Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 146
Перейти на страницу:

Joan ułożyła wiadomość i wprowadziła współrzędne węzła. Nie umarłaś na próżno, przyjaciółko. Kiedy się przebudzisz i to zobaczysz, będziesz dumna z nas obu.

Zawahała się, z dłonią uniesioną nad klawiszem „wyślij”. Tiranie chcieli, by Anne uciekła, by pokazała im drogę do gwiazd, lecz czy naprawdę łup, który pozwolili jej zabrać ze sobą, nic a nic dla nich nie znaczył i zupełnie był im obojętny? Twierdzenie pojawiło się na koniec trzeciego miliona lat panowania Niahnan. Doświadczenie tej pięknej prawdy nie zniszczy Amalgamu, lecz czy nie może go osłabić? Czy jeśli pęd do wiedzy Poszukiwacza zostanie zaspokojony, a poczucie celowości nadgryzione, czy wtedy najbardziej istotna nić cywilizacji nie popadłaby we własny zmierzch? Nie istniał żaden skrót do gwiazd, ale Noudahnanie zostali pobudzeni przez swego obcego gościa i konieczna technologia już wkrótce się tu pojawi.

Amalgam też został pobudzony: twierdzenie, które już wysłała, wzbudziło falę podekscytowania, która przeszła przez całą galaktykę, umacniając Poszukiwaczy, zachęcając do dokończenia unifikacji własnym wysiłkiem. Wielki Krach być może i był nieunikniony, lecz przynajmniej mogła go opóźnić, z nadzieją, że krzepkość i różnorodność Amalgamu, pozwoli im przez to przejść i ocaleć.

Wymazała napisaną wiadomość, tworząc kolejną, zaadresowaną do swej kopii zapasowej, by przesłać ją przez podstawiony węzeł. Miło by było załadować wszystkie jej wspomnienia, lecz Noudahnanie byli bezlitośni, i nie była gotowa, by zostać tu dłużej i ryzykować, że ją wykorzystają. Ten szkic, ta pocztówka, będzie musiał wystarczyć.

Kiedy transmisja dobiegła końca, pozostawiła w pamięci konsoli wiadomość dla Sando.

— Dżołn? Potrzebujesz czegoś? — Daya zawołał do niej z zewnątrz.

— Nie. Prześpię się przez chwilę — odpowiedziała.

Przełożył Konrad Kozłowski

Julia Ostapenko

STYGMATY

Wychodzę na dwór, idąc podnoszę kołnierz płaszcza, ponownie spoglądam w niebo. Dziwne niebo, jakże dziwne. Nie, już dawno przestałem przyjmować podobne drobnostki za szczęśliwe przepowiednie. Zabawne, ale dawniej każdą błahostkę przyjmowałem za dobry znak. Nie od razu rzecz jasna: dopiero po tym, gdy przesiąkłem tutejszą atmosferą do szpiku kości. Do diabła, a przecież wszyscy tutaj wierzą w przepowiednie. I, co charakterystyczne, wyłącznie w dobre. Sieją ziarna tylko wtedy, gdy podziobie je czarna kura. Spytałem kiedyś mamkę Eklif, dlaczego tak robią, ta jednak tylko wzruszyła ramionami. Jasna sprawa: siła przyzwyczajenia. Zresztą i ze mną jest tak samo. Dlaczego uznałem, że czyste niebo to dobry znak? Czyżby dlatego, że zdarza się to tak rzadko? Czy nie można choćby z rzadka, od czasu do czasu, dawać mi szansy? Prawdziwej szansy, a nie tej jej iluzji, którą mnie szpikujesz już od… nie trzeba, nie trzeba, przestań, nie wiem, który mamy już rok.

A zatem o czym to ja? Ze życie niczego nie jest w stanie nas nauczyć? Bzdura. Ono uczy — tego, że nigdy nie zechcemy się uczyć. To zbyt bolesne. Także fizycznie. W moim przypadku.

— Wio, bydlę, poszła! — zachrypniętym głosem wykrzykuje stary Patryk, bezlitośnie kopiąc pociągową szkapę. Biedne zwierzę wytęża ostatnie siły, przekrwione oczy wyłażą z orbit, piana płatami zwisa z wydętej wargi, na dźwięk wytężonego rzężenia rozrywa się serce, zbite kopyta ryją ziemię. Patryk tłucze je z godną podziwu gorliwością. Mogę go zrozumieć. Ostatnimi czasy biedak całkiem podupadł. Bardzo dużo pije. Czasami dotrzymuję mu towarzystwa, upijamy się na wyścigi pod starym hasłem „kto kogo przepije”, i przynoszą mnie do Neriny, ledwo ciepłego i oklapłego, żeby mnie pocieszyła albo wychłostała — w zależności od nastroju. Chłostać to ona lubi, to prawda. Ma pewną skłonność do sadyzmu, ale moja dziewczynka bardzo wstydzi się tej słabości, i zmuszony jestem sam dawać jej powód. Tak jest bezpieczniej.

— No poszła żesz ty! — natęża się Patryk, i kobyłka wytęża się w ślad za nim, i tak oto wytężają się oboje: starzec woźnica i pociągowa szkapa, razem, unisono. To też swoista harmonia. Trochę im zazdroszczę: nie dane mi było zaznać nawet takiej.

W tej części zamku jest teraz cicho: po południu aktywność czeladzi przenosi się pod dach, do kuchni, warsztatów pełnych kurzu, dusznych sal… Nie, co ja mówię — do oślepiająco wspaniałych sal, mieniących się blaskiem tysięcy wypolerowanych płyt, luster… Czego jeszcze? Kandelabrów? Tak… Nie. Nie, nie. Niech to diabli, jeden raz tylko Nerina nieostrożnie pokazała mi, jak wszystko ma się w rzeczywistości, ale ja nie mogę tego zapomnieć. Tego kurzu, pajęczyn, grobowego zimna, ciągnącego z przewiewanych przeciągami korytarzy…

Sale, jasne sale. Przepych i świetność, ciepło i przytulność. Starzec Patryk, mamka Eklif, pociągowa szkapa, stękająca w męczarniach pięć kroków ode mnie. Wyciągnę rękę, dotknę ciepłego, szczeciniastego pyska, wilgotny nos wsunie się w mą dłoń. I znów pomyślę — ze zdziwieniem, z zachwytem: diabelska wiedźma!

Przecież nic z tego nie istnieje.

Chciałoby się wiedzieć, czy bezchmurne niebo także nie istnieje…? Chciałoby się wierzyć, że nie sięgnęła jeszcze tak wysoko. Chciałoby się wierzyć, że choć to mi zostawiła.

Ale do diabła z tym. Za każdym razem mówię sobie: do diabła z tym, za każdym razem potrząsam głową, podnoszę kołnierz płaszcza (A czy płaszcz jest prawdziwy? Jest? Jesteś pewien?), zasępiam się, zdecydowanym krokiem przechodzę przez podwórze, czasem ulegam pokusie wymiany kilku zdań ze służbą, która, wiem o tym dobrze, nie istnieje poza moją wyobraźnią — poza iluzją, która zastąpiła mi prawdziwy świat. A czasami…

— Rendalu!

Ona jedna tak potrafi wymawiać moje imię. Zrozumiałem to zaraz po tym, jak uczyniła to po raz pierwszy — wiele, wiele lat temu; sfrunęło z jej ust, niczym motylek, płochliwie zrywający się z kwiatka na chwilę przed tym, nim zgnieciecie jego delikatne skrzydełka szorstkimi, pokrytymi odciskami palcami. I pozostaje wam tylko obserwacja leniwie kołyszącej się kwiatowej główki. Na tyle długo, by zrozumieć, że to mak.

Dlatego — właśnie dlatego — zatrzymuję się, chociaż, jak się zdawało, zdecydowałem się: do diabła z tym! — Zatrzymuję się i odwracam, i spoglądam w górę, mrużąc oczy od niemiłosiernie jasnego światła. No, co tym razem…? Jak zawsze, czy…

Widzę Nerinę w oknie najbliższej wieży, na samej górze. Wysunęła się z okna po pas, wychyliła w dół, białe niczym szron włosy smużą się po solidnej kamiennej ścianie. Mrużę oczy jeszcze bardziej, niczym krótkowidz, zaciskam zęby, mocno przygryzam język — nie tak dawno odkryłem, że nagły ostry ból pomaga na chwilę zrzucić okowy jej czarów — i rzeczywiście przez ułamek sekundy widzę drapieżnie wygięty, zwęglony szkielet gotowej w każdej chwili zawalić się wieży, widzę połamane gałązki martwego bluszczu wokół okna, widzę wyraźnie wyszczerzone zęby obciągniętej zgniłą skórą czaszki… Albo nie widzę. Tak, już nie widzę. I kto mi powie, czy nie było to wytworem moich… nie, nie fantazji (są tu sami swoi, eufemizmy nie są potrzebne) — halucynacji. Tak, nazwijmy rzeczy po imieniu. Czas najwyższy oszaleć, czas najwyższy.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)