Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Ginewra? Ach nie, już prawie o niej nie myślę. Jak nie myślę o ziemi, którą uważałem za swą ojczyznę. Przypomina mi się z jakiegoś powodu studnia na podwórzu domu, w którym wyrosłem. W dzieciństwie uwielbiałem opuszczać się na jej dno w ciągu dnia (młodszy brat zawsze stał w pogotowiu i wyciągał mnie na pierwszy mój krzyk). Mówią, że za dnia ze studni widać gwiazdy.
Próbowałem kiedyś opowiedzieć o tym Nerinie. Strasznie się wzruszyła i długo płakała. A ja po tym nie mogłem myśleć o tej studni bez obrzydzenia. Dziwne, że nie rozumiałem wcześniej, jakie to było wszystko głupie.
Chciałbym wiedzieć, co powinno się wspominać. Do czego trzeba chcieć wrócić.
— Daję ci to, czego nikt nigdy ci nie da — szepcze, przyciskając moje palce do swego policzka. — Wieczną młodość, wieczne życie… Już dawno umarłbyś w tamtym… w tamtym świecie.
— I tak dawno umarłem — odpowiadam i, zabrawszy rękę, odwracam się do ściany. Nerina wzdycha (łzy dziś będą? nie? z roku na rok staje się coraz bardziej płaczliwa), siedzi jeszcze trochę, nieśmiało głaszcze mnie po głowie, wstaje. A teraz powie… teraz…
— To nic. Kiedyś się przyzwyczaisz.
To wszystko. Rytuał dobiegł końca. Teraz da mi się wyspać. Te wiecznie nieudane próby ucieczki zabierają diabelnie dużo sił. Ciekawe, czy jest jej mnie choć trochę żal? Czy też tak naprawdę lubi obserwować, jak niczym tępogłowa mucha uderzam o szybę, nie zauważając nieprzezwyciężalnej przegrody? Czy potrafi czerpać z tego sobie tylko znaną przyjemność? Z jakiegoś powodu trudno mi w to uwierzyć. Wydaje mi się, że byłaby prawdziwie szczęśliwa, gdybym po prostu kochał ją, tak, jak tego pragnie. Przecież próbowała pokazać mi prawdziwą siebie. Po prostu nie przewidziała, że nie ma człowieka zdolnego zobaczyć to i nie oszaleć.
Nerina nie odchodzi; słyszę jej oddech. Podła, siadła w kącie, myśli, że nie zauważę. Niech jej, do diabła, będzie. Chociaż nie mogę zasnąć w jej obecności, zwłaszcza gdy siedzi za moimi plecami, wpatruje się w tył mej głowy oczyma ptaszyn-siostrzyn, uśmiechając się do mych pleców ich słodko bezlitosnym uśmiechem. I nie zostaje mi nic innego, tylko leżeć i wpatrywać się w ścianę, i przypominać sobie, jak dawno, dawno temu próbowała odkryć przede mną część tej prawdy, której śmiertelnik znieść nie jest w stanie.
A przecież sam ją o to prosiłem. Kierowała mną chorobiwa ciekawość: chęć poznania, jak wygląda ona, jak wygląda miejsce, które nazywała moim nowym domem, a które w rzeczywistości było moim więzieniem, kto przychodzi do niej wieczorami, gdy zamyka wschodnią część zamku i do samego rana dobiega stamtąd dziwna, bardzo powolna muzyka, jakby wydobywająca się spod ziemi… Długo się opierała, certowaa się i krygowała, chociaż widziałem, że strasznie ją poruszył en pomysł. Do tej pory nie rozumiem, jak można przeżyć niemal dwa tysiące lat i być tak naiwną. Zresztą, to zapewne moja wina. Nie wiem dlaczego, ale Nerina wyobraziła sobie, że naprawdę ją kocham. A ja zrozumiałem to zbyt późno. Jakże bowiem mogła uznać za przejaw głębokich uczuć gorącą namiętność, z jaką przechodziły nasze pierwsze noce…? Jak się okazało, mogła. Głupotą z mojej strony było nierozumienie, że niemal cażda kobieta postrzega seks jako sposób na wyznanie miłości. I że niemal każdy mężczyzna jest zbyt wielkim egoistą, by uświadomić jej to odpowiednio wcześnie.
Nerina powiedziała, że wyda bal na moją cześć. Zabrzmiało to bardzo uroczyście, przygotowania dorównywały zapowiedziom. Zamieszanie, które wywołała wokół tego wydarzenia, rozdrażniło mnie: nie jest przyjemnie zostać przedstawionym szanownym gościom w charakterze nowego ulubionego pieska. Zresztą, gdy wszystko się zaczęło, nie miałem do tego głowy.
Pamiętam, jak wszedłem do sali, ale nie mogę przypomnieć sobie chwili, w której opadła zasłona. Umknął mi moment, gdy Nerina sprawiła, że iluzja zniknęła, i kiedy rzuciło mną w kocioł odurzająco mdlącego smrodu, chlustającego mi prosto w twarz rzeczywistością, o której zdążyłem zapomnieć. Ujrzałem rozsypujące się ściany dawno zniszczonej twierdzy, połamane, przegniłe meble, przeżarte przez mole portiery, wyblakłe błękitne świece w kandelabrach z ludzkich kości. Poczułem zapach stęchlizny, rozkładu — jaki roztacza się z rozgrzebanej mogiły. Ujrzałem jej sługi, gości…
Ujrzałem ją samą.
Do świtu na mej głowie nie pozostał choćby jeden ciemny włos. Nerina od razu naprawiła sytuację, i teraz, spoglądając w lustro (które, jak wiem, naprawdę zaciągnięte jest pajęczynami i zapaskudzone przez muchy), widzę człowieka, któremu nie da się więcej niż trzydzieści lat — pod warunkiem, że nie będzie się patrzeć w jego oczy. Ten człowiek ma czarne włosy. Już dawno przestałem uważać go za swe odbicie.
Nigdy nie rozmawialiśmy o tej nocy. Łatwiej mi było uważać ją za zły sen. Bardzo możliwe, że to był sen — wszak już następnego dnia wokół mnie pojawiły się jasne ściany, wytworne umeblowanie, a obok — pod bokiem, na wyciągnięcie ręki — Nerina we własnej osobie, świeża, pachnąca, przepiękna… Tylko ja nie mogłem porzucić myśli, że obejmując ją w rzeczywistości obejmuję wspaniale ucharakteryzowanego, zabalsamowanego trupa. Sądzę, że to rozumiała. I nienawidziła się za nieprzemyślaną, romantyczną głupotę, która pchnęła ją do tego pochopnego kroku. Chciała, żebym kochał ją taką, jaką jest naprawdę. I myślała, że dam radę. Oto do czego prowadzi tak zatwardziałe pustelnictwo. Biedactwo zupełnie nie znało ludzi.
Staram się oddychać równomiernie: mam nadzieję przekonać ją, że śpię. I rzeczywiście, Nerina wstaje, nazbyt głośno szeleści spódnicami, zamiera przestraszona. Oddycham równo i głęboko: chciałbym, żeby jak najszybciej wyszła. Nabiera się i bezszelestnie wychodzi. Drzwi nie zamyka, bo i po co? Nie musi stosować siły Zaklęcie zatrzymuje mnie pewniej od każdego zamka. Ileż to już razy pytałem ją, jak na to wpadła, a ona tylko się uśmiecha. Czasami mówi coś bezwstydnie kokieteryjnego w rodzaju „Nie zdołasz żyć beze mnie”. Kiedyś uderzyłem ją, gdy to powiedziała. Uderzyłem mocno — odleciała prawie pod przeciwległą ścianę. Był czas, gdy próbowałem zmienić jej życie w piekło, ale czym można wyprowadzić z równowagi stworzenie, żyjące dwa tysiące lat? Ona tylko się uśmiecha, moczy rózgi w roztworze z pokrzywy i siecze nimi iluzje pokojówek, a czasem — mnie (tak chciałoby się dodać — iluzję mnie). I nie ma z tego wyjścia — krąg zaczyna się i kończy jej uśmiechem. „Nie zdołasz żyć beze mnie”.
Kilkaset kroków do wolności — i zawsze, w każdych okolicznościach, bezwzględnie, niezmiennie zaczynam umierać. Nie wiem, nie rozumiem dlaczego…
Dlaczego?
Dlaczego?
Dziwne… Nigdy wcześniej nad tym się nie zastanawiałem.
Dlaczego?
— Rendalu, ty znów?
Nie, nie znów. Tym razem nie wierzę, że zdołam dojść — jak nie wierzę nigdy, lecz dziś ośmielam się przyznać do tego przed samym sobą. W tym momencie kieruje mną ciekawość badacza. Dlatego nie odwracam się na krzyk Neriny (dobiega z dolnego tarasu), nie myślę: do diabła! nie podnoszę kołnierza płaszcza, nie przerzucam się żartami z czeladzią. Po prostu wychodzę z zamku, założywszy ręce za plecy i wpatrując się w ziemię. Palce prawej ręki ściskają dłoń lewej, wciskają się w szramę. Która rozejdzie się za kilka minut, w najlepszym razie — za kilka godzin…
Dlaczego?
Przywykłem przyjmować to jako oczywistość, jako irracjonalną logikę magii, pojęcie której jest z zasady niemożliwe. Kilkaset kroków — i na mych dłoniach otwierają się stygmaty. Ale ile setek? Czy zawsze tyle samo? Nie, w pierwszych dniach z ledwością udawało mi się odejść od wrót. W kolejnych — docierałem nawet całkiem daleko. Oznacza to, że nie o odległość tu chodzi. O co w takim razie?