Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 151
Перейти на страницу:

Skrzywił się, jakby właśnie przełknął łyk octu.

Czyż od miesięcy nie robił wszystkiego na opak?

Wskoczył na pokład i odwrócił się, wyciągając dłoń do Czarnej Wiedźmy. A co mu tam.

Zrobiła minę, jakby napluł jej w twarz. Ubraniem kobiety zaszargał wiatr, który nie poruszył nawet źdźbła trawy wokół. Siedząca już w łodzi Gualara warknęła coś, na wpół okrzyk, na wpół ostrzeżenie, ale wtedy młodsza kobieta odwróciła się na pięcie i odeszła w stronę lasu. Strażnicy podążyli za nią.

– Ona nie może popłynąć. Zaproszenie było tylko dla ciebie i mnie. Oum okazał jej w ten sposób swoje niezadowolenie. A jeśli nie chcesz, by okazał je tobie, lepiej usiądź, bo będziesz musiał przepłynąć większość drogi wpław.

Odbili w ciszy, zawrócili i popłynęli, tnąc dziobem taflę wody.

Altsin usiadł plecami do dziobu.

– Zawsze tu przypływa ta łódź? – zapytał.

Uśmiech starej kobiety miał w sobie coś z bolesnego grymasu.

– Nie. Nie zawsze. Za mojego życia, a odwiedzałam Dolinę dość często, widziałam ją tylko dwukrotnie. Ostatni raz dwadzieścia lat temu, gdy wylądowali Nesbordczycy. Łódź z vanuhii popłynęła w górę rzeki, by przywieźć przed oblicze Ouma skłóconych wodzów plemion. To było, zanim ogłoszono kameluuri. Zazwyczaj na brzegu czeka zwykła łódka z wiosłami i żaglem.

Vanuhii?

Posłała mu zmęczony uśmiech.

– Jeśli czegoś nie wiesz, pytaj, co?

– Owszem. Pytaj, nawet jeśli spodziewasz się kłamstwa. Czasem sposób, w jaki ktoś kłamie, powie ci więcej o danej rzeczy niż szczera prawda. Bo kłamstwo ma zazwyczaj ukryć słabość.

Vanuhii to po prostu drzewo. Drzewa. Te, którym służą Czarne Wiedźmy. Najważniejsze na świecie. Zobaczysz je w Dolinie.

– Drzewa? – Nie wiedzieć czemu, Altsin spodziewał się jednego drzewa, olbrzymiego i majestatycznego, najlepiej o złotej korze i srebrnych liściach, wokół którego snują się kapłanki ubrane w powłóczyste szaty.

– Zobaczysz.

Wiedźma ucięła rozmowę i przez długi czas patrzyła tylko w wodę. Płynęli ze stałą prędkością, Altsin, obserwując gałązki mijające burtę, ocenił ją na jakieś pięć węzłów, więc powinni znaleźć się na drugim brzegu w mniej niż dwie godziny. Z tego, co słyszał, jezioro miało około dziesięciu mil średnicy, zasilała je Maluaryna, wpływająca do niego ze wschodu, a wypływająca zeń na południowozachodnim krańcu. Ale tu, pośrodku toni, gdy jeden brzeg znikał im z oczu, a drugi był ledwo sugestią cienia na horyzoncie, nie czuło się ani prądu rzeki, ani jej siły. Odetchnął. Dobrze odpocząć na chwilę przed…

Wolał nie dociekać, co czeka go w Dolinie.

Do tej pory specjalnie nie zastanawiał się nad tym, co wydarzyło się na zamku. Od chwili, gdy stara wiedźma oznajmiła mu wolę plemiennego boga, od krótkiego, zdawkowego pożegnania z Domahem i Naywirem, którego nieśmiałe protesty w łamanym seehijskim zignorowano, nie znalazł chwili, by się zastanowić. Obaj braciszkowie powinni wrócić do Kamany morzem i Altsin miał nadzieję, że sobie poradzą z żeglugą. Jedno wydawało się pewne: prośba Ouma nie była prośbą, którą można zignorować, a dług, jaki miał wobec mnichów ojciec Ynao, nic w tym przypadku nie znaczył. Co więcej, wojownicy Małej Pięści towarzyszyli im w pierwszym etapie podróży, a Altsin zdawał sobie sprawę z ich intencji. Oum kazał mu się stawić, więc zostanie dostarczony na miejsce.

Nie sprzeciwiał się. Po pierwsze nie miał wyboru, opowiastki o herosie wyrąbującym sobie drogę przez setki wrogów były dobre dla kiepskich poetów. A po drugie nie zamierzał budzić z uśpienia swojego gościa, bo ten mógłby chcieć chronić swoje… naczynie. Złodziej uśmiechnął się ironicznie do tej myśli. Jawynder ostrzegał go przed takimi sytuacjami. Każda chwila, gdy Reagwyr budził się z drzemki, by ratować mu skórę, sprawiała, że następnym razem łatwiej przejmował kontrolę. A to oznaczało, że któregoś dnia złodziej straci nad sobą panowanie i będzie po wszystkim. I nie miało znaczenia, czy stanie się więźniem własnego ciała, niezdolnym do niczego więcej niż niemego krzyku, czy rozpuści się w boskiej duszy, zatracając własne ja. Na razie stawiał opór, czego efektem były opuchnięte stawy i sińce, i chyba tylko obawa przed zniszczeniem ciała powstrzymywała Reagwyra od zdecydowanego ataku. Oraz to, że przez większość czasu ukrywał się, tkwiąc w letargu. Samotny kawałek boskiej duszy, bez sług pełniących rolę naczyń do szybkiej ucieczki, bez armii śmiertelników gotowych poddać się Objęciu i walczyć do ostatniego oddechu, był tylko zwierzyną łowną dla różnych potęg. Dobrze byłoby mieć własnych wyznawców, świątynię i braci w…

Stop. Uśmiechnął się w przestrzeń i zaklął pod nosem, ale bez szczególnej złości. Ta myśl była tak oczywista i prosta, że nie mogła stanowić wstępu do żadnego podstępnego przejęcia. Ot, po prostu pozwalając umysłowi błądzić, natknął się na odprysk boskich marzeń. Zdarza się. Zresztą każdemu wolno marzyć, bogom też. Nie zamierzał tracić sił na bezsensowny gniew.

Bo teraz najważniejsze było to, co przed nim. Dolina Dhawii i tkwiąca w niej Obecność. Wyczuwał ją, była tam, coraz intensywniejsza i mocniejsza. Gdy skupiał się na kierunku, w którym płynęli, miał wrażenie, że powietrze jest tam gęstsze i jakby bardziej zamglone. Cholera. Przypływając na Amonerię, chciał się spotkać z Aonel, córką wiedźmy, która go wpakowała w tę sytuację; miał nadzieję, że będzie chciała i będzie mogła mu pomóc. Seehijskie wiedźmy uchodziły za potężne czarownice, władające nie tylko magią aspektowaną, ale i innymi pierwotnymi potęgami. Jeśli ona nie potrafiłaby mu pomóc, to nikt inny też nie da rady.

Chyba że miejscowy plemienny bóg, do którego właśnie zmierzali.

Dwie potęgi i tkwiący między nimi śmiertelnik.

Może być… zabawnie.

– Kim jesteś?

Pytanie wdarło się w ciąg jego myśli z subtelnością ostrza znajdującego drogę w głąb ciała. Jednak właściwie Altsin był starej wiedźmie wdzięczny, bo te myśli prowadziły go na skraj otchłani.

– Kim jestem?

Gualara skinęła głową i nagle dostrzegł, co się w niej zmieniło. Straciła wygląd stojącej nad grobem staruszki, teraz przypominała kłąb napiętych rzemieni. Takich przytrzymujących ramiona balisty.

Patrząc jej w oczy, zrozumiał, że podjęła decyzję i nic jej nie zmieni. Seehijczycy słynęli z bezwzględnej wierności względem swojego klanu i plemienia. A ona, co właśnie do niego dotarło, sama przyznała, że wielokrotnie odwiedzała sanktuarium miejscowego bożka. Miała też posłuch i władzę nawet nad Czarną Wiedźmą. Ktoś taki musi posiadać… inną skalę lojalności.

– Sierotą, złodziejem, oszustem, marynarzem, wędrownym nauczycielem, drwalem, mnichem i sam już nie pamiętam kim. A ty?

– To zła odpowiedź. – Wydawało się, że rzemienie, z których była zrobiona, zatrzeszczały. – Nieprawdziwa.

– Prawdziwa. Ale nie taka, jakiej się spodziewałaś. Czy mam skłamać, żebyś się poczuła usatysfakcjonowana?

Mierzył ją wzrokiem. Kobieta siedziała na rufie, on na dziobie, oddzielała ich jedna ławka, mniej niż sześć stóp. Nie użyje magii, nie po tym, co pokazał, ale jej dłoń sięgała gdzieś za pazuchę w głębiny szaroburej szaty. Sztylet. Proste ostrze, osiem cali długości, w chwili ataku przerzuci go do lewej ręki. Teraz.

1 ... 92 93 94 95 96 97 98 99 100 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)