Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 94 95 96 97 98 99 100 101 102 ... 146
Перейти на страницу:

— Dlatego, że wciąż śpiewasz tę cholerną pieśń o lordzie Rendalu.

— Jeśli zechcesz, nigdy już jej nie zaśpiewam!

— Chcę.

— Czy ty… — jej ręce bezsilnie opadają wzdłuż ciała, rozpaczliwie mną fałdy nieistniejącej sukni. — Tak byłoby prościej dla nas obojga.

— Nerino, odpowiedz mi na jedno pytanie. Tylko prawdę.

— Jakie…?

— Prawdę, Nerino!

— Dobrze, dobrze! Jakie?

Patrzę jej uważnie w oczy: z jakiegoś powodu zielone, chociaż zawsze podobały mi się czarne. Ginewra ma czarne oczy. Miała. Nigdy ich nie spuszczała, gdy na nią patrzyłem. Zielone oczy Neriny z trudem wytrzymują moje spojrzenie.

— Ile już lat tu jestem?

Odwraca się gwałtownie, trzaska drzwiami. Kładę się na plecach.

Poczucie wolności. Upajające, lekkie, kręcące w głowie: jak po winie, chociaż po winie tak nigdy nie bywa. Zaczynasz je cenić dopiero wtedy, gdy zostajesz go pozbawiony Wydaje mi się, że w moim przypadku minęło dosyć czasu. Rad jestem, że nie wiem dokładnie, ile. Gdybym sądził, że Nerina mi odpowie, nigdy nie spytałbym jej o to.

Wieczorem tego samego dnia leżymy w tym cholernym, szerokim łożu. Żałuję, że nie przybyłem do brzegów Zimowej Agonii jako pozbawiony sił osiemdziesięcioletni starzec. Wtedy zapewne zabiłaby mnie, a jeśli nie, to w każdym razie nie mógłbym zaspokajać jej nienasyconego ciała. I, co najważniejsze, żadnej fantazji. Tyle lat już minęło, i wciąż robimy to w ten sam sposób. Tylko do łóżka czasami mnie przywiąże, i to lękliwie tak, z zakłopotaniem, a potem przeprasza. Jakieś to takie odrażające.

— Czyżbym miała nieładne ciało?

— Ładne, ładne.

— Wcale ci się nie podobam.

— Aha.

— Nienawidzę cię!

— A mówiłaś, że kochasz.

— Nienawidzę!

— To pozwól mi odejść.

— Nigdy!

— Chcę spać.

Takie to rozmowy w pościeli. Z Ginewrą w ogóle o niczym nie rozmawialiśmy, i to było coś nadzwyczajnego. Ginewra była milczkiem, i za to ją kochałem. Nikt nie potrafił milczeć tak, jak ona.

Chciałbym do niej wrócić. Do naszego domu. Nabrać garść ciężkiej, wilgotnej ziemi pociętymi dłońmi. Być może pojechać w miejsce, w którym się urodziłem. Zajrzeć do studni, krzyknąć w nią coś głupiego, wsłuchać się w echo. Do środka już się nie wybiorę: mój brat umarł, a nie dowierzam nikomu więcej na tyle, żeby opuścić się tam, na dół, i spoglądać za dnia na gwiazdy.

Czy to wolność?

Ale czy o tym właśnie myślę, gdy zaczynają krwawić me dłonie?

Czy w ogóle myślę w takich chwilach?

Nerina leży obok, ciepła, pachnąca, uległa. Bardzo chce być kochaną. Z pewnością chce mnie kochać, wystarczy jej na to pozwolić. Gdyby się zastanowić, to czy jest mi tu aż tak źle? Ona naprawdę może mi dać wszystko. I Ginewrę, jeśli bardzo poproszę, i studnię w domu mojego ojca. Zdołam dotknąć ich rękoma. Wolność — to prawo posiadania tego, co chcesz? Czy też możliwość wzięcia tego samemu? Kiedy zaczynam myśleć o tym nie jak o marzeniu — jak o jutrzejszym dniu, jak o czasie, który nadejdzie bardzo szybko — to czy wtedy staję się wolnym? Tak? Dlaczego nie teraz, w tej chwili, gdy leżę z moją maleńką wiedźmą w ciepłej pościeli, na wymiętych przez nas prześcieradłach, nie otwierają się moje stygmaty?

— Wypuść mnie — mówię samymi wargami, nie patrząc na nią. — Wypuść.

— Nie mogę.

— Wypuść.

— Nie mogę, Rendalu! Naprawdę! Nawet gdybym chciała. Tego zaklęcia nie da się zdjąć. A przynajmniej nie wiem, jak to zrobić.

— Mądrala z ciebie. W takich chwilach prawie cię kocham.

— Och, ty…

Zasypia szybko, wbiwszy się maleńkim ostrym podbródkiem w moje ramię. Ostrożnie głaszczę jej długie gęste włosy Tak samo białe, jak moje prawdziwe włosy, których od dawna nie widzę. Być może nie pragnąłbym tak bardzo odejść, gdybym tylko mógł to zrobić. Ale nie mogę — i dlatego nie przestanę próbować. Mucha obija się o szybę, dopóki nie umrze.

Albo dopóki nie zniknie szyba.

* * *

Z donżonu widać morze.

Stoję na samym szczycie, obok otwartego luku, skrzyżowawszy ręce na piersi, i patrzę na białe grzebienie, z niesłyszalnym tu rykiem zwalające się na przybrzeżne skały. Ptaszyny-siostrzyny siedzą na zamkowej ścianie, nieopodal. Mizariel czyści pióra Patoel, ta z błogości mruży oczy, nie spuszczając ze mnie drapieżnie uśmiechniętego spojrzenia. Od czasu, gdy próbowałem rzucić się z tego donżonu, ani na minutę nie zostawiają mnie samego. Ale dziś po prostu wyszedłem pooddychać morzem. Duszne powietrze zamku źle na mnie działa.

Nerina niepokoi się. Nie uciekałem już od ponad miesiąca. Z początku cieszyła się, teraz zdenerwowała się nie na żarty. No cóż, przynajmniej jakieś świeże tchnienie w łączące nas stosunki. Nie upiłem się ani razu przez ten miesiąc, nie biłem jej, nie pozwalałem jej bić siebie (czasami przydarzają jej się ataki histerii, i bezpiecznie jest przetrzymać je w milczeniu — szybciej się uspokoi). Jednym słowem — rodzinna idylla. Codziennie zadręcza mnie pytaniami, ocha, wzdycha, czyta na głos powieści rycerskie, szybciej zaspokaja się w łożu i nie zbliża się do harfy. I — trzeba jej przyznać — nie śpiewa o lordzie Rendalu. Ale i tak nie jest to konieczne. Idiotyczna piosenka utkwiła mi w głowie, obracając się w niej raz po razie niczym nóż w ranie. Dlaczego tak późno wróciłeś, lordzie Rendalu… Dlaczego tak późno?

To wszystko, co mi pozostało. Nerina ma rację: nie ma wyjścia, i to nawet nie jej wina. Prędzej moja. Całe moje umiłowanie wolności. Nie potrafię żyć bez tego uczucia. Odchodzę znów i znów nie dlatego, że naprawdę mam nadzieję uciec z Zimowej Agonii, lecz dlatego, by choć przez chwilę je poczuć. Z początku miałem nadzieję, że zdołam łatwo zmusić się do zapomnienia o tym. Wydawało mi się, że to nie jest takie trudne. Starałem się nie myśleć, opuszczałem zamek z zamkniętymi oczyma, ratując się przed kuszącym widokiem dalekiego grzbietu, brnąłem na oślep, powtarzałem w pamięci tabliczkę mnożenia, odsuwałem od siebie to uczucie, jak tylko pierwsze jego iskry rozbłyskiwały w mej duszy I tylko wycierałem mokre dłonie. Nie wiem z czego.

Nadaremnie. Łyk górskiego powietrza, zbędnych dziesięć kroków — i wszystko zaczyna się od nowa. Krąg zamyka się. Staję się wolny co znów odbiera mi wolność. I tak w nieskończoność.

Pozostaje donżon i poszarpane kłęby szarej piany daleko w dole, pod nogami. Okrągły dach, niczym koło, niczym błędny krąg mojego uwięzienia. Mierzę spojrzeniem odległość do ziemi, potem do ptaszyn-siostrzyn. Nie ma o czym marzyć: reakcję maleńkie mają nadzwyczajną. Nie zdążę przelecieć nawet połowy drogi. Również i ta wolność nie jest mi dana. Chociaż jest inna. Być może lepsza od tamtej, pierwszej, której — najwyższy czas przyznać to przed sobą — nigdy nie odzyskam. Okrągła wieża — krok poza nią — krzemienna podłoga. Ściany zaklęcia — krok wstecz — inna wolność. Co tam, za tą bramą — wszystko mi jedno. Coś innego, to wystarczy. I przecież wystarczy jeden krok, niech to diabli, tylko jeden krok! Tylko nie po okręgu, nie w kręgu tego cholernego donżonu. W bok, tam, gdzie nie będzie oparcia pod nogą… I szybko, szybko — w dół, dopóki nie zdążyły złapać… Uciec, póki nie zdążyły dogonić i odstawić z powrotem. Ale ptaszyny mają zbyt dobrą reakcję. Jeśli spadnę, rzucą się do mnie w okamgnieniu. Uratować mnie mogło co najwyżej zaskoczenie, które wygra dla mnie kilka sekund. Ale co może zadziwić ptaszyny-siostrzyny? Ha, chyba tylko to, gdybym upadł w górę, a nie na dół… Nie runął na ziemię, lecz rozłożył ręce i wzleciał.

1 ... 94 95 96 97 98 99 100 101 102 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)