Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
I to wszystko. Nie zażądali (było ich sześciu): „Zaprowadźcie nas do waszego wodza”, nie stwierdzili: „…to mały krok dla obcych, ale ogromny krok naprzód dla ludzkości”, nie zażądali nawet: „Ziemianie, oddajcie nam swoje kobiety”. Albo planetę. Po prostu przybyli i czekali.
I czekali. Otoczyły ich błyskające kogutami policyjne samochody. Ekipy telewizyjne i reporterzy skierowali na nich obiektywy kamer. Nad ich głowami krążyły F-16, których piloci zawzięcie robili zdjęcia i usiłowali stwierdzić, czy: A) ich statek otacza pole siłowe, B) jest uzbrojony i C), czy mogą go zniszczyć? (Nie mogli). Połowa miasta ogarnięta przerażeniem zwiała w góry, powodując kosmiczny korek na I-70, a druga połowa podjechała do kampusu, żeby zobaczyć, co jest grane, powodując kosmiczny korek na Evans.
Obcy, którym natychmiast nadano nazwę Altairczyków, ponieważ jeden z wykładowców astronomii Uniwersytetu Denver orzekł, że przybyli z gwiazdy Altair w konstelacji Orła (nie było to prawdą), nie zareagowali na żadną z tych rzeczy, skutkiem czego rektor uniwersytetu nabrał przekonania, iż nie zamierzają niczego rozpieprzać w stylu Dnia Niepodległości. Wyszedł więc i powitał ich w imieniu Ziemi i władz Uniwersytetu w Denver.
A oni stali. Pojawił się burmistrz, który ich powitał w imieniu Ziemi i Denver. Zaraz potem przybył gubernator, który powitał ich w imieniu Ziemi oraz stanu Kolorado i zapewnił ich, że odwiedzanie jego stanu jest absolutnie bezpieczne. Mówił tak, jakby Altairczycy byli ostatnimi z długiego szeregu zbiegających się zewsząd skorych do podziwiania uroków Gór Skalistych turystów, choć było to raczej mało prawdopodobne, bo stali tyłem do gór i nie odwrócili się nawet, gdy gubernator przeszedł obok nich, by wskazać im Point s Peak. Stali po prostu i gapili się na główny budynek uniwersytetu.
Stali tak przez kolejne trzy tygodnie nie zwracając uwagi na żadną z niezliczonych mów, jakie wygłaszali oficjele z Departamentu Stanu, naukowcy, przedstawiciele innych państw, a także przywódcy religijni i rekiny finansjery. Nie przejmowali się też w najmniejszym stopniu drobnymi kaprysami pogody, takimi jak ostatnia kwietniowa burza śnieżna, która w całym stanie pozrywała linie energetyczne i połamała gałęzie drzew. Gdyby nie wyraz ich twarzy, wszyscy mogliby pomyśleć, że mieszkańcy Altaira są roślinami.
Żadna roślina nie potrafiłaby jednak tak patrzeć. Ich spojrzenia wyrażały ostateczną i absolutną dezaprobatę. Pierwszą osobą, która to zauważyła i skonstatowała była, Boże przebacz, moja ciotunia Judith.
Właściwie była ciotką ojca. Odziana w kostium, kapelutek i białe rękawiczki nawiedzała nas zwykle raz w miesiącu. Siadała na krawędzi krzesła i popieliła nas wzrokiem. Spojrzenie to potrafiło przyprawić moją matkę o gwałtowny atak sprzątaczkowo-piekarniczy, gdy tylko się dowiadywała, że będziemy mieli zaszczyt gościć ciotunię Judith. Nie, żeby cioteczka w jakikolwiek sposób krytykowała czystość, jaką utrzymywała w domu mama, albo jej kuchnię. Do tego się nie posuwała. Nie krzywiła się nawet pijąc kawę, którą jej mama podawała, nie przesuwała też obleczonym w biel palcem po kominku w poszukiwaniu śladów kurzu. Nie musiała. Całą swoją postawą wyrażając dezaprobatę siedziała równie wymowna jak kamień, podczas gdy matka rozpaczliwie usiłowała nawiązać jakąkolwiek rozmowę. Ze wzroku cioci wynikało jasno, że uważa nas za niewychowanych brudasów i ignorantów, których nie uznawała nawet za godnych pogardy.
Ponieważ nigdy nie wyraziła swojej dezaprobaty poza rzadkimi uwagami w stylu „Dobrze wychowane dzieci nie odzywają się bez zapytania”, matka gorączkowo polerowała srebra, piekła ciasteczka, wciskała mnie i Tracy w krochmalone bluzeczki oraz lakierowane buciki, a także kazała nam grzecznie dziękować ciotuni za urodzinowe prezenty (składane pocztówki z jednodolarowym banknotem wewnątrz), i bardzo starannie odkurzała cały dom. Zmuszała się też do przestawiania mebli w saloniku — ale wszystko na próżno. Ciocia Judith wciąż dyszała dezaprobatą.
Mogłoby to załamać nawet osobę o nerwach jak postronki.
Po wizytach cioci Judith matka kładła się na otomanie z zimną, mokrą chusteczką na czole.
Altairczycy wywierali takie samo wrażenie na dygnitarzach i naukowcach, którzy przybywali, żeby ich zobaczyć. Po pierwszym spotkaniu gubernator zrezygnował z dalszych prób nawiązania kontaktu, a prezydent, którego wyniki sondaży opinii publicznej były i bez tego skandalicznie niskie i który nie mógł już ryzykować kolejnych prób wkurzenia wyborców, w ogóle odmówił wyjazdu do Kolorado.
Zamiast tego powołał dwustronną komisję, w skład której weszli przedstawiciele Pentagonu, Departamentu Stanu, Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Białego Domu, senatu i FEMA, której zadaniem było zbadanie obcych i znalezienie sposobu porozumienia się z nimi. Powołał też drugą komisję składającą się z ekspertów w dziedzinach astronomii, antropologii, egzobiologii i komunikacji, oraz trzecią — jej członkami zostali wszyscy, których zdołano zwerbować i którzy mieli jakąkolwiek teorię dotyczącą Altairczyków i tego, jak się z nimi dogadać. Zwerbowano i mnie, ponieważ napisałam serię artykułów o obcych, które ukazywały się w miejscowej prasie przed i po przybyciu mieszkańców Altaira. (Pisywałam też artykuły dotyczące turystów, prowadzenia samochodów z wlepionymi w ucho komórkami, korków na I-70, trudności ze znalezieniem mężczyzny na randkę i mojej ciotuni Judith).
Zwerbowano mnie pod koniec października na miejsce jednego z lingwistów, który zrezygnował, żeby — jak to określił — „móc spędzać więcej czasu z żoną i na łonie rodziny”. Wybrał mnie przewodniczący komisji, doktor Morthman, który nie wiedział, że moje artykuły miały być zabawne. Było to bez znaczenia, bo i tak nie miał zamiaru mnie słuchać, nie zamierzał też wysłuchiwać opinii żadnego z pozostałych członków komisji, która na tym etapie składała się z trzech lingwistów, dwóch antropologów, kosmologa, meteorologa, botanika (mogło się przecież w końcu okazać, że Altairczycy są jednak roślinami), specjalisty od ssaków naczelnych, ornitologa i entomologa (na wypadek, gdyby się okazało, że obcy nie są ssakami czy ptakami), egiptologa (gdyby przypadkiem to oni zbudowali piramidy), speca od psychiki zwierząt, pułkownika lotnictwa, prawnika z JAG, eksperta od cudzoziemskich obyczajów, znawcy komunikacji pozawerbalnej, specjalisty w kwestiach uzbrojenia, doktora Morthmana (który, jak zdążyłam się zorientować, nie znał się na niczym) i (ze względu na bliskość Colorado Springs) głowy Wszechkościoła Jedynie Prawdziwej Drogi, wielebnego Threshera, przekonanego, że Altairczycy są zwiastunami końca świata.
— Jest powód, dla jakiego Pan kazał im tu wylądować — powiedział. Chciałam go zapytać, czemu nie kazał im wylądować w Colorado Springs, ale on też nie lubił i nie umiał słuchać.
Gdy przyłączyłam się do tej komisji, stwierdziłam, że jedynym postępem, jaki udało się osiągnąć tym ludziom (i ich poprzednikom), jest nakłonienie Altairczyków do odwiedzania w ślad za nimi rozmaitych miejsc. Niezależnie od pogody wchodzili do rozmaitych pracowni, które uruchomiono w gmachu uniwersytetu, żeby prowadzić nad nimi badania, choć kiedy przeglądałam nagrania wideo, niełatwo byłoby mi odpowiedzieć, czy obcy reagowali na cokolwiek, co mówili albo robili członkowie komisji. Wydawało mi się, że podążają za doktorem Mortimerem i innymi z własnej inicjatywy, a moje podejrzenia umacniał fakt, że punktualnie o dziewiątej wieczorem każdego dnia odwracali się, kaczkowatym ślizgiem ruszali do swojego statku i znikali w jego wnętrzu.