykali strażnicy w pasiastych maskach. Co prawda nie mogli to być ci sami, których poturbował na uczcie, ale wolał nie pytać o takie szczegóły. Euruvi od kilku dni traktowała go jak owrzodzonego psa plączącego się pod nogami, którego człowiek nie kopnie tylko dlatego, że boi się pobrudzić buty. Stara wiedźma miała rację. Dla młodszej to, że jej bóg zwrócił uwagę na jakiegoś mnicha, był niczym sztylet wbity w zadek. Ponoć dlatego Gualara postanowiła im towarzyszyć: żeby później nie okazało się, iż złodziej utopił się w trakcie przeprawy przez rzekę, spadł z konia i skręcił kark albo zadławił kawałkiem chleba. Na pytanie, czy Euruvi naprawdę ośmieliłaby się postąpić wbrew woli Ouma, jej starsza siostra uśmiechnęła się tajemniczo i nie odpowiedziała.
A on nie dopytywał się.
Po południowej stronie wyspy droga wiła się nieustannie od jednej kamiennej warowni, stawianej zazwyczaj na wzgórzu lub w widłach licznych tu rzek, do innej klanowej osady, składającej się z kilkudziesięciu chat otoczonych wysokim murem, pilnowanym dzień i noc. Jeśli ktoś wątpiłby, czy opowieści o nieustannie toczonych w Amonerii walkach są prawdziwe, to taka krótka przejażdżka powinna wyleczyć go z niewiary. Nie istniały tu samotne zajazdy, niewielkie wioseczki czy coś, co choć z grubsza przypominałoby szlacheckie dworki, które spotykało się na kontynencie. Cała kraina składała się z serii plemiennych i klanowych obozów wojskowych oraz twierdz, a największy wróg zazwyczaj mieszkał za najbliższą granicą.
Na północy, w puszczy nie było lepiej. Obronne grody okupowały wszelkie wzniesienia, a choć obwarowania robiono tu z drewna i ziemi, nie sprawiały mniej odpychającego wrażenia. Za to mniejsze osady najczęściej albo kryły się w niedostępnych matecznikach, albo wznosiły na wyspach pośrodku bagien. Miejscowe klany uprawiały ziemię wydartą puszczy, polowały i handlowały drewnem, futrami i bursztynem. I oczywiście nieustannie obserwowały sąsiadów.
Droga, którą podążała ich grupa, miała szerokość wozu, ubitą nawierzchnię i najczęściej prowadziła szczytami łagodnych wzgórz, dzięki czemu od czasu do czasu mogli ujrzeć słońce. Lecz często też musieli zsiadać z koni i przedzierać się wąskim szlakiem, ciągnąc zwierzaki za uzdy, lub brnąc po kolana w błocku, schodzić w głębokie doliny, by po kilku godzinach marszu wdrapywać się z mozołem na kolejne wzniesienie. Altsin nie mógł się powstrzymać od myśli, jak wyglądałaby próba podbicia tych ziem przez jakąkolwiek armię, jeśli ich grupce, chronionej przez autorytet lokalnego bożka, dziennie udawało się przebyć ledwo kilka mil. Nie dziwił się już, że sam Meekhan zrezygnował z tych planów.
Zastanawiał się też, mimochodem, jak długo udałoby mu się przeżyć, gdyby nie towarzystwo Czarnej Wiedźmy, i nieodmiennie wychodziło mu, że na południu byłoby to jakieś pół dnia, jeśliby potrafił szybko biegać i dobrze się kryć, a na północy może ze dwie godziny. Ledwo zagłębili się w lasy, ledwo pochłonął ich wilgotny, cienistozielony półmrok, rozległy się pojedyncze ptakopodobne trele. Złodziej nie znał się na tutejszych zwierzętach, ale musiałby być porządnie pijany, by nie zauważyć, że te dźwięki towarzyszą im i tylko im, że słychać je tylko z jednej strony lasu oraz że rozlegają się dokładnie tam, gdzie podążali.
– Nie są zbyt ostrożni – rzucił na jednym z postojów, gdy posilali się plackami owsianymi i suszonymi owocami, a tajemnicze głosy otoczyły ich i pomknęły naprzód.
Stara wiedźma wzruszyła ramionami.
– Gdyby chcieli się przed nami ukryć, nie odróżniłbyś tych sygnałów od dźwięków lasu. Teraz po prostu mówią nam, że jesteśmy obserwowani. I przekazują dalej wieść, że zbliża się Czarna Wiedźma. Przekroczyliśmy już granice terytorium przynajmniej trzech klanów i to wiadomość przekazywana między nimi. Żeby jakiś gorącokrwisty młokos nie posłał nam strzały.
– Ka’hoona?
– Ka’hoona, która zaatakuje wysłanników Ouma, będzie tego bardzo żałować. Własny klan wyśle ją do Doliny Dhawii, by błagać o przebaczenie. W kawałkach. Zaczynając od stóp, które przyniosły ich na miejsce ataku, poprzez dłonie trzymające broń, po zbyt puste głowy. Młodych durni trzeba trzymać krótko, zwłaszcza jeśli pozwala im się nosić broń. Dlatego strażnicy Czarnych Wiedźm noszą maski w bijących po oczach kolorach, a my jedziemy pod tym proporcem. – Wskazała na żółtą płachtę przeciętą dwoma czarnymi kreskami. – Znak Doliny. Nikt inny nie może go używać. Bez tego ani ty, ani ja nie przejechalibyśmy mili w tym lesie.