Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 146
Перейти на страницу:

Nie wiem, co chciałem osiągnąć. Nawet jeśli zaklęcie Neriny posiada określony mechanizm, to czy nawet dokładna jego znajomość pomoże mi je zniszczyć? Ale, niech to diabli, czymże mam się jeszcze zająć? I tak przecież zdycham tu z nudów. Niech potraktuje to jako jedną z niewinnych rozrywek, którym od czasu do czasu się oddaję.

To znaczy, że nie odległość — myślę, a za plecami już ćwierć mili oddzielające mnie od zamkowych ścian, i ptaszyny-siostrzyny już wzleciały ze swych żerdek w pochmurne niebo… Dziś nie jasne, ale to nieważne. Wszystko to błahostki. Niebo nie ma żadnego znaczenia. Ale cóż w takim razie innego, jeśli nie odległość? Czas? Też nie: zawsze idę mniej więcej z tą samą prędkością. A może związała mnie magią z jakimś przedmiotem w zamku? Wystarczy, że się od niego oddalę, a zaczynam krwawić…? Nie, nie, nie może to być też odległość, ta jest przecież za każdym razem inna… Nie przedmiot, nie w zamku, nie…

Nie w zamku?

A zatem gdzie?

Zatrzymuję się, wsłuchuję się w donośne bicie serca. Mniej więcej w tej części drogi w góry zawsze bije nieco silniej niż zazwyczaj: nie mam najmniejszego wpływu na swe ciało. Nerina twierdzi, że jestem romantykiem. Głupia suka. Nie da się być romantykiem, diabli wiedzą ile lat spędziwszy w udekorowanej kwiatami trumnie, bez najmniejszej nadziei na wydostanie się. Nie jestem romantykiem. Jestem idealistą. Zawsze przyjmuję do rozważań idealne warunki. Teorię, niech ją diabli. Delikatne kobiece mózgi są słabo przygotowane do takich rzeczy: Ginewra tylko wzdychała, gdy próbowałem jej wytłumaczyć, że nie można sadzić jej ulubionych chryzantem w kamienistej glebie, nawet jeśli ta została przedtem skropiona wodą ze źródła świętego Lodwiga. Mimo to sadziła je, kwiaty nie wschodziły, i Ginewra doszła do przekonania, że to święty Lodwig gniewa się na nią. Kobiety, nawet te ukochane, prawie zawsze wykazują się głupotą w tego rodzaju sprawach. Wiem jednak dokładnie, że dopóki żyję (to znaczy — wiecznie), teoretycznie jest możliwe, że któregoś razu stygmaty nie otworzą się. Czasami przecież otwierają się nieco później… Dlaczego by owe „nieco później” pewnego pięknego dnia nie przeciągnęło się w nieskończoność?

Dlatego, że… Nie, Nerina nie jest głupią suką. Jest całkiem mądra. Urządziła to tak, że nie pozostawiła mi najmniejszej choćby furtki. Dlaczego? Gdzie może znajdować się to, od czego nigdy, nigdy nie zdołam uciec?

„Dlaczego tak późno wróciłeś, lordzie Rendalu, synu mój…”.

„Lepiej późno niż wcale, mamo” — tak oto powinien odpowiedzieć lord Rendal z tej piosenki; wtedy i piosenki by nie było, i pozostałby dureń przy życiu.

Faktycznie. Lepiej późno, niż wcale.

We mnie, oto gdzie się to znajduje. Zadziwiające, jak czasami najbardziej oczywiste rzeczy pozostają niezauważone.

Nerina przywiązała mnie do samego siebie. To najpewniejszy sposób: przed sobą nie zdołam uciec, nie ma co teoretyzować. Coś się ze mną dzieje, gdy opuszczam Zimową Agonię. Coś, co wywołuje pojawienie się stygmatów. Co to jest…?

Zamieram, niemal odruchowo sprawdzając, jak daleko są ptaszyny-siostrzyny, i odsuwam się, gdyż Mizariel macha skrzydłami tuż nad moją głową, by zaraz potem unieść się wyżej.

— Co, do diabła? — krzyczę do nich i unoszę dłonie, poprzecinane krzywymi liniami wiecznie świeżych blizn. — Widzicie? Jeszcze za wcześnie, spadajcie stąd!

Ale nie odlatują, lękliwie krążą nad głową, niczym gotowe do ataku sępy Wygląda na to, że coś je zaniepokoiło…

A przecież faktycznie. Tak daleko nie dochodziłem już od kilku lat. Dziwne… Zamyśliłem się, nie zauważyłem, że przyspieszyłem kroku. Zamek prawie utracił swe kształty, rozpłynął się w zwartą ciemną bryłę, za to z gór zeszła mgła, już widać kontury niższych szczytów… Kiedy ostatnio widziałem te kontury? I powietrze jest całkiem inne, nie pachnie więcej morzem, stało się ostrzejsze, chłodniejsze… dawno nim nie oddychałem, tak, to przyjemne… to prawie jak…

No tak. Nie na darmo moje ptaszyny zaniepokoiły się. Nie przyszło im długo czekać. Krew pociekła po palcach, kapnęła na suchy piasek, wyżerając w nim maleńkie ciemne kratery. Dlaczego? Dlaczego? Co się zdarzyło — dopiero co, sekundę temu? Poczułem zapach… zobaczyłem zarysy skał… pomyślałem o przełęczy, o tym, co zrobię, gdy dotrę do niej… Kiedy — a nie jeśli.

Kiedy — a nie jeśli.

Rzeczywiście już pomyślałem, że tym razem udało mi się — zawsze tak myślę. I zawsze dokładnie w tej chwili moje dłonie zaczynają krwawić. W tej chwili, gdy zaczynam czuć się wolnym.

Więc to tak.

— Co się tak tam grzebiecie?! — odwróciwszy się gwałtownie, krzyczę i ze złością macham ptaszynom zakrwawionymi dłońmi. — Muszę wracać! Szybko!

Gdy się zniżają, na ich podłużnych uśmiechniętych twarzach maluje się zdziwienie. Zazwyczaj idę, dopóki nie stracę przytomności. Teraz pilno mi wrócić. Nie chcę tracić na próżno sił, nie chcę później za długo ich odzyskiwać.

Szybko mi się przydadzą.

— A gdzie jadłeś obiad, lordzie Rendalu, synu mój? A gdzie jadłeś obiad, o mój paladynie? — U mej ukochanej. Pościel mi łoże, Zmęczyły mnie łowy i mocno zasnę…

Nerina uważa, że bardzo dobrze gra na harfie. Nie raz jej mówiłem, że gra parszywie, szarpie struny, i że w ogóle pozbawiona jest poczucia rytmu, choć głos ma całkiem przyjemny. Ale kiedy śpiewa tę pieśń — a śpiewa ją zawsze po moim powrocie z kolejnej „wycieczki” — zapominam nawet o jej nieudolności. Zazwyczaj. Dziś nie słyszę nie tylko rwanych akordów, którymi zamęcza harfę, ale i do śmierci uprzykrzonych słów, którymi moja dziewczynka dręczy mnie już tyle lat. Myślę. Staram się zrozumieć.

— A co jadłeś na obiad, lordzie Rendalu, synu mój? A co…

— To wolność, nieprawdaż? — pytam, i Nerina natychmiast milknie. W jej spojrzeniu widać zmieszanie: już dawno nie wytrzymywałem do trzeciej zwrotki.

Leżę na łóżku, zarzuciwszy ręce za głowę i patrząc w sufit. Ona siedzi na rzeźbionej ławeczce nieco z boku, złożywszy dłonie na strunach, już nie grając. Niemal nie obchodzi mnie, co odpowie. Po prostu postanowiłem tym razem zmusić ją do zamilknięcia w jakiś inny sposób.

— Co? — zapytuje Nerina, jakby nie rozumiejąc.

— Uczucie wolności. Świadomość wolności. Na tym zbudowałaś zaklęcie? Stygmaty otwierają się, jak tylko dochodzę do wniosku, że jestem wolny. Dlatego pierwszym razem stało się to tak szybko. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jaka z ciebie szuja. Myślałem, że wystarczy od ciebie odejść.

— Przestań — mówi niemal płacząc.

— Co ty? — zdziwiłem się szczerze. — Czyżby mogło to coś zmienić? Dlaczego tak długo ukrywałaś to przede mną?

— W rzeczy samej — mówi z niespodziewaną twardością w głosie i podnosi się. — To niczego nie zmienia. I dobrze o tym wiesz. Im dalej zajdziesz, tym większa pewność, że pomyślisz… pomyślisz, że uciekłeś ode mnie. I właśnie dlatego nie zdołasz uciec.

— No tak — przekręcam się na bok i, podparłszy głowę ręką z jeszcze różową po niedawnym wypadzie szramą, patrzę na Nerinę z zachwytem. — Tak właśnie jest. Mądrala z ciebie.

Zaczynają drżeć jej wargi, ale płakać na razie nie zamierza.

— Ja… po prostu cię kocham — szepcze, i w tym szepcie tyle jest wściekłości, ile nieraz na próżno szukać w krzyku.

— Już to zrozumiałem.

— Dlaczego jest ci ze mną źle?

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)