Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Trolloki panują nad całym południowym obszarem lasu – raportował dalej Bashere, podkręcając wąsa. – Nauczyły się unikać otwartych terenów. Co oznacza, że nie możemy w pełni efektywnie wykorzystać kawalerii.
– W zalesionym terenie smoki są, praktycznie rzecz biorąc, bezużyteczne, Wasza Wysokość – odezwał się od wejścia do namiotu Talmanes. – Od kiedy Trolloki przestały wychodzić na drogi, właściwie nie zadajemy im żadnych strat. Pośród drzew prawie nie sposób manewrować wozami, na których są zamocowane, a kiedy już przychodzi do strzału, zabijamy więcej drzew niż Pomiotu Cienia.
– A co z tymi… z tymi rzeczami, o których wspominała Aludra?
– Chodzi o jej smocze zęby? – zapytał Talmanes. – Tu już sytuacja wygląda lepiej. Smoki plują ładunkiem kawałków metalu, zamiast pojedynczą kulą. Dzięki temu pocisk ma większy rozrzut, co nieźle sprawdza się w lesie, niemniej upierałbym się, że dalej zadawane straty nie są warte ryzyka, na jakie je wystawiamy.
– Osobiście sądzę, że już w pełni wykorzystaliśmy przewagę, jaką dawał nam las – rzekł Bashere, przesuwając po mapie figurki przedstawiające znaki taktyczne jednostek Trolloków. – Przetrzebiliśmy ich zastępy, ale teraz zmądrzały i trzymają się gęstwiny, próbując nas okrążyć.
– Propozycje?
– Odwrót – szybko stwierdził Bashere. – Prosto na wschód.
– Do rzeki Erinin? Tak daleko na północy nie ma żadnego mostu – zauważył Talmanes.
Bashere pokiwał głową.
– A więc wiesz, o co mam zamiar zapytać. Masz pod swoimi rozkazami kompanię ludzi znających się na budowie mostów. Daj im osłonę smoków i wyślij nad rzekę, żeby zbudowali most tratwowy dokładnie na wschód od miejsca, gdzie się znajdujemy. Wkrótce ruszymy w tamtą stronę. Na otwartym terenie nasza kawaleria i smoki będą mogły mocniej dać się we znaki przeciwnikowi. Z kolei Erinin spowolni dalsze postępy Trolloków, zwłaszcza po tym, jak spalimy za sobą most. Przyda się też kilka smoków, odpowiednio rozstawionych. My dalej ruszymy na wschód do rzeki Alguenya, gdzie powtórzymy ten manewr. W efekcie znajdziemy się na prostej drodze do Cairhien. Zakładam, że na północy znajdziemy odpowiednie miejsce na bój defensywny. Zresztą, wydaje mi się, że już wiem, co to za miejsce… A wtedy stawimy czoło Cieniowi, mając Cairhien za plecami.
– Nie sądzisz chyba, że damy radę przemaszerować cały ten dystans? – wtrąciła się Elayne.
Mrużąc oczy, Bashere przyjrzał się mapie, jak gdyby chciał zza pergaminu dojrzeć prawdziwy teren.
– Aktywnie walczymy w tej bitwie – odparł cicho – ale nie możemy powiedzieć, że przebiega ona pod nasze dyktando. Niesie nas, dokąd chce niczym spłoszony koń jeźdźca. Nie potrafię powiedzieć, kiedy ten oszalały galop ustanie. Będę się starał wikłać jego trasę, gdzie się da kierować bestię w ciernie, ale nie powstrzymam go, póki wciąż będą przybywać nowe Trolloki.
Elayne zmarszczyła brwi. Nie mogła sobie pozwolić na niekończący się odwrót. Musiała pobić ten Pomiot Cienia najszybciej, jak się da, żeby wesprzeć swoimi siłami armie Lana i Egwene, które zmagały się z inwazją na północy.
Nie było innej drogi do zwycięstwa. Jeżeli strategia załamie się, cokolwiek Rand zdziała przeciwko Czarnemu, na nic się nie zda.
Światłości, co za bałagan.
– Zrób tak.
Perrin wsparł trzon młota na ramieniu, odbierając równocześnie rozkazy Elayne z ręki spoconego młodego łącznika. Za jego plecami wiatr delikatnie szumiał w gałęziach drzew. Ogirowie walczyli w lesie. Perrin obawiał się, że przeszkodą w walce będzie im troska o to, żeby nie uszkodzić drzew, kiedy jednak przyszło do samej walki… Światłości, nigdy w życiu nie widział równie dzikiej zapalczywości.
– Całkiem niezła taktyka – powiedział Tam, wczytując się w rozkazy. – Królowa ma głowę do wojaczki.
Perrin gestem odprawił łącznika. Ruszył przed siebie, po drodze mijając Galada naradzającego się ze swoimi podkomendnymi z Białych Płaszczy.
– Umie słuchać tych, którzy się na taktyce znają – mówił do Tama. – I nie wtrąca się za bardzo.
– O to mi właśnie chodziło, chłopcze – odparł Tam, uśmiechając się. – Dowodzenie nie zawsze sprowadza się tylko do tego, żeby mówić innym, co mają robić. Czasami wystarczy wiedzieć, kiedy zejść z drogi tym, którzy wiedzą, co robić.
– Mądre słowa, Tam – rzekł Perrin, odwracając się ku północy i ruszając przed siebie. – Jako że teraz sam jesteś dowódcą, proponuję, byś je sobie wziął do serca.
Nagle przed oczyma stanęła mu postać Randa; kolory zawirowały. Rand stał gdzieś, nie wiadomo gdzie, na szczycie nagiego górskiego grzbietu i rozmawiał z Moiraine.
Wychodziło na to, że przygotowania do inwazji Shayol Ghul weszły w decydującą fazę. Perrin poczuł, jak coś ciągnie w stronę Randa, ciągnie z coraz większą siłą. Wkrótce tamten będzie go potrzebował.
– Perrin? – zapytał Tam. – Co to za bzdury z tym dowództwem?
– Mówię o naszych siłach, Tam – wyjaśnił Perrin. – Pod twoim dowództwem wszyscy ze sobą zgodnie współpracują, zróbmy z Argandy, Gallenne i Galada twoich oficerów. – Niedaleko miejsca, gdzie się aktualnie znaleźli, Grady podtrzymywał otwartą bramę, przez którą ranni podczas ostatniej potyczki udawali się na Uzdrawianie. Po drugiej stronie bramy, w Mayene, znajdował się szpital stworzony przez Berelain i prowadzony przez Żółte Ajah. Powiało stamtąd tchnieniem ciepłego wiatru.
– Nie wiem, czy będą mnie słuchali, Perrin – wzbraniał się Tam. – Jestem tylko prostym farmerem.
– Jak dotąd wykonywali twoje rozkazy bez szemrania.
– Ale to było w trakcie naszej wędrówki po pustkowiach. Poza tym, ty byłeś zawsze w pobliżu. Słuchali mnie, ale stał za mną twój autorytet. – Tam podrapał się po brodzie. – Przyglądając się, jak coraz to zerkasz na północ, odnoszę wrażenie, że nie zabawisz już długo z nami.
– Rand mnie potrzebuje – cicho wyjaśnił Perrin. – Żebym sczezł, nie podoba mi się to… ale nie będę mógł dalej walczyć z wami tu, w Andorze. Ktoś musi strzec pleców Randa i… no, cóż, to będę ja. Skądś to wiem, nie wiem skąd.
Tam pokiwał głową.
– No dobrze, to może po prostu pójdziesz do Argandy lub Gallenne i powiesz im, że odtąd dowodzą twoimi ludźmi. Tak czy siak, królowa Elayne jest obecnie głównodowodzącym, więc…
– Hej, ludzie! – zawołał znienacka Perrin, na swoich żołnierzy. Arganda właśnie naradzał się z Gallenne. Odwrócili się w jego stronę, a razem z nimi znajdujący najbliżej członkowie Wilczej Gwardii i Białe Płaszcze Galada oraz sam Galad. Młody Bornhald popatrzył na niego jak zawsze: wzrokiem ponurym. Ostatnimi czasy zachowywał się coraz bardziej nieprzewidywalnie. Oby Światłość pomogła Galadowi trzymać tamtego z dala od brandy.
– Uznajecie moją zwierzchność i prawa lenne w formie, w jakiej została mi przekazana przez koronę Andoru? – zapytał.
– Oczywiście, lordzie Złotooki! – odkrzyknął Arganda. – Myślałem, że to już przesądzona sprawa.
– Niniejszym czynię Tama al’Thora lordem – obwieścił Perrin wszem wobec. – A równocześnie zarządcą Dwóch Rzek w imię jego syna, Smoka Odrodzonego. Cokolwiek postanowi w moim imieniu, czyli w imieniu Smoka, nosić będzie powagę naszych osobistych rozkazów. Jeżeli nie wyjdę cało z tej bitwy, Tam będzie moim następcą.