Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Jestem Demenaya, Królowa Niewolników i Pierwsza Kapłanka Służki. A ty ocaliłaś życie naszego księcia, za co jestem ci szczególnie wdzięczna. Bez niego zapanowałby chaos.
Deana uchyliła ekchaar i pociągnęła wina. Ostatni raz piła takie na grzbiecie książęcego słonia. Najwyraźniej tytuł Królowej Niewolników wiązał się z konkretnymi korzyściami.
– Chaos?
– Chaos. Spadek cen. Ludzie niepewni przyszłości zamieniają majątek na złoto i klejnoty, bo łatwiej ukryć sakiewkę pełną diamentów niż plantację wanilii z dwoma setkami niewolników. Ceny spadają, a tani towar nie jest wiele wart. Starcy, chorzy i dzieci trafiają do kopalń, do przeklętych sztolni wybrukowanych kośćmi niewolników, młodzi mężczyźni zostają kochankami morza, wiosłując na galerach, póki serca nie popękają im z wysiłku, kobiety… różnie. Dla auwini i kaihów chaos to śmierć lub gorzej niż śmierć.
– A dla amri?
– Amri są cenni jak… rasowe konie. Trafiają na targi niewolników w ostateczności, lecz chaos może dosięgnąć nawet ich.
– A ty? Czyją właściwie jesteś królową?
Demenaya zamarła z kielichem uniesionym ku wargom.
– A czy meekhański cesarz jest władcą tylko szlachty? Albo tylko kupców? Brudni i popielni są pod moją opieką tak samo jak domowi. Jeżeli moja opieka cokolwiek znaczy dla ludzi, którzy są rzeczami.
– Człowiek nie jest rzeczą…
– Wy, Issarowie, nie macie niewolników ani nimi nie handlujecie…
– … dopóki ktoś sam nie wybierze tej roli – dokończyła Deana.
Na usta czarnej kobiety wypłynął pogardliwy, zimny uśmiech.
– No. Mądrość ludu, który wychowuje swoje dzieci do walki, odkąd tylko nauczą się samodzielnie chodzić, i dla którego śmierć, jak słyszałam, jest tylko odpoczynkiem od trudów i znojów życia. Jeśli to prawda, co mówią o waszych górach i pustyni, to nic dziwnego, że witacie ją z radością.
Zakręciła winem w krysztale, jakimś cudem nie roniąc ani kropli.
– Spróbuj urodzić się w następnym życiu jako zwykła chłopka albo pasterka mieszkająca na pograniczu pustyni. Niech handlarze ludzi porwą cię i zawiozą setki, tysiące mil od domu, do świata, którego nie znasz. Ani języka, ani obyczajów, ani praw. Po drodze inni niewolnicy nauczą cię, że nie ma czegoś takiego jak wspólnota pokrzywdzonych, mężczyźni będą cię gwałcić, kobiety wyrwą ci ostatni kęs chleba ze słabnących palców. – W miarę jak mówiła, coś dziwnego działo się z jej twarzą, pojawiające się bruzdy i zmarszczki dodawały jej lat, usta zwężały się, skrzywione w gorzkim grymasie. – A gdy wreszcie trafisz do miejsca przeznaczenia, tysiąc, dwa, trzy tysiące mil od domu, bez rodziny i przyjaciół, to zanim nauczysz się języka i opanujesz podstawowe obyczaje swoich nowych panów, masz już potomstwo, jeśli dopisze ci szczęście z jednym mężczyzną, tego mężczyznę za męża, własny kąt, obowiązki, które musisz wykonywać, dzieci, którymi musisz się zajmować, licząc, że za dobrą i wierną pracę twój pan ich nie sprzeda. Albo przynajmniej nie sprzeda wszystkich. I już. Nie uciekniesz, zabierając ze sobą dzieci, nie zostawisz ich na pastwę losu, twój mężczyzna, jeśli jest prawdziwym mężczyzną, nie ucieknie sam, porzuciwszy rodzinę, bo zwyczajową karą jest sprzedanie żony i dzieci uciekiniera do kopalni. Spróbuj wtedy coś wybrać.
Wino ostatni raz zatańczyło na ściankach kielicha i znikło w ustach Demenayi.
– Na większości plantacji właściciele pozwalają niewolnikom na zakładanie rodzin albo wręcz to nakazują, bo takie kajdany są lepsze od żelaznych. I zapewniam cię, że to nie moja historia, ja urodziłam się już jako dziecko niewolnicy, lecz wysłuchałam zbyt wielu takich opowieści, by nie parsknąć pogardliwie nad mądrościami dzikusów, którzy wyobrażają sobie świat jako czarnobiałą mozaikę.
Milczenie zapadło między nimi jak ciężka, wełniana kotara.
– Niewiele wiesz o Issaram, prawda?
– Więcej niż ty o niewolnikach.
– Nie będę się kłócić. – Deana dopiła swoje wino i poprawiła ekchaar. – Możesz zdjąć opaskę.
Spod materiału błysnęło wściekłe spojrzenie. Nie przejęła się nim.
– Po co mnie właściwie zaprosiłaś? – zapytała spokojnie.
– Żeby ci pokazać… kilka rzeczy. Jeśli masz czas.
Czy ma czas? To albo powrót do pałacu. Parsknęła krótko i machnęła ręką. Pokazuj.
Demenaya wystukała na ściance lektyki szybki rytm. Dwanaście par silnych rąk uniosło rzeźbione pudło i ruszyły.
Przez kilka długich chwil milczały i gdy Deana była już przekonana, że milczenie wypełni im całą podróż, królowa przyciągnęła jej uwagę ciężkim westchnieniem.
– Przepraszam. Nie powinnam tak traktować gościa. – Wyciągnęła obie dłonie w jej stronę i powolnym ruchem złożyła na własnej piersi, skłaniając formalnie głowę. – Przyjmij przeprosiny i nie miej żalu, bo smutek i ból przemawiały przeze mnie.
Nawet największy cynik nie dopatrzyłby się w tym śladu kpiny.
– Twoje słowa… o tym, że człowiek sam wybiera rolę niewolnika… rzeczy. – Dłonie Demenayi zacisnęły się w pięści. – To ulubione twierdzenie wszystkich właścicieli, handlarzy i łowców. Nie ma co ich żałować, skoro wybrali taki los. Są od nas gorsi, głupsi, mają mniej charakteru, są po prostu przedmiotami obdarzonymi mową. Właściwie powinni być nam wdzięczni. Skoro pozwolili założyć sobie kajdany, widocznie sami tego chcieli. Nadają się tylko do prostych, ciężkich prac, wypluwania płuc w kopalniach, gnicia żywcem na bagnach, umierania pod ciężarem worów z przyprawami, mordowania się na arenach ku uciesze gawiedzi.
Deanie stanęła przed oczami twarz herszta porywaczy.
– Więc to prawda? Każą ludziom walczyć dla zabawy?
– Nie wiedziałaś? Ojciec naszego księcia zakazał organizowania walk niewolników, jedyna dobra rzecz, jaką udało mu się zrobić. To było tuż przed wielką wojną między Meekhanem a koczownikami, wtedy w samym mieście mieliśmy przynajmniej sześć aren, gdzie co kilka dni młodzi mężczyźni walczyli z dzikimi zwierzętami, bestiami schwytanymi na pograniczu Uroczysk, albo między sobą. Kamewas Czwarty zakazał tego, i dzięki niech będą bogom, bo gdy zaczął się napływ tanich niewolników z północy, areny wypełniłyby się krwią po pierwsze rzędy siedzeń. Tani… towar byłby łatwy do zastąpienia.
Usta Królowej Niewolników zacisnęły się w wąską kreskę.
– Dziś już nie wolno uczyć niewolników posługiwania się bronią. Ale są tacy, którzy ich szkolą, by sprzedawać później za granicę. A książęcy urzędnicy nie robią nic, by to ukrócić. Niektóre plotki mówią nawet o walkach organizowanych w księstwie, specjalnie dla bogatej szlachty i znudzonych kupców. Umiejący walczyć niewolnik jest wart dwadzieścia, trzydzieści razy tyle, co dobry rzemieślnik.
– A niewolnik z plemienia Issaram?
Uśmiech czarnoskórej kobiety stał się gorzki.
– Więc wiesz? Chciwość ocaliła ci życie, chciwość, głupota i żądza sławy, bo nawet łowcy niewolników pragną być podziwiani, a ten, który przywiózłby z północy żywą issarską wojowniczkę, mógłby się tym chełpić przez lata.
– Teraz chełpi się tym przed obliczem Matki.
Demenaya przymknęła oczy.
– Czy kamieniem będę, czy liściem, głazem, czy źdźbłem trawy, bądź gotowa na przyjście, gdy stanę przed Tobą nagi – wyrecytowała. Wierszowi towarzyszyło łagodne spojrzenie. – Wybacz kiepskie tłumaczenie, to fragment Pieśni pożegnania. Mało znanego i raczej drugorzędnego poematu, ale mój mąż miał do niego słabość. Opowiada on o tym, że każdy, król, wojownik, kapłan i żebrak, staje przed Matką nagi, a zasługi, jakie sobie przypisuje w tym życiu, nie mają dla niej większego znaczenia, bo widzi ich na wskroś. Choć niektórzy nadają tym słowom jeszcze inne znaczenie… Mówią, że człowiek może być liściem, niesionym przez wiatr, lub kamieniem, który opiera się żywiołom i sam kształtuje swój los. Lecz póki żyją, moi poddani nie mają takiego przywileju, a nazywanie ich „rzeczami obdarzonymi mową” przychodzi ich właścicielom bez trudu. Słyszałam to tysiące razy. Zapraszają mnie na różne uroczystości, Królowa Niewolników, kapłanka ich bogini, Służki, ta, która rozstrzyga spory między kastami i pilnuje, by niewolni znali swoje miejsce. Czarna olbrzymka, urodzona jako jedna z nich i wyniesiona do godności poprzez służbę przy świątyni. Coś w rodzaju…